Ostatnio wróciłam do pewnego rytuału, który robiłam jakiś czas temu, i zaczęłam się zastanawiać nad czymś, co chyba nigdy porządnie nie omówiliśmy na tym forum - mianowicie o języku zaklęcia. Mam na myśli: czy to naprawdę ma znaczenie, w jakim języku wypowiadamy słowa podczas rytuału? Bo widzę, że jedni przysięgają na łacinę, inni na hebrajski, inni korzystają z zapisów runicznych i w ogóle nie wypowiadają słów głośno, a jeszcze inni twierdzą, że po polsku działa tak samo dobrze. Skąd się w ogóle wzięło przekonanie, że język obcy daje coś więcej? Czy chodzi o samą fonię - brzmienie dźwięków - czy o tradycję, która za tym stoi, czy może o coś innego?
To jest pytanie, które w różnych tradycjach dostaje zupełnie różne odpowiedzi, więc zacznę od rozróżnienia, bo inaczej będziemy gadać obok siebie. W kabale hebrajskiej litery i dźwięki mają przypisane konkretne wartości numeryczne i uważa się, że hebrajski jest językiem stworzenia - tzn. że samo wymawianie tych dźwięków uruchamia pewne procesy. To nie jest kwestia metafory, tam jest to dosłownie zapisane w Sefer Jecira. Podobnie w indyjskiej tradycji wedyjskiej - mantra w sanskrycie ma sens tylko wtedy, kiedy jest poprawnie wymawiana, bo chodzi o wibrację konkretnego dźwięku. Tłumaczenie zabija mantrę według tej tradycji. Natomiast w zachodniej magii ceremonialnej, powiedzmy Thelema, Crowley sam pisał rytuały po angielsku i po łacinie, i twierdził, że intencja jest ważniejsza niż język. Więc to nie jest tak, że jest jedna odpowiedź.
To co mówi Kartomanta54 o sanskrycie i wibracjach dźwięku to mnie zawsze zatrzymuje, bo jak rozumieć tę wibrację praktycznie? Ja nie jestem fonetycznym mistrzem i kiedy próbuję wymawiać 'Om Namah Shivaya' to nie mam pojęcia, czy mój akcent, moja wymowa, jest w jakikolwiek sposób zbliżona do oryginału. Czy to znaczy, że robię to źle i nie ma sensu? Bo słyszałem od kilku osób, że 'i tak działa', ale nie wiem czy nie mówią tak, żeby się nie przyznać do braku efektów.
Mam inne podejście do tego i nie wiem, czy nie prostsze. Pracuję z zaklęciami słowiańskimi - część po polsku, część to rekordy ze starosłowiańskiego, którego nie rozumiem w stu procentach. I nie odczuwam żadnej różnicy co do skuteczności zależnie od języka, natomiast odczuwam różnicę co do tego, jak bardzo jestem skupiona. Stare teksty - właśnie dlatego, że są niecodzienny, bo ich nie rozumiem płynnie - zmuszają mnie do większej koncentracji. Może więc chodzi o to, że obcy język działa jak swoisty hamulec dla 'autopilota' i zmusza mózg do wolniejszego, uważniejszego wypowiadania?
Zawilec masz rację co do skupienia ale chce dodac coś do tego. Starosłowianskie zaklęcia mają jeszcze jedną warstwę - one były tworzone w konkretnym kontekscie kulturowym, z konkretnymi obrazami, bóstwami, symboliką. Kiedy mówisz na przykład słowa zwracające się do Mokoszy czy Peruna, to za tymi słowami stoi cały system wierzeń, mitologia, rytuały. To nie jest tylko dźwięk. Pytanie do Mimoza63 - bo ty zaczęłaś ten temat - jakiego języka ty sama używasz w swoich rytuałach i z jakiego powodu?
