Time Passages i Astro.com podają VOC w oparciu o aspekty ptolemejskie, co jest spójne z klasyczną definicją. Lunarium też, choć interfejs jest mniej wygodny. Problem z aplikacjami mobilnymi jest taki że część z nich nie podaje w ogóle metodologii - nie wiesz co liczą.
To jest dobra wskazówka z tą konsekwencją. Ale mam pytanie do Seby - bo wróciłam myślami do jego sytuacji z tą zmianą zawodową. Mówisz że wyśledzenie dobrego timingu zajmuje czasem miesiąc. Jak długo w ogóle odkładasz ten rytuał?
To jest bardzo szczere i moim zdaniem ważniejsze niż cały wątek o VOC. Trzy miesiące to nie jest problem z kalendarzem księżycowym.
Słucham i mam wrażenie że to jest w ogóle szerszy problem - czy my szukamy dobrego momentu, czy szukamy poczucia że wszystko jest idealne zanim zrobimy coś ważnego? Bo to drugie nie ma nic wspólnego z księżycem.
Kocanka trafia w coś istotnego. W tradycji elektionalnej celem nie jest znalezienie idealnego momentu - takiego nie ma. Celem jest znalezienie momentu wystarczająco dobrego, gdzie konfiguracja wspiera intencję. Jeśli ktoś czeka na ideał, to czeka w nieskończoność. Elektional zakłada kompromis, nie perfekcję.
I dlatego elektional to jest sztuka a nie algorytm. Musisz zdecydować które czynniki są dla ciebie priorytetowe dla konkretnej intencji, a które możesz odpuścić. VOC to jeden czynnik. Merkury to inny. Władca ascendentu to kolejny. Nie da się mieć wszystkiego jednocześnie.
okej, to jak bym miał podejść do tego elektionalnie - co jest priorytetem dla rytuału dotyczącego zmiany zawodowej? Serio pytam, bo nie wiem od czego zacząć.
A wracając do długości VOC - bo Wega wspomniała że może trwać ponad dobę. Czy w takich przypadkach wy rzeczywiście odkładacie wszystko na potem? Mówię o zwykłych decyzjach, nie tylko rytuałach. Podpisanie umowy, rozmowa kwalifikacyjna, coś ważnego?
To jest chyba najrozsądniejsze podejście jakie tu padło. Kontrolujesz to co możesz kontrolować, resztę puszczasz. Choć zastanawiam się jak to wygląda u was w praktyce - znaczy w pracy, w biurze, czy gdziekolwiek jesteście przez większość dnia. Sprawdzacie telefon przed każdą ważniejszą rozmową?
To właśnie chciałam zapytać - jak wy w ogóle to ogarniasz w ciągu dnia pracy? Bo sprawdzanie telefonu co chwilę żeby zobaczyć czy księżyc już wyszedł z VOC to brzmi jak coś, co by mnie wykończyło nerwowo. Macie jakiś sposób żeby to nie było takie obsesyjne?
U mnie to działa tak, że raz rano sprawdzam i wiem na cały dzień. Jeśli VOC zaczyna się o 14 i trwa do wieczora, to wiem że po obiedzie nie planuję niczego ważnego jeśli mam wybór. Ale nie siedzę i nie wpatruję się w zegarek. To ma być informacja w tle, nie harmonogram.
Ale jak masz spotkanie z szefem o 15 i VOC od 14, to co? Mówisz że poczekasz na lepszy moment? W pracy tego nie da się tak po prostu przesunąć.
A czy wy w ogóle mówicie w pracy o tym co robicie? Mam na myśli - czy ktoś z waszego otoczenia zawodowego w ogóle wie że się tym interesujesz? Bo ja mam wrażenie że to jest coś co większość ludzi trzyma dla siebie.
Ja nikomu w pracy nie mówię. Nie dlatego że się wstydzę, ale dlatego że to po prostu moja prywatna sprawa. Tak samo jak nie opowiadam współpracownikom co jem na śniadanie. Nie ma potrzeby.
To ciekawe co Aldona mówi, bo ja przez chwilę próbowałam być bardziej otwarta i szybko się nauczyłam że to nie jest dobry pomysł. Jedna koleżanka zaczęła mnie traktować jak wariatkę, druga zaczęła prosić o przepowiednie przed każdym zebraniem. Żadna z tych reakcji nie była tym czego chciałam.
