Kupiłam ostatnio na targu staroci stary mosiężny pierścień, sprzedawczyni mówiła że po babci. Nie wiem nic o tej babci, nie wiem jak żyła, co robiła, w co wierzyła. I teraz mam dylemat - czy w ogóle brać się za czyszczenie energetyczne takiego przedmiotu, czy może zostawić to co w nim jest, bo może to być coś wartościowego? Czytałam różne podejścia i są kompletnie sprzeczne. Jedni mówią: zawsze czyść, bo nie wiesz co bierzesz. Drudzy mówią: stara magia się nie kasuje, możesz stracić coś czego nie odbudujesz. Jak wy do tego podchodzicie?
To zależy od tego, co rozumiesz przez czyszczenie. Bo jeśli mówisz o standardowym fumigacji solą czy dymem szałwii, to nie skasuje głębszej impregnacji przedmiotu, który był używany latami. Mosiądz jest specyficzny - jako stop miedzi i cynku zbiera imprint użytkownika stosunkowo szybko, ale też długo go trzyma. Pytanie jest inne: po co w ogóle go kupiłaś? Co cię do niego przyciągnęło? Bo to może powiedzieć więcej o tym, czy ta energia jest dla ciebie odpowiednia, niż jakikolwiek rytuał czyszczący.
Ja miałam podobną sytuację z bransoletką ze srebra kupioną na pchlim targu. Oczyściłam, ale mimo to przez kilka tygodni czułam że coś jest nie tak. Dopiero jak całkowicie przestałam ją nosić, to jakby odpuściło. Więc moje pytanie do autorki tematu - czy ten pierścień jakoś na ciebie działa od momentu zakupu? Coś się zmieniło w snach, samopoczuciu?
A skąd wiadomo w ogóle że przedmiot ma jakiś ładunek? Przepraszam że wchodzę z takim podstawowym pytaniem, ale serio zastanawia mnie jak to się w praktyce odczuwa. Bo widziałam już tyle sprzecznych opisów.
moim zdaniem to kwestia intencji poprzedniego własciciela. Jeśli babcia nosiła ten pierścień codziennie i była zdrową, pogodną osobą - to inaczej niż gdyby był to przedmiot z choroby albo smutku. Ale skąd my to możemy wiedzieć? Dlatego ja zawsze czyszcze, nawet jeśli nic nie czuje. Taka zasada bezpieczeństwa, nie ma co ryzykować.
Ale czy w ogóle można przejąć magię po kimś bez jego wiedzy i zgody? Znaczy - ta babcia nie zostawiła tego pierścienia Zenobii celowo. On trafił na targ. Czy to nie jest trochę tak jakbyśmy korzystali z czegoś, co nie było dla nas przeznaczone?
W tradycji runicznych jest taki aspekt - że runa wyryta na przedmiocie jest związana z intencją osoby, która ją wykuła. Możesz wziąć przedmiot, ale intencja nie przechodzi automatycznie na nowego właściciela. To trochę jak z testamentem - dostajecie rzecz, ale nie myśl, która za nią stała. Dlatego w mojej praktyce nie czyszczę cudzych przedmiotów rytualnych, tylko je obserwuję. Mam kilka starych rzeczy, które leżą i 'dojrzewają' do mnie albo nie.
Czyszczenie to i tak tylko resetowanie, więc co za różnica. Po dobrym czyszczeniu przedmiot jest jak nowy i można go programować od zera. Nie rozumiem po co tyle zachodu.
Przepraszam że się wtrącam, ale jak czytam tę rozmowę to mam pytanie - a co z biżuterią kupioną w sklepie z kamieniami, gdzie przedmiot był dotykany przez setki osób zanim do nas trafił? Ja zawsze takie rzeczy czyszczę bo wydaje mi się że to oczywiste, ale może się mylę?
Wróćmy do tego co pisała Martusia o obserwowaniu. Jak długo obserwujesz i po czym poznajesz że przedmiot 'dojrzał' albo nie? Bo to brzmi bardzo subiektywnie i zastanawiam się czy da się to jakoś opisać.
Ta rozmowa mnie bardzo wciąga, bo sama ostatnio dostałam po babci zegarek i nie wiedziałam co z nim zrobić. Babcia była chorująca przez ostatnie lata i jakoś nie mogłam tego zegarka nosić, mimo że jest ładny. W końcu go schowałam. Może to właśnie jest ta odpowiedź, że ciało samo daje sygnał?
Przepraszam że wróciłam późno - jak faktycznie zakładam ten pierścień, to jest... obojętność. Dosłownie nic. I teraz po tym co Martusia i Jarylo piszą, zastanawiam się czy ta obojętność to właśnie znak że jest naprawdę pusty, czy wręcz przeciwnie - że jest tak szczelnie zamknięty że nie przepuszcza nic w żadną stronę. I co wtedy? Próbować otworzyć, czy zostawić?
Ta obojętność którą opisujesz to nie jest wcale oczywista. Bo obojętność można czuć albo kiedy przedmiot naprawdę jest pusty, albo kiedy jest tak mocno zablokowany że nic nie przechodzi. I to drugie jest paradoksalnie trudniejsze do pracy - bo nie wiesz z czym masz do czynienia. Miałem kiedyś stary mosiężny pierścień, podobna historia - zero odczuć przez kilka tygodni. A potem zaczął mi się śnić. Nie w sensie mistycznym, po prostu był w snach jako obiekt. I dopiero wtedy zrozumiałem że coś się dzieje, tylko nie na poziomie dotyku.