No właśnie, to mnie tu interesuje. Bo widzę na TikToku i Instagramie masę filmików, gdzie ktoś wymawia słowa po łacinie albo aramejsku i twierdzi, że to jest 'prawdziwa magia' w odróżnieniu od 'fałszywej'. Ale skąd wiedzą, że ich wymowa jest poprawna? Skąd wiedzą, że np. 'Abracadabra' pochodzi z aramejskiego 'avra kadavra' i cokolwiek to znaczy w kontekście? To brzmi trochę jak moda, nie jak tradycja.
Przepraszam, że się wtrącę, bo nie znam się na tym tak dobrze jak wy, ale słuchając tej rozmowy mam pytanie może głupie - jeśli chodzi o to skupienie, o którym mówiła Zawilec, to czy nie działa to tak samo z afirmacjami po polsku? Bo przy afirmacjach też jest tak, że jak mówię zdanie po polsku rutynowo, to mózg to odfiltrowuje, a jak wymyślę coś niecodzienny, to bardziej 'trafia'. Czy to jest jakoś podobne do tego o czym mówicie?
Czytam ten wątek i mam pytanie zupełnie z innej strony. Runy - bo się nimi interesuje ostatnio - to są znaki, nie słowa po norwesku czy staronordycku. Ale kiedy je się wymawia, to mówi się ich nazwy: Fehu, Uruz, Thurisaz. To jest język staronordycki, ale on jest martwy i nikt nie wie jak naprawdę brzmiał. Jak to się ma do tego o czym mówicie? Czy tu też chodzi o wibrację, czy o co innego?
Wracając do pytania o kontekst - bo to mnie bardziej interesuje niż sama fonetyka - czy ktoś z was robił rytuał w języku, którego w ogóle nie rozumie? Nie chodzi mi o to, że rozumie mniej więcej, ale dosłownie zero rozumienia, czyta fonetycznie z kartki. I jakie były efekty w porównaniu do tego samego rytuału zrobionego po polsku, ze zrozumieniem każdego słowa?
Robiłam coś takiego raz z tekstem w języku, który rozpoznałam jako staroegipski - dostałam go od osoby, która sama twierdziła, że przekazuje starą wiedzę. Czytałam fonetycznie, nie rozumiałam nic. Powiem wam szczerze: czułam się jak lektor czytający tekst przed nagraniem. Skupiałam się na wymowie, nie na znaczeniu, nie na intencji. Efektu nie było żadnego, przynajmniej żadnego, który mogłabym przypisać akurat tamtemu działaniu. I od tamtej pory uważam, że jeśli nie rozumiesz tekstu - a przynajmniej nie rozumiesz jego sensu na poziomie obrazu i intencji - to jest pusta forma. Dźwięk bez treści.
Ale zaraz, bo chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Czyli według was nie ma znaczenia, w jakim języku, ale ma znaczenie to, czy rozumiesz i czujesz to co mówisz? To trochę zmienia całą pierwotną kwestię z tematu, bo brzmi jakbyście mówili, że język sam w sobie to tylko nośnik, a nie coś osobnego.
Nie do końca, Strzaska96, i tu jest właśnie pęknięcie w tej dyskusji. Jedni - jak Blazenka63 - twierdzą, że liczy się intencja i zrozumienie, co jest podejściem psychologicznym lub nowomagicznym. Inni - jak tradycja wedyjska czy kabała - twierdzą, że pewne dźwięki mają działanie samo w sobie, niezależnie od tego, czy rozumie je ten kto mówi. To nie jest kwestia do rozstrzygnięcia na forum, bo to jest fundamentalna różnica między dwiema filozofiami magii. Albo słowo jest wibrującym bytem, albo jest tylko przekaźnikiem intencji.
Kartomanta54 to świetnie to ujął i myślę, że właśnie dlatego ta rozmowa jest potrzebna. Bo wiele osób - i ja też przez długi czas - używało obcych języków jakby to był skrót do czegoś 'lepszego', nie zastanawiając się, do której tradycji w ogóle przynależy ich praktyka. Jeśli pracujesz z systemem, który mówi, że dźwięk sam ma moc, to ucz się wymowy i idź w głąb. Jeśli pracujesz z intencją, to może polski jest spoko. Problem zaczyna się, gdy mieszasz jedno z drugim bez świadomości, że to dwa różne założenia.
