Robię rytuał oczyszczający przestrzeń, wszystko szło normalnie, aż nagle pęka mi szklany pojemnik na sól. Nie upuściłam, nie uderzyłam o nic, po prostu pękł w środku rytuału. Sól rozsypała się po całym ołtarzu. Intuicyjnie poczułam, że coś tu nie gra, ale nie wiem jak to interpretować. Czy ktoś miał podobną sytuację? Bo czytałam różne podejścia i jedni mówią, że to uwolnienie czegoś złego, inni że rytuał sam się sabotuje. Zupełnie nie wiem co o tym myśleć.
U mnie też coś takiego się zdarzało, chociaż nie pojemnik na sól, tylko świeczka. Rozpadła się w połowie na dwie części i obie się przewróciły. Byłam wtedy przekonana, że to zły omen, odłożyłam wszystko, potem wróciłam do rytuału po kilku dniach od nowa. Ale naprawdę nie ma jednej odpowiedzi na to, bo zależy jakiej tradycji się trzymasz. W niektórych szkołach to wręcz znak, że energia jest bardzo aktywna, a nie że coś się sypie.
Hej, mam pytanie do was obu, bo właśnie czytam ten temat i się zastanawiam. A czy to nie może być też prozaicznie wytłumaczone? Mam na myśli to, że szklane naczynia mogą pękać od temperatury, od świeczki obok, od wilgoci. Pytam poważnie, bo sama staram się oddzielać takie rzeczy zanim zacznę szukać głębszego sensu. Jak to u ciebie wyglądało od strony fizycznej, Iwetka? Czy coś mogło wpłynąć na ten pojemnik?
Zbieżność to bardzo wygodne słowo w obie strony. Możesz je odwrócić zupełnie dowolnie, żeby pasowało do tego co chcesz usłyszeć. Nie mówię, że tak robisz, ale warto się pilnować. W tradycjach runicznych zniszczenie przedmiotu w trakcie pracy często jest traktowane jako zakończenie jego cyklu użytkowania w tej przestrzeni, dosłownie przedmiot wypalił się energetycznie. Ale to nie jest automatycznie zły znak. Pytanie brzmi co dalej z rytuałem zrobiłaś?
A co to był za rytuał oczyszczający dokładnie? Bo jest ogromna różnica między oczyszczaniem przestrzeni a oczyszczaniem siebie, i różnymi metodami. Sól w kontekście oczyszczania to jedna z tych rzeczy, które działają dosyć intensywnie jeśli masz do czynienia z silnymi energiami w miejscu. Ciekawe że właśnie ona się rozsypała, a nie coś innego.
Ja wiem z doświadczenia, że pęknięcie szkła to prawie zawsze sygnał ostrzegawczy. Miałam podobnie z lustrem przy pracy ze snami i potem przez kilka tygodni wszystko mi się sypało. Definitywnie bym nie kontynuowała tego rytuału w tej samej przestrzeni bez gruntownego oczyszczenia od nowa, inaczej ściągasz na siebie to co chciałaś usunąć.
Wchodzę w temat, bo mam wrażenie że pominęliście jeden aspekt. Czy to nie może zależeć od intencji rytuału? Chodzi mi o to, że może przedmiot reaguje inaczej kiedy rytuał jest naprawdę potrzebny w danym momencie versus kiedy robimy go z przyzwyczajenia albo bez odpowiedniego skupienia. Mam taką teorię, ale nie wiem czy ktoś bardziej doświadczony to potwierdzi.
Interesujące pytanie ale trochę otwierasz puszkę Pandory. Jeśli pójdziemy tym tropem, to rytuał w pełni skupienia powinien nie niszczyć niczego, bo energia płynie kontrolowanie. A tymczasem mamy tradycje, w których właśnie niszczenie przedmiotu jest wbudowane w rytuał jako jego celowy element, choćby palenie zapisanych karteczek, rozkruszanie wosku. Więc niszczenie samo w sobie nie jest problemem. Pytanie kto lub co steruje tym co się niszczy.