Przepraszam, ale chyba za dużo tu interpretujemy sny jako coś znaczącego. Śnimy o tym o czym myślimy, i jeśli nowy przedmiot leży na komodzie i codziennie go widzisz, to logiczne że trafi do snu. To nie jest żaden sygnał od pierścienia.
Właśnie teraz myślę o tym zegarku po babci. Nie śni mi się, ale faktycznie go nie dotykam. Schowałam w szufladzie i jakoś nie mam ochoty nawet patrzeć. Czy to też jest sygnał? Bo babcia chorowała długo i może właśnie dlatego tak reaguję, ale nie wiem czy to moje emocje czy coś więcej.
Właśnie to jest ciekawe co Hematytka napisała. Ja mam zero historii z tym pierścieniem, ona ma za dużo. I obie mamy problem z odczytaniem co to jest. To może znaczy że neutralność i przeciążenie emocjonalne dają podobny efekt w odbiorze - coś jakby blokadę.
Ale to prowadzi do pytania które mnie od początku tej rozmowy chodzi po głowie - czy w ogóle powinniśmy próbować odczytywać takie przedmioty jeśli nie wiemy co mamy do czynienia? Mam na myśli te związane z chorobą, żałobą, trudnymi historiami. Czy to nie jest wchodzenie w coś do czego nie mamy dostępu kontekstowego?
To co Zanetka opisuje to jest właściwie jeden z argumentów za tym żeby nie czyścić na ślepo. Bo jeśli rzecz miała ciężką historię i ją wyczyścisz, to tę historię tracisz jako informację. A może właśnie ta informacja jest ważna - żebyś wiedziała z czym pracujesz, czy w ogóle chcesz pracować, czy może lepiej przekazać dalej.
I tu wchodzi ten wątek który Zanetka zaczęła wcześniej, o etyce. Jeśli przedmiot był przy osobie w kryzysie - chorobie, rozpadzie psychicznym - to czy w ogóle powinien trafiać w obrót? Wiem że brzmi to jak pytanie bez odpowiedzi, bo nie możemy kontrolować co trafia na targi. Ale może powinniśmy przynajmniej zadawać je sobie zanim coś kupimy albo przyjmiemy.
Słuchajcie, ale my tu rozmawiamy jakby każdy stary przedmiot był bombą z opóźnionym zapłonem. Większość rzeczy z drugiej ręki to po prostu rzeczy. Nosiła je osoba która żyła zwykłym życiem i tyle. Nie wszystko wymaga analizy i protokołu.
No dobra, ale skoro już jesteśmy przy tej granicy między 'zwykłym' a 'niezwykłym' - to gdzie ją stawiasz? Bo ja rozumiem ostrożność przy pierścionku po kimś kto spędził lata w szpitalu psychiatrycznym, ale zegarek po babci która po prostu chorowała na cukrzycę to jednak inna kategoria. Nie możemy wszystkiego wrzucać do jednego worka.
Ale właśnie kto decyduje co jest 'po prostu chorowała'? To brzmi trochę jak hierarchia cierpienia, której wolałabym nie budować. Choroba jest chorobą. Pytanie nie jest o diagnozę, tylko o to jaki ślad zostawia długie, intensywne przeżycie na czymś co było przy człowieku przez lata.
To jest stara dyskusja w różnych tradycjach - czy obowiązek ujawnienia historii przedmiotu istnieje. W niektórych podejściach mówi się wprost: jeśli wiesz że rzecz ma ciężką historię i sprzedajesz ją bez informacji, przerzucasz odpowiedzialność na kupującego. Nie wiem czy to etyczna norma czy tylko przekonanie konkretnych praktykujących, ale wydaje mi się warta rozważenia.
To mnie zastanawia od jakiegoś czasu - czy czyszczenie w tej sytuacji jest aktem odpowiedzialności czy ucieczki od niej? Jeśli biorę przedmiot z ciężką historią i oczyszczam go zanim komuś przekażę, to robię przysługę czy zamiatam pod dywan coś co może być ważną informacją dla osoby która go dostanie?
i właśnie dlatego mam wrazenie ze pytanie o etykę tu jest trochę zamkniete w bańce - rozmawiamy o tym co jest odpowiedzialne w ramach przekonań które nie wszyscy podzielają. to nie znaczy ze ta etyka jest zla, ale ze jej zakres jest ograniczony do ludzi ktory juz wierza w te rzeczy
Z tym się zgadzam i jakoś nigdy wcześniej tak tego nie ujęłam - że etyka praktyki ezoterycznej obowiązuje przede wszystkim wewnątrz tej praktyki, a nie na zewnątrz. Więc pytanie Zanetki może być przeformułowane: czy jako praktykujący mamy odpowiedzialność za to co puszczamy w obieg, jeśli wiemy coś co inni nie wiedzą?
To jest jakiś rodzaj tej samej dyskusji co w tarocie - czy należy mówić osobie czytanej o wszystkim co się widzi, czy filtrować wiedzę przez 'czy ta osoba jest gotowa to przyjąć'. Chyba każda praktyka magiczna ma ten sam dylemat odpowiedzialności wobec kogoś kto nie jest w temacie.
