Ostatnio wróciłam do tematu, który kiedyś totalnie przemilczałam u siebie - kiedy robisz rytuały zbyt często albo zbyt intensywnie, w pewnym momencie przestajesz czuć cokolwiek. Nie ma żadnego sygnału, nie ma połączenia, jest tylko mechaniczne wykonywanie gestów. Zastanawiam się, czy to tylko moje doświadczenie, czy ktoś jeszcze na to trafił? Pytam, bo znam osoby, które w ogóle nie robią przerw i twierdzą, że im to nie przeszkadza. Sama nie wiem, czy to kwestia indywidualna, czy jednak jest jakaś granica, po przekroczeniu której każdy zaczyna odczuwać rodzaj magicznego 'wypalenia'.
To ciekawe, że o tym piszesz, bo mam w notatkach dość długi wpis o tym, jak zmieniał się mój odbiór run w zależności od tego, jak często sięgałam po nie. Przez pewien czas codziennie robiłam odczyt poranny i po mniej więcej dwóch miesiącach zauważyłam, że ciągnie mnie do tych samych run bez żadnego powodu, jakbym działała z przyzwyczajenia, a nie z rzeczywistego skupienia. Przerwa pomogła, ale to, co mnie zastanawia: czy to 'wypalenie', o którym mówisz, jest tym samym, co po prostu zmęczenie koncentracją, czy jest w tym coś głębszego?
Moim zdaniem to nie jest żadne wypalenie, to po prostu znak, że praktyka stała sie za rutynowa. Jak codziennie robisz to samo o tej samej porze to mózg to traktuje jak mycie zębów i tyle. Nie trzeba żadnych przerw, wystarczy zmienić rodzaj rytuału albo porę. Sam tak robiłem i zawsze pomagało.
Ja miałam dokładnie to, co opisuje Szafranka, i mam pytanie do niej: czy u ciebie pojawił się też jakiś fizyczny sygnał, że trzeba się zatrzymać? U mnie zaczęło się od tego, że rytuały przestały cokolwiek wnosić emocjonalnie, a potem doszły do tego bóle głowy po każdym dłuższym skupieniu. Nie wiem, czy to powiązane, ale zbiegło się w czasie.
Bóle głowy po skupieniu - to wraca w wielu relacjach, które czytam. Nie chcę tutaj diagnozować, ale obserwuję pewien wzorzec: osoby, które robią intensywne rytuały wymagające długiej koncentracji i wizualizacji, często opisują właśnie takie fizyczne reakcje. Szczególnie jeśli rytuał angażuje mocne utrzymywanie uwagi na jednym obrazie przez dłuższy czas. Ciekawe jest to, że w różnych tradycjach jest opisany koncept czegoś w rodzaju 'magicznego przepracowania' - w systemach hermetycznych mówi się o przeciążeniu struktury astralnej, a w shamanizmie o utracie mocy przez zbyt częste jej wydatkowanie bez uzupełniania. Nie wiem, czy to ta sama rzecz opisana różnym językiem, czy naprawdę różne zjawiska.
Chwila, to znaczy, że magia fizycznie wyczerpuje? Serio pytam, nie złośliwie. Myślałem, że to wszystko dzieje się na poziomie mentalnym i ewentualnie emocjonalnym, ale żeby bóle głowy i realne zmęczenie? Jak to właściwie działa według was?
Okej ale skoro to tylko zmęczenie umysłu to po co w ogóle robić przerwy od magii specjalnie? Można po prostu ogólnie więcej odpoczywać. Nie rozumiem po co z tego robić temat sam w sobie.
Mam też wrażenie, że przerwa ma znaczenie sama w sobie - nie jako brak działania, ale jako reset oczekiwań. Jak długo pracujesz, zaczynasz nieświadomie oczekiwać konkretnych efektów, konkretnych odczuć, i to zaczyna blokować. Przerwa zeruje te oczekiwania.
No ale skąd wiadomo że to przerwa pomogła a nie po prostu upływ czasu i zmiana kontekstu życiowego? Może po prostu był trudny okres i dlatego magia nie działała, a nie dlatego że za dużo jej robiono. Nie wydaje mi się żeby można bylo to odróżnić.
U mnie sygnałem było to, że zaczęłam mieć opór przed rytuałami, które wcześniej lubiłam. Budziłam się rano i zamiast sięgnąć po przybory miałam poczucie, że 'nie chce mi się tego dziś'. Na początku ignorowałam to, bo myślałam że to lenistwo. Potem zorientowałam się, że to właśnie ten opór był sygnałem. Coś się po prostu zatrzymało.
A jak długo powinna trwać taka przerwa? Tydzień wystarczy czy trzeba kilka miesięcy? Bo czytałam gdzieś, że trzy tygodnie to minimum żeby cokolwiek sie zresetowało.
Wchodzę w temat, bo to mnie dotyczyło bezpośrednio. Kilka lat temu miałem okres, gdzie prowadziłem intensywne prace - nie będę teraz wchodzić w szczegóły co konkretnie - przez ponad dwa miesiące prawie bez przerwy. Efekt był taki, że rytuały zaczęły przyciągać dosłownie odwrotne od zamierzonych wyniki. Nie neutralne, nie zerowe, tylko jakby odwrócone. Wtedy po raz pierwszy poważnie potraktowałem ideę, że magia nie jest czymś, co można ciągnąć bez ograniczeń. Pytanie, które zadałem sobie wtedy i nadal nie mam na nie pełnej odpowiedzi: czy to kwestia wyczerpania praktykującego, czy zaczyna się tu dziać coś po stronie tego, z czym się pracuje?
