Mnie to jakoś przyszło przez runy i byłem pewien że to będzie moja ścieżka, ale teraz po tej rozmowie zaczynam się zastanawiać czy dobrze podszedłem do tematu. Bo wymawiałem te nazwy z tutoriala na YouTube i szczerze nie wiem czy ten gość wymawiał je poprawnie, czy sam wymyślił. Czy to ma znaczenie jeśli i tak nie rozumiesz staronordyckiego?
To co Genek74 mówi jest bardzo uczciwe i myślę że wielu z nas przez to przeszło. Ja przez długi czas nie potrafiłam odróżnić efektu języka od efektu samego skupienia. To są dwie zupełnie różne zmienne i robiłam je zawsze razem. Dopiero kiedy zaczęłam eksperymentować osobno - raz tylko skupienie, raz z językiem - zobaczyłam że dla mnie coś się różni. Ale to był powolny proces, nie nagłe olśnienie.
Czyli jednak wróciłyśmy do eksperymentu. Mimoza, jak to robiłaś praktycznie? Mówisz że rozdzielałaś skupienie od języka - to znaczy co? Siedziałaś w ciszy bez słów i sprawdzałaś efekt, a potem to samo z zaklęciem?
A czy ktoś próbował robić to samo z afirmacjami w różnych językach? Bo ja mówię afirmacje po polsku i zastanawiałam się czy po angielsku by działały tak samo. Ale to może głupie pytanie przy tej rozmowie.
Ale właśnie, jeśli chodzi o emocje to ma sens, że własny język działa inaczej. Tylko że ja czytałam gdzieś - chyba w kontekście mantry sanskryckiej - że tam nie chodzi o rozumienie słów, tylko o fizyczny efekt dźwięku. Że pewne kombinacje dźwięków mają działać na ciało i umysł niezależnie od znaczenia. To by przeczyło temu co Blazenka mówi, nie?
Ok, ale z praktycznego punktu widzenia co to oznacza? Że jak chcę pracować z mantrami, to powinam uczyć się sanskrytu żeby je rozumieć? Albo że wystarczy sam dźwięk? Bo to są dwa kompletnie różne podejścia do nauki.
Sama się nad tym zastanawiałam i moje doświadczenie jest takie że inaczej pracuje się z czymś co rozumiem, a inaczej z czymś co jest dla mnie tylko dźwiękiem. Nie mówię że jedno lepsze od drugiego - po prostu inne. Kiedy nie rozumiem słów, mój umysł nie kłóci się z treścią, nie ocenia czy to prawda czy fałsz. Może to ma swoje zastosowanie.
W tradycji galdr - to jest nordycka magia dźwięku - runa nie jest tylko symbolem wizualnym, ona ma swoj dźwięk i właśnie ten dźwięk jest jej istotą. Nie chodzi o to żeby rozumiec słowo, chodzi o to żeby wprawic w drganie siebie i przestrzeń przez konkretne brzmienie. Przynajmniej tak to jest opisywane w starszych źródłach. Niezrozumienie może byc tu cecha, nie przeszkoda.
I chyba to jest odpowiedź na pytanie Andromedki z początku - skąd wiedzieć od czego zacząć i jak pracować. Zacząć od uczciwości wobec siebie co wiemy, a czego nie wiemy. I nie szukać systemu który da poczucie pewności, bo tej pewności po prostu nie ma - ani w martwych tradycjach, ani w żywych.
Czytam od dłuzszego czasu i mam proste pytanie bo trochę się pogubiłam. Jeśli nie wiadomo czy rekonstrukcja jest dobra, i nie wiadomo jak mierzyc skutecznosc, i nie wiadomo czy to dźwięk czy intencja - to co w takim razie wiemy na pewno o języku w rytuale? Czy jest jakaś jedna rzecz co jest pewna?
Lowczyni_60 zadała pytanie które mnie siedzi w głowie od dłuższego czasu. Bo faktycznie - co wiemy na pewno? Że ludzie od tysięcy lat używają języka w rytuałach. To fakt historyczny. Że coś się dzieje kiedy to robimy - to subiektywne doświadczenie większości tu zebranych. Ale mechanizm? Tu już każdy ma inną teorię.
Moim zdaniem ma sens, ale z innych powodów niż się zwykle podaje. Kiedy uczę się języka do rytuału - nawet fragmentarycznie - zmieniam swój stosunek do tego co robię. To nie jest już coś co wyczytałam i powtarzam. Staję się kimś kto włożył wysiłek. I nie wiem czy to wpływa na wynik, ale na pewno wpływa na mnie.
To jest właściwie stare pytanie które wraca w każdej tradycji - czy skuteczność rytuału zależy od czegoś zewnętrznego wobec praktykującego, czy od stanu samego praktykującego. W teurgii neoplatońskiej, żeby nie szukać daleko, Jamblich kłócił się o to z Porfiriuszem w IV wieku. Jamblich upierał się że bogowie odpowiadają na konkretne działania, symbole, dźwięki - niezależnie od stanu umysłu wykonawcy. Porfiriusz był bliżej stanowiska że liczy się wewnętrzne nastawienie. Nie rozstrzygnęli tego wtedy i my raczej też nie rozstrzygniemy.
Wracając do pytania Lowczyni_60 - ja myślę że nauka języka do rytuału ma sens jeśli chcesz wejść głębiej w konkretną tradycję, a nie jeśli szukasz magicznego skrótu. Łacina w magii ceremonialnej, hebrajski w kabale, sanskryt w tantrze - to są języki które są osadzone w całych systemach myślenia i sam dźwięk to tylko jedna warstwa. Jeśli uczysz się tylko fonetyki bez kontekstu, to pytanie czy to w ogóle jest ta sama praktyka.