To jest chyba jeden z tych tematów gdzie praktyka ezoteryczna zderza się z realiami przestrzeni zawodowej. I nie chodzi tylko o to czy mówić czy nie mówić - chodzi o to, że rytm dnia pracy jest kompletnie oderwany od rytmu który próbujesz śledzić. VOC nie pyta czy masz termin.
No właśnie. I zastanawiam się czy ludzie którzy serio stosują te systemy - elektional, VOC, to wszystko - po prostu pracują inaczej. Na swoim, freelance, mogą planować kiedy chcą. Bo w korporacji to jest niewykonalne.
Ale czy to nie sprawia że praktyka jest bardzo ograniczona? Że zostają ci tylko weekendy i wieczory? Bo rozumiem że nie możesz wszystkiego podporządkować księżycowi w pracy, ale to musi być trochę frustrujące jak widzisz dobry moment w poniedziałek rano i nic z tym nie możesz zrobić.
Weekendy i wieczory to więcej niż myślisz. Księżyc nie ma harmonogramu biurowego, więc dobry moment w poniedziałek rano zdarza się może raz na kilka tygodni. Przez resztę czasu masz do dyspozycji mnóstwo okien poza godzinami pracy. Problem pojawia się tylko wtedy gdy próbujesz zsynchronizować konkretną zawodową decyzję z konkretnym momentem - i tu faktycznie jest napięcie.
Ja mam jeszcze inne podejście do tej kwestii zawodowej - oddzielam rytuały od decyzji. Decyzje podejmuję kiedy muszę, rytuały robię kiedy mogę. Nie traktuję rytuału jako warunku do podjęcia decyzji. To bardziej uzupełnienie niż gatekeeper.
Dobry moment wzmacnia intencję, ale nie jest konieczny do tego żeby intencja w ogóle działała. Przynajmniej tak to rozumiem. Jak piszesz list ważny - piszesz kiedy masz czas, a nie czekasz aż papier będzie idealny. Ale dobry papier nadal ma znaczenie.
To porównanie mi się podoba. Choć zastanawiam się czy Wega by się zgodziła, bo ona wcześniej mówiła że w astrologii elekcyjnej wybór momentu jest jednak kluczowy. Czy to nie jest sprzeczność?
Astrologia elekcyjna i intencja wspierana rytuałem to trochę inne zastosowania. W elekcyjnej chodzi o zewnętrzne działanie w czasie - podpisanie umowy, start biznesu, podróż. Tam wybór momentu ma bezpośredni związek z tym co się wydarzy. W rytuale intencjonalnym pracujesz z własną energią i symboliką - tu wybór momentu wspiera, ale nie determinuje. Ninka ma rację co do tej różnicy.
Dobrze że to rozróżniłaś, bo myślę że dużo zamieszania w tym wątku bierze się właśnie stąd że mieszamy te dwa konteksty. Seba pytał o rytuał dotyczący zmiany zawodowej, ale jednocześnie pytał kiedy podpisywać umowę - to są dwa różne pytania z różnymi odpowiedziami.
No i tu właśnie wychodzi to, o czym mówiłam wcześniej - te systemy nie są monolitem. VOC to jeden system, elektional to kolejny, rytuały intencjonalne to trzecia sprawa. Można je łączyć, ale nie trzeba traktować jako jednej całości z identycznymi regułami.
Ale właściwie skąd się wzięła ta kategoria "pustych dni"? Mam na myśli - czy to jest pojęcie wywodzące się z astrologii klasycznej, czy to jest coś co zostało przetłumaczone i zaadaptowane i po drodze nabrało innego znaczenia? Bo mam wrażenie że w polskim środowisku ezoterycznym dużo rzeczy funkcjonuje w jakimś uproszczonym tłumaczeniu.
VOC - Void of Course - to pojęcie stricte astrologiczne, opisane już przez Williama Lily'ego w siedemnastym wieku. Ale to czym jest VOC według Lily'ego, a tym jak się o nim mówi na większości polskich for czy w mediach społecznościowych, to są dwie różne rzeczy. Lily opisywał to w kontekście horarnym - konkretne pytanie zadane w momencie VOC daje odpowiedź "nic z tego nie wyjdzie". Nie był to zakaz działania w ogóle, tylko interpretacja w konkretnym systemie wróżbiarskim.