Bardzo wam dziękuję za tę rozmowę, przeczytałam wszystko i naprawdę dużo mi to dało do myślenia. Mam jedno pytanie, które mi zostało po przeczytaniu: czy jest jakiś sposób, żeby w ogóle to sprawdzić dla siebie? Znaczy, czy ktoś próbował zrobić ten sam rytuał dwa razy - raz po polsku ze zrozumieniem, raz w innym języku - i porównać? Bo rozumiem, że to nie jest laboratorium, ale może ktoś to robił intuicyjnie i coś zaobserwował?
Dobra, to może zacznę od siebie, bo pytałam o ten eksperyment z tym samym rytuałem w dwóch językach. Próbowałam coś takiego, ale nie wiem czy to się liczy - robiłam afirmację po polsku, a potem to samo zdanie po angielsku, bo widziałam że wiele osób z zagranicy tak właśnie pracuje. I powiem wam, że po angielsku czułam się jakby to był cudzy tekst. Nie mój. Jakbym recytowała coś z podręcznika. Nie wiem czy to o czymś świadczy, czy po prostu nie jestem przyzwyczajona do myślenia w tym języku przy takich rzeczach.
To jest ciekawe rozróżnienie, bo lingwiści mówią o czymś podobnym - o języku blisko spokrewnionym jako o czymś, co mózg przetwarza inaczej niż język z innej rodziny. Czeski albo słowacki dla Polaka to jest coś pomiędzy - rozumiemy część bez nauki. Starosłowiański jest protoplastą, więc ma podobną fonologię. Natomiast arabski, hebrajski, chiński - to są systemy, które mózg słyszący po raz pierwszy dosłownie nie segmentuje na słowa. Czy to ma przełożenie na pracę rytualną? Nie wiem. Ale wydaje mi się, że to jest hipoteza warta sprawdzenia bardziej metodycznie niż intuicyjnie.
A właśnie, mam pytanie bo się kręci mi po głowie od jakiegoś czasu. Wróćmy do tych run, bo Celtyk ładnie to wyjaśnił wcześniej, ale zostało mi jedno - kiedy pracujesz z runą i wymawiasz jej nazwę, to czy mówisz pełną nazwę staronordycką, czy tylko literujesz jak ją się pisze? Bo widziałem różne podejścia i jedni mówią Fehu, drudzy mówią Fe albo F, i teraz nie wiem, które jest 'poprawne' albo czy w ogóle ma to znaczenie.
Słuchajcie, wracam do pytania Wieszczki93 o ten eksperyment. Bo mi się wydaje że robimy tutaj jedno założenie, którego nie sprawdzamy - zakładamy że możemy ocenić skuteczność rytuału na podstawie tego co czujemy podczas jego wykonywania. Ale co jeśli to nie jest dobre kryterium? Możesz czuć pełną bliskość z tekstem po polsku i nic z tego nie wyniknąć. Możesz czuć dystans przy łacinie i efekt przyjdzie. Jak w ogóle mierzycie czy jeden język działa lepiej niż drugi?
Genio.2 dotknął czegoś, o co sama się wielokrotnie potykałam. Bo kiedy zaczęłam się pytać siebie 'skąd wiem że to zadziałało', to okazało się że moje kryteria są strasznie rozmyte. Zbieżność czasowa - tak. Poczucie że coś się zmieniło - tak. Ale czy mam pewność że to nie było coś, co i tak by się wydarzyło? Nie mam. Więc może zamiast pytać który język jest skuteczniejszy, powinniśmy pytać co sprawia że w ogóle coś uznajemy za skuteczne.