Przepraszam że wchodzę bo może głupie pytanie, ale czy to ważne jaki to był dzień księżyca? Bo czytałam że przy pełni energia jest mocniejsza i może powodować takie nieoczekiwane reakcje przedmiotów. Mam na myśli to że może szkło nie wytrzymało jakiejś intensywności?
Był to czas tuż przed pełnią, jeden albo dwa dni przed. Fluorytka, nie pomyślałam o tym zupełnie, skupiłam się na stronie technicznej i materialnej. A co do pytania Geomanty, to był rytuał z przyzwyczajenia w pewnym sensie, bo oczyszczam przestrzeń regularnie co kilka tygodni. Może to coś znaczy?
To że robisz coś regularnie nie oznacza automatycznie, że robisz to bez skupienia, ale warto się zapytać siebie wprost. Bo przed pełnią nawarstwiają się energie, zarówno te pozytywne jak i negatywne, jeśli coś było gromadzone w przestrzeni od poprzedniego oczyszczenia, to przed pełnią może być tego po prostu dużo. I może szkło po prostu nie dało rady.
Mnie zastanawia coś innego. Czy po tym zajściu coś się zmieniło w przestrzeni? Mówię o takim odczuciu, nie o konkretnych faktach. Bo jeśli energia gdzieś odeszła, to zazwyczaj coś jest inaczej, trudno to opisać, ale wiesz o co chodzi. Jak się zachowujesz w tym pokoju od tamtej chwili?
No to masz odpowiedź na własne pytanie z pierwszego posta. Nie pęknięcie szkła jest problemem, ale przerwanie rytuału w punkcie, kiedy coś zostało otwarte. To jest klasyczny scenariusz niedokończonej pracy. Zacznij od nowa, ale zanim to zrobisz, zamknij poprzednią próbę świadomie, dosłownie wypowiedz na głos że tamto się nie liczy i że zaczynasz od zera. Niektórzy się śmieją z takich rzeczy, ale psychologicznie i energetycznie stawia to wyraźną granicę.
A jeśli ktoś nie czuje tej granicy po takim zamknięciu słownym, to co? Pytam bo mi się wydaje, że samo mówienie czegoś na głos nie wystarczy jeśli nie wierzysz w to co mówisz. Czy jest jakiś fizyczny element który można dodać, żeby to zamknięcie było bardziej... kompletne?
To co opisujesz jako ciężkość, to czy to jest stałe czy zmienne? Mówię o tym, że niektóre rzeczy które czujemy jako nierozwiązane potrafią się zmieniać w ciągu dnia, są lżejsze rano a cięższe wieczorem albo odwrotnie. Jeśli ta ciężkość jest stała od momentu przerwania, to może jednak jest coś niedomkniętego w przestrzeni, a jeśli zmienia się rytmicznie, to może bardziej chodzi o twój stan niż o samą przestrzeń.
Przy runach mam podobną zasadę do tego co mówi Inkantator, że zamknięcie musi być tak samo intencjonalne jak otwarcie, inaczej to nie rytuał tylko czynność. Ale mam pytanie do Wiesława, bo powiedział żeby zamknąć poprzednią pracę zanim zacznie nową. Co konkretnie miał na myśli przez zamknięcie? Jakieś oczyszczenie przestrzeni, banishing, czy coś innego?
Mechaniczne wchodzenie w rytuał to właśnie jeden z tych momentów kiedy coś idzie nie tak. Nie twierdzę że pęknięcie było przepowiednią, ale twoje rozproszenie na początku mogło po prostu sprawić, że energia nie miała gdzie iść i wyładowała się w szkle. Słyszałam takie wyjaśnienie od kogoś kto pracuje z bioenergią i miało dla mnie sens, choć wiem że Wieslaw teraz powie że to za proste.
Wracam do pytania Dzidki o tę ciężkość. Iwetka, czy zmieniła się od czasu kiedy pisałaś ten pierwszy post? Mówię o tym, bo jeśli cały czas rośnie albo jest coraz bardziej wyraźna, to bym się tym zajęła szybciej niż wolniej.
