Siedzę ostatnio nad tym tematem i nie mogę przestać o tym myśleć. Chodzi mi o to, że większość podejść do zaklęć słownych opiera się na gotowych formułach, wyuczonych sekwencjach słów, które ktoś kiedyś zapisał i teraz wszyscy je powtarzają jak mantrę. Ale czy samo słowo, wypowiedziane z konkretną intencją i odpowiednim oddechem, nie działa tak samo, albo i lepiej? Mam wrażenie, że ta obsesja na punkcie "właściwej formuły" to bardziej tradycja niż faktyczna konieczność. Interesuje mnie to, co dzieje się między przeponą a głośnią zanim w ogóle wybrzmi jakikolwiek dźwięk. Czy ktoś z was praktykuje coś w tym stylu albo ma jakieś przemyślenia?
Temat ciekawy, ale mam wrażenie, że to trochę uproszczenie. Formuły nie wzięły się z powietrza, większość z nich ma za sobą konkretną tradycję ustną, gdzie brzmienie i rytm były przemyślane przez dziesiątki pokoleń. Runy na przykład, albo galdry skandynawskie, to nie jest przypadkowe zestawienie dźwięków. Pytanie które mi się nasuwa: czy chodzi ci o to, że formuła jest zbędna, czy że nie musi być cudza? Bo to spora różnica.
Dokładnie to chciałem napisać. W seiðr głos działa inaczej niż w tradycji ceremonialnej, tam forma nie jest przepisana z góry, ale i tak nie jest przypadkowa. Bardziej chodzi o stan, z jakiego wychodzi dźwięk, niż o konkretne słowa. Wiciol, mam pytanie: co rozumiesz przez "odpowiedni oddech"? Bo to może być albo technika oddychania, albo coś znacznie bardziej subtelnego i nie wiem, w którą stronę myślisz.
Wchodzę w to. Miałem ostatnio podobną rozmowę ze znajomym, który praktykuje chaos magic i jego podejście było takie: liczy się spójność między intencją, ciałem i dźwiękiem. Słowa mogą być w dowolnym języku, mogą być wymyślone, mogą być nawet bez sensu fonetycznie, ale muszą być spójne z tym, co dzieje się w całym systemie. Problem jaki widzę w podejściu "bez formuł" to to, że bez jakiejś struktury trudno powtórzyć wynik. A jeśli nie możesz powtórzyć, to skąd wiesz, że cokolwiek zadziałało?
Czytam i mam wrażenie, że karmaicznie to jest dość złożone. Jeśli wypowiadasz intencję własnym głosem bez gotowej formuły, to odpowiedzialność jest całkowicie twoja, nie możesz się schować za tradycją ani za cudzym systemem. To w sumie oznacza, że każda taka praktyka ma bezpośrednie konsekwencje karmiczne dla praktykującego. Coś w tym stylu ktoś już analizował?
To co napisał Wiciol o buforze tradycji wydaje mi się kluczowe, ale chcę to odwrócić. Czy tradycja rzeczywiście chroni przed karmicznymi konsekwencjami, czy tylko daje złudzenie tej ochrony? Znam dużo przypadków, gdzie ludzie działali "zgodnie z tradycją" robiąc przy tym poważne szkody, sobie i innym. Tradycja może być alibi tak samo jak może być wiedzą.
Słucham tej dyskusji i mam pytanie do Wiciola albo Seida: czy w tej praktyce z głosem i oddechem jest jakaś rola ciszy? Wydaje mi się, że cisza przed i po dźwięku jest jakimś elementem, ale nigdzie tego nie widziałam opisanego. Czy to ma znaczenie, czy to tylko moje skojarzenie?
Z mojej obserwacji: konsekwencje praktyki mają jakość lustrzaną. To znaczy wracają w takiej formie, która odpowiada intencji, nawet jeśli nie odpowiada słowom. Jeśli działałeś z lękiem, to wracają sytuacje, które podbijają ten lęk. Jeśli działałeś z potrzebą kontroli, wracają sytuacje, w których tracisz kontrolę. Nie jest to ścisłe, ale powtarza się.
Zaraz, czyli to brzmi jakby karma była bardziej psychologiczna niż metafizyczna? Że to raczej my sami sobie coś serwujemy przez to jak działamy, niż że jakaś siła zewnętrzna odgrywa nam piłkę?
To co pisze Wiciol o lustrzaności jest ciekawe, bo faktycznie jak patrzę wstecz na momenty, kiedy pracowałem z lękiem zamiast z klarownością, to późniejsze zdarzenia miały taki charakter. Ale nadal nie wiem, czy to była kwestia praktyki czy po prostu mój stan wewnętrzny przyciągał pewne sytuacje niezależnie od jakiejkolwiek magii.
Wracam do tego co mówił Wiciol o ciszy, bo to mnie nie opuściło. Powiedziałeś, że cisza po to przestrzeń, w której wypowiedziane osiada. Jak długo ta cisza powinna trwać? Mam na myśli czy to kwestia odczucia w danym momencie, czy jest jakiś minimalny próg, po którym coś faktycznie może się zakotwiczyć?
To co mówi Wiciol o prawdziwej ciszy kontra udawanej to jest coś, z czym się regularnie zmagam. Mam tendencję do tego, żeby traktować każdy element praktyki jako coś do odhaczenia. Cisza: zrobione. Oddech: zrobiony. I to kompletnie nie działa. Skąd w ogóle wziął się u ciebie ten sposób patrzenia na to, Wiciol?