To jest bardzo uczciwe postawienie sprawy. Ale wiesz co, z drugiej strony - gdybyśmy każdą praktykę ezoteryczną poddawali takiemu testowi, to musiałybyśmy zakwestionować absolutnie wszystko. I to jest może słuszne filozoficznie, ale w praktyce prowadzi do paraliżu. Ja pracuję z tym co mam - z odczuciami, z tym jak przebiegał rytuał, z tym co nastąpiło potem. To nie jest nauka, wiem o tym. Ale nie każde działanie musi być nauką, żeby miało sens.
Przepraszam że znowu się wtrącam, ale to co powiedział Genio.2 o mierzeniu - to mnie zastanowiło. Bo przy afirmacjach, o których wcześniej mówiłam, też jest ten sam problem. Ludzie mówią że afirmacje działają, ale jak to sprawdzić? Chyba w ogóle jest tak że wszystko co jest wewnętrzne i subiektywne jest niemierzalne. Więc może to nie jest kwestia języka samego w sobie, tylko kwestia że w ogóle nie wiemy jak to badać?
No dobra, ale wtedy jak ktoś mówi 'ten rytuał po aramejsku działa lepiej', to co właściwie twierdzi? Bo jeśli nie możemy tego zmierzyć ani sprawdzić, to to jest po prostu opinia, nie? Nie mówię że zła, ale opinia. I to mnie trochę frustruje w tej rozmowie - mamy bardzo dużo 'wydaje mi się' i 'czułam że', a mało czegoś konkretnego.
Może inne podejście do tego co mówi Strzaska96 - zamiast pytac o skutecznosc, mozna zapytac o spójnosc systemu. Jeśli jakas tradycja ma wewnętrzną logikę, swoje własne zasady, swoją historię i jest stosowana konsekwentnie - to jest juz cos konkretnego. Nie mówię ze prawdziwego, ale konkretnego. Praca z runami w Elder Futhark ma za soba rekonstrukcje historyczna, słowniki, opisy. To nie jest to samo co losowe zaklęcie z TikToka po aramejsku bez żadnego kontekstu.
To co powiedział Celtyk o spójności systemu bardzo mi pomogło to poukładać. Bo chyba o to właśnie chodzi - że jeśli używasz języka z jakiejś tradycji, to powinnaś wiedzieć z jakiej, i mieć jakiś kontakt z tą tradycją jako całością. A nie tylko wyrwać słowa i włożyć je w inny kontekst. Mam wrażenie że to jest właśnie to, o co od początku chodziło w tym wątku, tylko doszliśmy do tego okrężną drogą. Dzięki wam naprawdę, bo sama bym na to nie wpadła.
To co teraz powiedział Kartomanta54 przypomina mi dyskusję, którą miałam kiedyś z kimś kto pracował z magią egipską. Twierdził że dostał przekaz w linii inicjacyjnej sięgającej starożytności. Nie będę oceniać czy to możliwe, ale pytanie które wtedy zadałam i teraz też bym zadała - czy to ma znaczenie dla samej praktyki? Czy inicjacja zmienia coś w tym jak słowa działają, czy to jest bardziej kwestia psychologicznego umocowania praktykującego?
Czytam ten wątek od rana i mam jedno pytanie które mi nie daje spokoju - czy ktoś z was w ogóle doszedł do wniosku co robić kiedy zaczynasz pracę rytualną i nie wiesz od której tradycji zacząć? Bo z tej rozmowy wynika że trzeba znać tradycję, mieć spójny system, najlepiej żywy przekaz - i to brzmi jakby barieria wejścia była bardzo wysoka. Co mają robić ludzie którzy dopiero zaczynają i nie mają do tego dostępu?
No dobra, ale to jest trochę odpowiedź, która nie odpowiada. Kartomanta, Celtyk, Wieszczka - rozumiem że trzeba znać tradycję i mieć spójny system. Tylko że jeśli ktoś dopiero zaczyna, to skąd ma wiedzieć, która tradycja jest jego? To nie jest tak że człowiek się budzi i wie że jest nordycki albo helleński. Czy ktoś w ogóle miał taki moment gdzie po prostu wiedział, od czego zacząć?
