Porównanie do sportu ma sens, ale tylko do pewnego stopnia. W sporcie wiesz co się zużywa - mięśnie, glikogen, cokolwiek. Masz markery. Tu nie wiesz co dokładnie ulega wyczerpaniu i czy regeneruje się tak samo liniowo. Dlatego proporcja musi być trochę empiryczna - każdy musi sprawdzić na sobie.
dokładnie, nie ma jednej proporcji bo to też zależy od rodzaju pracy. Rytuały skupione na projekcji na zewnątrz - intencje, manifestacje i takie rzeczy - to jedno. A praca z własnym wnętrzem, oczyszczenia, praca ze snami - to coś innego i chyba bardziej wyczerpujące przynajmniej dla mnie
Brzmi jakbyście opisywali coś bardzo zbliżonego do tego co psycholodzy nazywają emotional labor. Im bardziej musisz angażować się emocjonalnie, tym bardziej to wyczerpuje. Nie potrzeba żadnej magicznej warstwy żeby to wytłumaczyć.
Czyli to co czuję jako 'pusty rytuał' ma jakieś uzasadnienie poza moją głową. To trochę ulga szczerze mówiąc. Bo zawsze myślałam że może po prostu tracę wiarę albo że coś robię źle.
Mnie zastanawia jedno - jak odróżnić pusty rytuał z wyczerpania od pustego rytuału dlatego że dana praktyka po prostu przestała nam służyć? Bo to chyba dwa różne problemy z podobnym objawem.
To bardzo ważne pytanie i nie ma prostej odpowiedzi. Jeden sposób to sprawdzić czy po przerwie wraca zaangażowanie. Jeśli wraca - wyczerpanie. Jeśli po kilku tygodniach odpoczynku wciąż nie masz ochoty wracać do konkretnej praktyki - to może być sygnał że ona po prostu przestała być twoja.
A co jeśli wraca częściowo? Bo to chyba możliwy scenariusz - po przerwie znowu chcesz robić rytuały, ale nie te same co wcześniej?
Coraz bardziej mam wrażenie ze tutaj wszyscy zakładają że przerwa jest zawsze pozytywna. Ale co jeśli ktoś jest w środku czegoś - jakiegoś dłuższego rytuału rozłożonego w czasie - i nie może sobie po prostu zrobić przerwy? Niektóre praktyki mają strukturę ciągłości i przerwanie jej w środku może byc gorsze niż dokończenie z mniejszą intensywnością.
Mam zapisane coś na ten temat z jednej z tradycji runicznych - pojęcie fazy 'obrony' rytmu zamiast pełnej pracy. Nie pamietam teraz dokładnie źródła, ale chodziło o to że zamiast pełnego rytuału robisz tylko gesty podtrzymujące - potwierdzasz intencję bez angażowania całości. Coś jak utrzymanie płomienia przy życiu bez dokładania drew.
W praktyce świecznej stosuje się coś takiego - zamiast pełnego rytuału tylko zapalenie świecy z krótką afirmacją intencji. Bez rozbudowanej oprawy, bez wchodzenia w stan. Właściwie samo przypomnienie sobie że praca trwa. To nie jest to samo co pełna praca, ale nie pozwala też intencji się rozproszyć przez tygodnie przerwy.
Ten tryb minimalny ze świeczką brzmi sensownie, ale mam pytanie - czy to nie jest trochę autosugestia? Że niby podtrzymujesz pracę, ale właściwie nie robisz nic poza zapaleniem świeczki?
Ale czy ktoś tu mówi o tym co się dzieje kiedy przerwa nie jest możliwa nie dlatego że rytuał ma ciągłość, ale dlatego że środowisko tego nie pozwala? Mam na myśli sytuacje kiedy mieszkasz z kimś kto nie wie co robisz i nie możesz po prostu zniknąć na godzinę żeby się zresetować.
To co opisuje Dzikitaurus to jest problem który w tradycjach ezoterycznych był często rozwiązywany przez praktykę ukrytą - czyli taką która nie wygląda jak rytuał z zewnątrz. Gotowanie, chodzenie, prowadzenie notatek. Nie mówię że to zastępuje pełną pracę, ale że przerwa wymuszona warunkami życia to trochę inna kategoria niż przerwa z wyboru.
Ircia dotknęła czegoś ważnego. Praktyka ukryta to nie jest kompromis - to całkowicie osobna forma pracy, która ma swoje własne efekty i własne wyczerpanie. Nie powiedziałabym że to 'tryb minimalny'. To raczej inny kanał dla tej samej energii uwagi.