Szczerze to nie wiem czy rośnie czy po prostu bardziej na nią zwracam uwagę od kiedy o tym piszę. To jest problem z takim pytaniem, bo uważność zmienia percepcję. Fluorytka, minęło kilka dni od rytuału. Księżyc zdążył się zmienić.
Okej ale nikt jeszcze nie zapytał o jedną rzecz. Co było w tym pojemniku z solą i co się stało z solą po pęknięciu? Bo to ma znaczenie. Sól która rozsypała się po przestrzeni w trakcie niedokończonego rytuału to coś innego niż sól która została w pojemniku albo trafiła do kosza.
No to właśnie. Sól zbiera to co oczyszcza i jeśli wyrzuciłaś ją z przestrzeni razem ze szkłem, to możliwe że zabrałaś ze sobą też to co miała zebrać i nie zdążyła. W niektórych praktykach solę po oczyszczeniu wynosi się za progi, nie do śmietnika w domu. Nie wiem jak dużo to zmienia w twoim przypadku, ale to jest trop który warto sprawdzić przy powtórzeniu pracy.
Nigdy nie słyszałem żeby miało znaczenie dokąd trafia sól po rytuał. To jest opisane gdzieś konkretnie, czy to jest raczej przekazywana praktyka? Pytam bo to brzmi logicznie, ale chcę wiedzieć skąd to pochodzi.
To co mówi Kastor ma sens, bo sól nie jest tylko dekoracją w rytuałach oczyszczających. W niektórych tradycjach jest traktowana jako substancja, która dosłownie wiąże energię, a nie tylko symbolicznie. Ale mam pytanie, bo nie wiem tego: czy to w ogóle ma znaczenie co dokładnie zbierała ta sól przed pęknięciem? Mówię o tym, czy sól użyta w określonym celu zbiera inaczej niż sól użyta jako bariera?
A można się dopytać co dokładnie miała oczyszczać ta sól? Bo jeśli to było oczyszczanie przestrzeni to jedno, a jeśli oczyszczanie intencji lub przedmiotu, to coś zupełnie innego. Iwetka, wróciłaś do mieszkania po wyrzuceniu tego? Mówię o tym, że jeśli worek ze szkłem i solą leżał przez jakiś czas w środku to mogło się coś zbudować lokalnie.
Wyrzuciłam od razu, nie zostawiałam w domu. Wiesław mnie trochę przestraszył tym co napisał, ale chyba masz rację że to nie było dobre wyjście. Sól miała oczyszczać przestrzeń przed pracą. To znaczy, że rytuał nawet nie zdążył porządnie się zacząć, bo nie skończyłam oczyszczania. Kastor, rozumiem logikę tego co piszesz, ale skąd pochodzi ta zasada z wynoszeniem soli za próg? Pytam szczerze bo nie spotkałam się z tym opisanym nigdzie konkretnie.
Szczerze, to część pochodzi z praktyki przekazywanej, nie z jednej konkretnej książki. Spotkałam się z tym w kilku miejscach, między innymi w opisach praktyk słowiańskich gdzie sól po oczyszczeniu wynoszona była na zewnątrz i sypana przy furtce albo w ziemię, żeby to co zebrała wróciło do ziemi a nie zostało w przestrzeni domowej. Ale też w niektórych opisach hoodoo sól po pracy wyrzuca się na zewnątrz lub do bieżącej wody. Logika jest podobna w obu, że ziemia lub woda neutralizuje, śmietnik w kuchni niekoniecznie.
Dobra, ale nie przesadzajmy z tym dramatyzowaniem. Iwetka wyrzuciła sól, rytuał był niedokończony, to nie jest koniec świata. Znam kilka osób które dużo gorzej traktowały materiały po rytuałach i nic specjalnego się nie stało. Myślę że dużo z tego co teraz czujesz to jest efekt tego, że wiesz że coś poszło nie tak, i mózg szuka potwierdzenia tej tezy. To nie jest zarzut, to jest po prostu coś co się zdarza.
