Zastanawiam się od jakiegoś czasu, jak wy podchodzicie do kwestii energii, która po prostu wchodzi do przestrzeni bez zaproszenia. Nie mówię o czarach rzucanych celowo, tylko o tym zwykłym bałaganie energetycznym, który się zbiera po kontaktach z ludźmi, po trudnych rozmowach, po miejscach z ciężką historią. Mam wrażenie, że większość metod, które krążą w internecie, to albo agresywne banowanie wszystkiego, albo zupełna bierność w stylu "wyobraź sobie białe światło". A środek? Rzadko kto o tym mówi. Transmutacja jako aktywny proces, nie ochrona, nie atak, tylko przepracowanie energii w coś użytecznego. Ciekawi mnie, czy ktoś tutaj ma jakieś konkretne podejście do tego, bo sama przez lata testowałam różne rzeczy i nie wszystko działa tak samo w każdej sytuacji.
No właśnie, to jest temat, który mnie też od dawna kręci. Ale zanim powiem cokolwiek konkretnego, to chciałem zapytać, co rozumiesz przez "przepracowanie w coś użytecznego"? Bo to może oznaczać bardzo różne rzeczy w zależności od tradycji, z której ktoś pochodzi. W thelema to będzie co innego niż w praktykach wywodzących się z tradycji azjatyckich, gdzie transmutacja energii seksualnej i emocjonalnej to zupełnie odrębny system.
Słucham tej rozmowy i mam jedno zastrzeżenie. Często kiedy ludzie mówią o "transmutacji", to w praktyce opisują zwykłe rozproszenie lub odprowadzenie energii i tylko owijają to w inną narrację. Prawdziwa transmutacja w sensie alchemicznym wymaga czegoś więcej niż dym i intencja. Wymaga aktywnego medium, które ma zdolność zmiany jakości, nie tylko transportu. Pytam wprost, bo sam się z tym zmagam, nie żeby krytykować, czy ktoś z was testował np. pracę z kryształami jako medium pośrednim? Nie w sensie "trzymam kamień i myślę o miłości", tylko w sensie świadomego ładowania kamienia energią do przekształcenia i późniejszego jej uwolnienia w innej formie.
Ja próbowałam z kryształami ale szczerze to nie wiedziałam co robię. Kupilam czarny turmalin bo wszędzie pisali że chroni i potem co, trzymałam go w kieszeni i nic. Może coś robiłam nie tak?
To ciekawe, bo w tradycji Bon i niektórych praktykach tantrycznych przestrzeń traktuje się jako żywy organizm, który ma własną pamięć i może być przeprogramowany przez odpowiednio złożone rytuały, nie koniecznie przez same zapachy czy dźwięki, ale przez zmianę narracji miejsca. Coś podobnego pojawia się w geomancji zachodniej, gdzie linie energetyczne terenu można "przepisać". Nie wiem na ile to jest do zastosowania w kontekście miejskim, ale zasada wydaje mi się analogiczna do tego, co opisuje Kapturek.
A te mis tybetańskie, to trzeba jakieś specjalne kupić czy to nie ma znaczenia? Bo widziałam na allegro za 40 zł i za 400 zł i nie wiem co za tym stoi.
Mam pytanie może trochę z boku, ale nie do końca. Czy jeżeli ktoś wchodzi do mojej przestrzeni i ma bardzo złe emocje, ale niekoniecznie robi to celowo, to ta transmutacja w ogóle działa? Bo rozumiem, że można pracować z intencją, ale jeśli ta osoba wraca regularnie, np. to ktoś z rodziny, to co, każdy raz odrabiać tę pracę od nowa?
Ale czy to nie jest trochę naiwne? Serio pytam, nie złośliwie. Jeśli ktoś regularnie przynosi np. bardzo konkretny ładunek emocjonalny, to jakie nasycenie przestrzeni da radę to przepisać? Ja rozumiem filozofię, ale praktycznie wydaje mi się, że to ma ograniczenia.
To akurat dość charakterystyczne dla przestrzeni, która nie ma wyraźnie określonych granic energetycznych. Nie mówię tu o granicach fizycznych, tylko o tym, że pomieszczenie samo w sobie nie ma żadnej struktury, do której mogłoby wracać po zaburzeniu. Trochę jak materiał, który nie ma sprężystości.
Kapturek, a jak rozumiesz to "określanie granic energetycznych"? Bo to brzmi jak metafora, i nie wiem czy używasz tego jako metafory, czy masz jakiś konkretny proces na myśli.
Ale co to są te "punkty zakotwiczenia" w praktyce? Jakieś obiekty, kamienie, coś innego?
A czemu ważne żeby tych zapachów nie używać gdzie indziej? Tego nie rozumiem.
Ja właśnie tu się gubię, bo nie wiem jak rozróżnić czy coś działa dlatego że naprawdę działa, czy dlatego że sobie wmówiłam że działa. I czy to w ogóle ma znaczenie?