Czekaj, to znaczy że można w ogóle nie robić klasycznych rytuałów i być w ciągłości pracy? To zmienia perspektywę na przerwę - bo jeśli forma może być płynna, to może 'przerwa' dotyczy tylko konkretnej formy, nie praktyki jako takiej?
Nie wiem czy to co mówi Pandora można w ogóle odróżnić bez jakiegoś zewnętrznego punktu odniesienia. Skąd wiesz czy zmieniasz formę świadomie, czy racjonalizujesz unikanie? To brzmi jak problem który można rozwiązać tylko z perspektywy czasu.
Wracajac do tego co mówiła Czesia o świeczce - próbowałem czegoś podobnego, taki czysty gest podtrzymania. I faktycznie działa jako pomost. Ale zauważyłem że jeśli robiłem to za długo bez wrócenia do pełnej pracy, ten gest sam zaczął mi się wydawać pusty. Jakby po jakimś czasie minimalny tryb sam się wypalał.
To jest chyba kluczowa sprawa w całym tym wątku - ile przerwa może trwać zanim przestaje być przerwą. Nikt jeszcze tego wprost nie powiedział, ale chyba każdy z własnej praktyki ma jakieś wyczucie tego progu.
Powiem jak to widzę z mojej strony. Przerwa staje się odejściem kiedy przestajesz za nią tęsknić i przestajesz ją traktować jako przerwę w czymś konkretnym. Kiedy pytanie 'kiedy wracam' przestaje być pytaniem i zamienia się w 'czy w ogóle wracam' - to już jest inna sytuacja. I to nie musi być złe, może być naturalny koniec cyklu.
A jeśli ktoś nie wraca i to jest okej, to czy w ogóle możemy mówić że ta przerwa była błędem albo czymś złym? Może czasem przerwa jest po prostu wyjściem i nie ma co szukać w tym problemu.
Mam notkę z rozmowy sprzed jakiegoś czasu gdzie ktoś opisywał coś co chyba dobrze pasuje do tego co mówi Szafranka - że w tradycjach szamańskich istnieje rozróżnienie między 'zimą praktyki' a porzuceniem. Zima jest cykliczna i ma się z niej wrócić. Porzucenie nie ma kierunku powrotu. Nie ocenia się który stan jest lepszy, ale nazywa się je inaczej bo mają inną funkcję.
Prokop pyta czy to tylko ładniejsza nazwa. Nie sądzę. Metafora zimy nie jest tu tylko poetycka - ona zakłada cykl, który ma strukturę. Wypalenie to stan bez kierunku, zima to stan z wektorem powrotu. Różnica nie jest semantyczna, ona wpływa na to jak się zachowujesz w trakcie tej przerwy.
ale jak mam ten wektor poczuć jeśli jestem w środku tego i nie wiem czy to zima czy po prostu koniec? Pytam serio, bo brzmi pięknie jako teoria, ale nie bardzo wiem co to zmienia w praktyce kiedy siedzisz i nie masz ochoty robić nic.
To co Prokop opisuje to jest właśnie ten moment gdzie teoria się rozjeżdża z rzeczywistością. Ja bym zapytał inaczej - czy masz jakiekolwiek poczucie że chciałbyś wróć, nawet słabe? Czy jest zupełna obojętność?
Dopiszę do tego co mówi Pandora - w tradycji runicznych jest pojęcie 'uthark' które niektórzy interpretują jako ten czas przed odrodzeniem, taki stan przed-formy. Nie ma w nim jeszcze kierunku, ale jest potencjał. To nie to samo co pustynia bez końca. Ale żeby to odróżnić od siebie musisz wiedzieć skąd przyszedłeś, co cię do tego doprowadziło.
Dziennik praktyki to jedno, ale ja bym powiedziała że ważniejszy jest dziennik samopoczucia. Nie 'zrobiłam rytuał z trzema świecami', tylko 'czułam się przed, w trakcie, po'. To daje więcej informacji o tym czy zbliżasz się do granicy niż sama lista rytuałów.
Ja nie prowadze tak systematycznie dziennika, ale mam coś co chyba pełni podobną rolę - serie sigilów z datami i swoimi odczuciami pisanymi obok. Jakby taki rozproszony zapis. I faktycznie jak się do tego wraca po dłuższym czasie to widać rytmy. Ale nie wiem czy to jest miarodajne czy po prostu widzę wzorce bo szukam.