Mimoza, to co mówisz o kontekście - czy to znaczy że mantra wyrwana z tradycji traci swoje działanie? Bo widzę dużo takich podejść w internecie, że ludzie biorą 'Om Namah Shivaya' i powtarzają mechanicznie bez żadnego zaplecza. Sama tak robiłam i nie wiedziałam że to może być w ogóle kwestia.
Przepraszam że się wtrącę z głupim pytaniem, ale jak słucham tej rozmowy to zastanawiam się - czy ktoś miał takie doświadczenie że w połowie rytuału uświadomił sobie że nie wie jak wymówić jakieś słowo i to go wybiło ze skupienia? Bo mnie to się zdarzyło i potem czułam że cały rytm się posypał.
W tradycji wedyjskiej japa jest całkiem dobrze opisana jeśli chodzi o błędy. Są pokuty - prajascitta - za nieprawidłowe wykonanie mantry. To samo w rytuałach śrauta, gdzie błąd kapłana mógł wymagać powtórzenia całej sekwencji. Ale to są konteksty rytualnego kapłaństwa, nie indywidualnej praktyki. W osobistej sadhanie większość nauczycieli mówi że intencja jest ważniejsza niż techniczna perfekcja. To jednak nie znaczy że fonetyka jest obojętna - mówią że ważna, ale że jeden błąd nie unicestwiaje całości.
Więc mamy dwie odpowiedzi i są sprzeczne - w jednej tradycji błąd jest poważny, w drugiej intencja nadrabia. Jak to pogodzić? Albo raczej - czemu to w ogóle ważne dla kogoś kto nie jest w żadnej z tych tradycji i po prostu chce pracować z językiem?
Dziękuję za tę rozmowę, naprawdę - bo zaczęłam ją z przekonaniem że język albo działa albo nie, a teraz widzę że to jest znacznie bardziej skomplikowane i że moje pytanie o mantrę to był właściwie tylko jeden kawałek dużo większej układanki. Ale mam jeszcze jedno - czy ktoś z was zmienił język w praktyce po jakimś czasie? I co to zmieniło?
Jeszcze jedno pytanie do całej reszty - bo Mimoza powiedziała wcześniej że mantra wyrwana z tradycji może być tylko zestawem dźwięków. Ale czy ktoś z was miał takie doświadczenie, że coś działało mimo że nie mieliście żadnego zaplecza? Bo ja na przykład przez długi czas powtarzałam 'So Hum' z filmiku na youtube i coś się działo z oddechem, ze skupieniem. Nie wiem jak to nazwać, ale nie było to nic.
To jest dokładnie problem który filozofia umysłu nazywa 'confounding variables'. Nie można tego rozdzielić w praktyce domowej, bo nie masz grupy kontrolnej. Ale to samo dotyczy każdego doświadczenia duchowego - i tradycje które przetrwały setki lat generalnie przestały się tym przejmować i zamiast tego skupiały się na tym co powtarzalne i co działa niezależnie od tego czy wiesz dlaczego.
Trochę odchodzimy od tego co bylo na poczatku watu - czyli czy jeyk ma znaczenie. Bo teraz rozmawiamy bardziej o tym czy tradycja ma znaczenie. Moze wrocic do konretnych jezykow? Bo ja dalej nie wiem czy jak powtarzam 'Ehyeh Asher Ehyeh' bez znania hebrajskiego to ma sens czy nie.
W runach jest coś podobnego - galdr, czyli śpiewanie run, ma być skuteczne przez samą wibracje konkretnych dźwięków przypisanych do symboli. Ale tam tez jest pytanie czy te dźwięki są 'oryginalne' bo przez stulecia musialy się zmieniać. Scandynawski z VI wieku brzmiał inaczej niż rekonstrukcje które mamy teraz.
To jest ciekawy wątek bo pokazuje że nawet jeśli ktoś chce używać 'oryginalnego' języka rytuału, to ta oryginalność jest już trochę akademicką fikcją. Łacina kościelna z X wieku brzmiała inaczej niż łacina klasyczna z I wieku p.n.e., i obie brzmią inaczej niż wymowa restituta której uczą dziś na uniwersytetach. Więc do którego punktu w czasie mielibyśmy wrócić?
Mimoza, to co mówisz o warstwach czasowych to mi przypomniało coś z zupełnie innej beczki - że w tradycji tybetańskiej jest taki pogląd że mantry sansskryckie były 'słyszane' przez świętych w stanach medytacyjnych, a nie zapożyczone z języka potocznego. Więc kwestia oryginalności brzmienia jest tam w ogóle inaczej postawiona, bo nie chodzi o historyczną wierność tylko o wierność wobec pierwotnego 'usłyszenia'.
Może się mylę ale mi się wydaje że to jest właśnie ta różnica między tradycjami objawieniowymi a tymi które opierają się bardziej na praktycznym przekazie. W jednych ktoś dostał instrukcję z góry i jej się trzymamy, w drugich ktoś próbował, obserwował efekty, przekazał dalej. I pytanie o język jest inne w każdym z tych przypadków.
To chyba tłumaczy czemu tak trudno dostać prostą odpowiedź na to czy język ma znaczenie. Bo to pytanie ma inną odpowiedź w zależności od tego w jakim modelu się pracuje. I chyba większość ludzi którzy zaczynają pracę z rytuałem nie wie że w ogóle wybierają model.