Wracam do tego, co Kapturek mówiła o strukturze przestrzeni. Mam pytanie, może trochę techniczne. Czy te punkty zakotwiczenia wymagają jakiegoś regularnego odnawiania, czy raz ustawione działają przez długi czas? I co jeśli ktoś postronny np. przestawi jeden z tych kryształów?
Ale jak ktoś nie wie o tych kryształach i przestawi, to sama to czujesz, czy musisz sprawdzać?
Czytam tę rozmowę i mam pytanie może podstawowe, ale mnie nurtuje. Czy transmutacja to coś, co można robić od razu z tym, co akurat czujesz, bez przygotowania całej tej struktury? Bo nie każdy ma możliwość ustawienia czegokolwiek w stałym miejscu, np. jak się mieszka z innymi ludźmi.
A jak to wygląda praktycznie, to "tworzenie czegoś tymczasowego"? Bo mówisz o oddechu i intencji, ale to dla mnie za mgliście. Masz jakiś konkretny schemat na takie sytuacje?
Wchodzę tu, bo to pytanie o pracę bez stałej struktury jest dla mnie od dawna ciekawe. W części tradycji ceremonialnych jest coś, co można opisać jako "krąg przenośny", to znaczy pracujący tworzy granicę wyłącznie z własnej obecności, bez zewnętrznych obiektów. To wymaga dużo większej koncentracji i świadomości ciała niż praca z fizycznym zakotwiczeniem, ale nie jest przeznaczone tylko dla zaawansowanych. Jest po prostu innym zestawem narzędzi. Chociaż słowo narzędzi tutaj trochę uprościłem, bo chodzi bardziej o inny rodzaj obecności.
Właśnie chciałam to powiedzieć. Różnica między strukturą a aktywną transmutacją jest kluczowa i rzadko się ją omawia wyraźnie. Większość rzeczy, które czytałam na ten temat, traktuje to jak jedno, co potem prowadzi do zamieszania, bo ktoś raz czyści przestrzeń i czeka że będzie czysta przez rok.
Ja mam inne pytanie, trochę z boku. Skoro Kapturek mówi, że transmutacja aktywna jest potrzebna przy poważniejszych sprawach, to jak się rozpoznaje czy coś wymaga transmutacji, czy tylko zwykłego poczekania aż minie? Bo mi się zdarza, że mam wrażenie jakiegoś ciężaru po spotkaniu z kimś i nie wiem, czy to jest coś do pracy, czy po prostu jestem zmęczony.
A czy transmutacja energii negatywnej w sensie tej codziennej, bez całych rytuałów, to może być po prostu prysznic i wyjście na spacer? Serio pytam, bo często po trudnych sytuacjach to mi pomaga i zastanawiam się czy to jest ta sama kategoria rzeczy, czy coś zupełnie innego.
Dobra, ale ja się trochę gubię bo jest tu dużo pojęć i nie jestem pewna czy dobrze rozumiem. Transmutacja to znaczy że przerabiamy tę negatywną energię w coś innego, tak? Czy że ją odpychamy? Bo z tego co czytam w tym wątku to brzmi jakby to były dwie różne rzeczy.
No to teraz rozumiem dlaczego mi raz działało a raz nie. Robiłam to samo, ale chyba raz odpychałam a raz faktycznie coś zmieniałam i nie wiedziałam że to różnica. Ale jak w ogóle wiadomo co się robi, bo to przecież wszystko jest w głowie?
No właśnie mam, ale nie chcę za bardzo wchodzić w szczegóły. Chodzi o to, że po pewnych sytuacjach w pracy przez kilka dni czuję się jakby coś przyklejało się do mnie i każda kolejna trudna sytuacja bardziej mnie dotykała niż powinna. I spacer nie pomagał, a prysznic na chwilę.
Ale jak to wygląda w praktyce przy tej osobie z pracy, którą opisywałam? Bo ona nie robi nic złego, po prostu jest bardzo spięta. Nie mogę jej powiedzieć żeby zmieniła zachowanie, nie mogę się od niej odizolować. Czy ta praca z powięzią możliwa jest w biurze, przy komputerze, na spotkaniu?
To co Kapturek opisuje brzmi mi bardziej jak psychologia niż magia. Siedzenie z uczuciem, badanie co w nim jest, to jest dosłownie ekspozycja z tradycji CBT. I też działa. Czy to ma znaczenie jak to nazwiemy?
Przepraszam że przerywam, ale chcę zapytać o coś bardziej praktycznego bo trochę zgubiłam się w tej rozmowie. Czy ktoś ma jakiś konkretny, prosty sposób na taki reset po trudnym dniu? Nie chodzi mi o filozofię tego co to jest, tylko o co zrobić wieczorem żeby następnego dnia wstać z czystą energią?