Mam pytanie do Wiciola i Szamana, bo obaj macie doświadczenie z różnymi tradycjami. W seiðr cisza po dźwięku ma bardzo konkretną funkcję, to nie jest metafora. Dźwięk otwiera, cisza zamyka albo odwrotnie w zależności od kontekstu. Czy w praktyce własnej, bez formuł, ta struktura jakoś naturalnie się pojawia, czy trzeba ją świadomie budować?
Słuchajcie, ja się trochę gubię w całym tym wątku o karmie i odpowiedzialności. Mam konkretne pytanie: czy jeśli ktoś robi takie zaklęcia słowne bez formuły i nic z tego nie wychodzi, to też jest jakaś konsekwencja? Czy karma działa tylko wtedy, kiedy coś faktycznie zadziała?
Zaraz, ale czy w ogóle można działać bez tej furtki kiedy się nie jest pewnym co się robi? Bo jak mam być w stu procentach zaangażowany w coś, czego efektów nie jestem w stanie przewidzieć, to to brzmi jak skok na głęboką wodę bez sprawdzenia czy woda jest.
To co mówi Wiciol o głosie jako czymś trudnym do ukrycia jest ciekawe w zestawieniu z tradycjami, gdzie właśnie cisza była formą praktyki. W niektórych liniach buddyjskich mowa jest traktowana jako jedna z bram karmy, obok ciała i umysłu, i jest traktowana bardzo poważnie, właśnie dlatego że jest tak konkretna. Wypowiedziane słowo nie jest już tylko myślą.
I tu wracamy do sedna odpowiedzialności magika. Technika, głos, oddech, cisza, to są formy. Ale odpowiedzialność zaczyna się od pytania co chcę osiągnąć i dlaczego. Jeśli pomijasz to pytanie, to cała reszta jest tylko ćwiczeniem oddechowym.
To mnie trochę zatrzymuje, bo właściwie jak to pytanie zadać sobie uczciwie? Bo można się okłamywać co do intencji. Można myśleć, że działasz z dobrych pobudek, a tak naprawdę chcesz komuś udowodnić coś albo zaspokoić własną potrzebę kontroli.
Tak, i to jest jedna z najprostszych i najbardziej bezpośrednich form samodiagnozy intencji. Wypowiedz intencję na głos, w pełnym zdaniu, bez pośpiechu. Nie jako afirmację, nie jak mantrę, tylko jako zdanie oznajmujące. I obserwuj. Nie analizuj, obserwuj. Ciało wie. Gardło wie. Zanim myśl zdąży cokolwiek powiedzieć, już masz informację.
I tu jest też połączenie z tym co mówiliśmy wcześniej o ciszy. Bo po takiej wypowiedzi cisza nie jest przerwą. Jest odpowiedzią. Jeśli coś w tobie po wypowiedzeniu intencji zapada się zamiast otwierać, to jest informacja. Nie wyrok, informacja.
A czy to w ogóle da się nauczyć? Bo brzmi jakby trzeba było mieć jakiś wrodzony kontakt z ciałem, który jedni mają a inni nie. Ja na przykład przez długi czas byłam mocno "w głowie" i ciało dla mnie było czymś co po prostu działa, a nie czymś co coś komunikuje.
Okej, ale jeśli to jest ten sam mechanizm, to dlaczego w życiu codziennym ignorujemy te sygnały, a w kontekście rytualnym mamy nagle na nie zwracać uwagę? Coś tu nie gra. Albo przez całe życie ćwiczymy ignorowanie, i wtedy w rytuale też będziemy ignorować, albo to jest jakaś osobna umiejętność którą można włączyć na żądanie.
I to jest właściwie odpowiedź na pytanie z kilku postów wcześniej o tym jak zacząć. Nie szukasz gotowości. Wchodzisz w praktykę i obserwujesz co się w tobie dzieje przy każdym słowie, przy każdym oddechu. I po pewnym czasie zaczynasz to słyszeć. Ale musisz być gotów nie rozumieć przez jakiś czas.
Zaraz - "traca powietrze dokładnie w tym miejscu" - to znaczy że można to przewidzieć? Że jak znam zdanie które chcę powiedzieć, to wiem z góry gdzie się rozszczepi?
I tu wchodzi coś, o czym chciałem powiedzieć od chwili. W tradycji tybetańskiej mowa jest jedną z pięciu bram, przez które karma przepływa. Ale jest też coś, co się nazywa sambhogakaya - ciało radości, które jest związane właśnie z dźwiękiem i wibracją. I tam rozróżnienie między intencją a dźwiękiem w ogóle nie istnieje - są traktowane jako jedno. Nie ma złej intencji z dobrym głosem, bo to jest niemożliwe w tym modelu.
To jest pytanie które zadziera z dużo głębszym problemem. Czy intencja artystyczna jest magiczna? Bo jeśli aktor naprawdę wchodzi w postać, to kto wypowiada słowa - on czy postać? I czy to rozróżnienie w ogóle jest możliwe kiedy ciało jest jedno?
Bo to co mówisz o zaznaczaniu granic między głosem własnym a cudzym - to brzmi jakby chodziło o coś więcej niż tylko rytualne przygotowanie. Jakby sama spójność głosu z tożsamością była stawką. Mam rację czy przekręcam?