To, co opisuje Jacek, to jest coś, o czym rzadko się pisze, bo brzmi nieprawdopodobnie. Ale jest kilka tradycji, które opisują dokładnie taki mechanizm - w kontekście przekroczenia pewnego progu wyczerpania, kiedy operator nie ma już zasobów do prowadzenia pracy i zaczyna de facto pracować ze swojego deficytu. To trochę jak pożyczanie energii bez pokrycia. Nie twierdzę, że wiem co dokładnie wtedy się dzieje, ale zbyt wiele osób opisuje coś podobnego żeby to zbagatelizować.
No ale żeby magia dawała odwrotne efekty to brzmi jak coś co sie opowiada przy ognisku żeby przestraszyć nowych. Jacek, mówisz że sam to przeżyłeś - ale jak konkretnie rozpoznałeś że to efekt wyczerpania a nie po prostu zbieg okoliczności? Bo to łatwo powiedzieć po fakcie.
To, co mówi Jacek, trochę mnie niepokoi, bo nigdy nie myślałam o tym od tej strony. Zawsze zakładałam, że najgorsze co może się stać to że rytuał 'nie zadziała'. Że efekt zerowy. Ale odwrócony efekt to zupełnie inna sprawa i teraz się zastanawiam czy nie miałam czegoś podobnego - tylko że tłumaczyłam to sobie pechowym okresem.
Właśnie dlatego ten temat jest trudny do rozmowy. Odwrócony efekt jest wyjątkowo łatwy do zracjonalizowania jako pech albo złe wyczucie czasu. I nie chodzi o to, żeby teraz wszystko złe w życiu przypisywać przepracowaniu w praktyce. Chodzi o to, żeby w ogóle brać pod uwagę tę możliwość, kiedy wzorzec się powtarza.
Zaraz, zaraz. Bo coraz mniej rozumiem. Mówicie o odwróconych efektach - ale skąd w ogóle wiadomo, że magia działała przed wyczerpaniem? Jeśli efekty są trudne do zmierzenia w normalnych okolicznościach, to jak można orzec, że coś się 'odwróciło'?
Mam coś zapisanego ze swojej praktyki, co może tu pasuje. Przez jakiś czas notowałam intencje i efekty systematycznie. Nie mam dowodów na nic, ale widziałam u siebie wyraźną korelację między okresami nadmiernej intensywności a tym, co Jacek opisał jako odwrócenie. Rzadko pełne odwrócenie, częściej jakby przekrzywienie - efekt nie taki jak chciałam, ale w konkretnym, powtarzalnym kierunku.
To właściwie ciekawa obserwacja. Nieważne czy przyjmiesz model energetyczny, psychologiczny czy jakikolwiek inny - i tak dochodzisz do tego, że przeciążenie psuje efekty. Ircia dobrze to ujęła. Spór o mechanizm jest interesujący, ale nie zmienia wniosku praktycznego.
Ok ale wróćmy do czegoś konkretnego bo mi umyka. Ile czasu trwa zanim wyczerpanie zaczyna dawać takie efekty? Bo dotąd słyszałem o tygodniach, o miesiącach. Jacek mówił o dwóch miesiącach intensywnej pracy. To musi być naprawdę długo i intensywnie, żeby coś takiego się stało?
Właśnie, bo to co opisujecie z tymi sygnałami - to są jakieś konkretne rzeczy do wypatrzenia czy bardziej ogólne poczucie, że coś jest nie tak? Bo jak ktoś jest mniej doświadczony, to może po prostu nie wiedzieć czego szukać i przeoczyć.
Różne osoby mają różne sygnały, ale kilka się powtarza w tym co słyszałam od różnych praktyków. Opór przed rytuałami, o którym mówiła Lunella. Płaskie emocjonalnie rytuały - robisz, ale nic nie czujesz. Fizyczne zmęczenie po krótszej pracy niż zwykle. I to, co opisywał Jacek, czyli efekty zaczynają iść w poprzek intencji. Problem w tym, że każdy z tych sygnałów osobno można zracjonalizować. Razem tworzą obraz.
U mnie jeszcze był jeden sygnał, którego nie wymieniłam wcześniej. Zaczęłam mieć bardzo żywe, niepokojące sny w noce po rytuałach. Nie koszmarny, ale takie... zatłoczone, ciężkie. Jakby sen przetwarzał coś, co nie zostało domknięte w pracy na jawie.
To brzmi prawie jak efekty uboczne intensywnego treningu umysłowego. Tyle że tam wiadomo co się dzieje - mózg konsoliduje informacje. Tu nie wiadomo co jest konsolidowane.
Czytam od początku i mam wrażenie że wszyscy traktują przerwe jako coś co sie robi gdy jest już źle. A ja myślę że powinna być wbudowana w praktykę od razu, nie jako reakcja na kryzys. Jak bufor. Nie czekasz aż zaboli, tylko planujesz odpoczynek z góry. Chociarz może to juz bylo powiedziane wczesniej, nie czytałem wszystkiego.
Nie trzeba wiedzieć z góry. Można po prostu ustalić stałe okna - na przykład po każdych sześciu tygodniach aktywnej pracy tydzień bez rytuałów. Nie jako kara ani przyznanie się do wyczerpania, tylko jako część cyklu. Wiele tradycji ma wbudowane takie okresy spoczynku i nie jest to przypadkowe.
Dobra, ale Szafranka mówiła o sześciu tygodniach jako przykładzie. To jest jakaś norma czy po prostu przykład z głowy? Bo zastanawiam się czy to nie jest za długo. Sześć tygodni codziennie, potem tydzień przerwy - to proporcja 6:1. Wydaje mi się że w sporcie na przykład robi się inaczej, co drugi albo co trzeci dzień odpoczynek.
