Gustlik, tak i to chyba najuczciwsza odpowiedź na moje pierwotne pytanie, z której do tej pory sobie nie zdawałam sprawy. Robiłam sygil z pytaniem czy zadziała na odległość, a tak naprawdę to co zaszło w czasie tworzenia go - siedzenie z tym, zapisywanie intencji, fizyczny gest zniszczenia - to był pierwszy moment od długiego czasu, kiedy nie sprawdzałam telefonu. I może właśnie o to w tym wszystkim chodziło.
Celestyna, ale tu mam pytanie bo cos mnie gryzie. Mowisz ze 'może właśnie o to chodziło' - ale skąd wiesz, ze to nie jest takie retroaktywne szukanie sensu? Ze po prostu cos nie wyszlo jak chciałaś i teraz tłumaczysz to sobie inaczej?
Glozka dobrze to stawia. Dodam że w tradycjach nordyckich, szczególnie przy użyciu runicznym, seid był praktykowany na odległość, ale zazwyczaj przez wołwę na zamówienie - czyli ktoś przychodził z pytaniem, nie z życzeniem żeby kogoś zmienić. Celowność była inna. Praca na cudzą wolę bez wiedzy tej osoby pojawiała się w tekstach, ale zawsze z ciężarem etycznym - to nie był neutralny zabieg.
Słucham tego i zastanawiam się czy my w tym wątku nie przeskoczyliśmy z pytania technicznego do etycznego i w ogóle nie zauważyłyśmy kiedy. Bo Celestyna zaczęła od 'czy to zadziała', a teraz rozmawiamy o tym kto ma prawo na kogo działać. I to jest inne pytanie. Ciekawe że te dwa pytania nie dają się oddzielić.
Przeczytałam cały ten wątek i mam dziwne uczucie. Weszłam tu sceptycznie, myśląc że będzie coś o tym jak to działa mechanicznie. A skończyłam na pytaniu, które sformułowała Wieszczka. Nie wiem czy zmienił mi to zdanie o magii jako takiej, ale coś mi zmienił w tym jak myślę o tym dlaczego ludzie jej szukają. Czy tak zwykle wychodzi z takich wątków?
A ja wracam do pytania z tytułu, bo trochę zgubiłam wątek. Rozumiem już lepiej dlaczego intencja ma znaczenie i że praca na kogoś bez jego wiedzy jest kontrowersyjna. Ale dalej mam pytanie - co z sytuacją, gdzie ktoś chce po prostu... puścić kogoś? Zrobić coś co jest przeznaczone dla siebie, żeby przestać tkwić w tym miejscu? To też jest 'zaklęcie na odległość' czy już coś innego?
A ja wracam do pytania z tytułu, bo trochę zgubiłam wątek. Rozumiem już lepiej dlaczego intencja ma znaczenie i że praca na kogoś bez jego wiedzy jest kontrowersyjna. Ale dalej mam pytanie - co z sytuacją, gdzie ktoś chce po prostu... puścić kogoś? Zrobić coś żeby przestać myśleć, odciąć się energetycznie? Czy to w ogóle się kwalifikuje jako zaklęcie na odległość, czy to jest coś zupełnie innego?
To jest inne pytanie i myślę że ważne rozróżnienie. Praca na kogoś to jedno, praca na siebie w relacji do kogoś to drugie. Większość tradycji, które mam na myśli mówiąc o pracy na odległość, nie miałaby z tym problemu - bo nie chodzi o zmianę stanu drugiej osoby, tylko o zmianę swojego stosunku do sytuacji. Rytuały odcinające, zamykające, kończące - to kategoria, która funkcjonuje w bardzo różnych systemach. Pytanie co Klimcia rozumie przez 'puścić', bo to słowo robi tu sporą robotę.
Klimcia, ja miałam podobną sytuację i powiem ci szczerze - próbowałam różnych rzeczy. Rytuał z napisaniem imienia i spaleniem go. Praca z kamieniem do odpuszczania, obsydian czarny, bo gdzieś to wyczytałam. I wiecie co - trudno mi powiedzieć, co dokładnie pomogło, bo robiłam to wszystko mniej więcej jednocześnie. Ale był efekt w postaci tego, że przestałam wracać do tematu w głowie tyle razy dziennie. Czy to był kamień, rytuał, czy po prostu czas i sam akt skupienia się na tym - nie wiem.
To rozróżnienie, które robi Dalia, jest faktycznie nietrywalne. W praktykach rozstaniowych - jest ich sporo w różnych tradycjach, od hoodoo po europejską magię ludową - spalanie czy zakopywanie przedmiotów związanych z osobą było traktowane jako czynność symboliczna po stronie praktykującego. Nie jako akt woli skierowany na kogoś, ale jako zamknięcie po swojej stronie. Ale to wymaga że intencja jest naprawdę skierowana do wewnątrz. Jeśli ktoś spala imię i w głowie ma 'żebyś mnie nie mógł zapomnieć' albo 'żebyś poczuł stratę' - to już jest co innego, nawet jeśli słowa rytuału są neutralne.
Ale wracając do Klimci - ona pyta o coś bardzo konkretnego. Mam wrażenie że dyskusja trochę uciekła w stronę teorii, a ona siedzi z realnym pytaniem o to, jak sobie pomóc. I to jest chyba ważniejsze niż rozstrzyganie galdr kontra seid. Klimcia, jak długo trwa u ciebie ta sytuacja z niemyśleniem? Bo czasem samo postawienie sobie tego jako 'zadania do rytuału' zmienia perspektywę, niezależnie od tego czy cokolwiek się robi.
To co opisuje Klimcia ma swoją nazwę w psychologii somatycznej - externalization. Przeniesienie wewnętrznego stanu na zewnętrzny obiekt czy gest po to, żeby móc na niego wpłynąć z zewnątrz, kiedy bezpośredni dostęp jest trudny. Rytuał odcinania może działać dokładnie na tej zasadzie i nie potrzebuje żadnego metafizycznego założenia żeby być skuteczny. Co nie znaczy, że jest 'tylko psychologią' - po prostu oba opisy mogą być prawdziwe jednocześnie.
Ja to obserwuje u siebie od długiego czasu - że najtrudniejsze rytuały to te, gdzie nie wiem czego naprawde chce. Robilem kiedyś coś żeby puścić sytuacje i w polowie zdałem sobie sprawe że właściwie nie chce jej puścić, tylko chce żeby się rozwiązała po mojemu. I nic z tego nie wyszło, co mnie wtedy dziwiło, a teraz nie dziwi wcale. Klimcia, pytasz czy to rytuał czy praca z sobą - może najpierw warto sprawdzić, czy naprawdę wiesz co chcesz puścić i co chciałabyś mieć zamiast.
Czytam to i myślę, że ta rozmowa zrobiła pełne koło od mojego pierwotnego pytania. Zaczęłam od 'czy zaklęcia na odległość działają na kogoś, z kim nie mam kontaktu' - a skończyłam rozumiejąc, że pytanie dotyczyło głównie mnie, nie tej osoby. I teraz Klimcia pyta o coś podobnego i widzę jak ta sama pętla się nakręca. Nie wiem czy to jest pocieszające czy trochę smutne, że tak wiele z tego, co robimy 'na zewnątrz', jest pracą z tym co siedzi w środku.
