Straciłam mamę kilka miesięcy temu i od tamtej pory próbuję jakoś poukładać sobie głowę. Zaczęłam sięgać po różne rzeczy - część z nich pomogła bardziej niż myślałam, część okazała się zupełnie nie dla mnie. Pomyślałam, że może warto zebrać tu doświadczenia, bo żałoba to temat, o którym w magii mówi się mało albo bardzo ogólnikowo. U mnie zaczęło się od dymu - używałam dużo jałowca i cykuty (ostrożnie, cykuta wymaga wiedzy), żeby oczyścić przestrzeń po jej odejściu. Nie tylko dom, ale siebie. Był też rytuał pożegnalny, który robiłam sama, bez żadnych gotowych instrukcji - po prostu siadłam z jej zdjęciem, świecą i powiedziałam głośno wszystko, czego nie zdążyłam powiedzieć. Brzmi banalnie, ale coś się wtedy rzeczywiście zmieniło. Co wy robiliście albo robicie? Chodzi mi o praktyki, które naprawdę jakoś działały, niekoniecznie spektakularnie - po prostu pomagały przejść przez to.
Żałoba w magii to temat, który większość tradycji traktuje zaskakująco poważnie, a jednocześnie bardzo różnie. W praktykach słowiańskich był cały system - od zaduszek po konkretne zakazy i nakazy obowiązujące przez rok. Zakrywanie luster, cisza, określone jedzenie. To nie był przypadek - te rzeczy miały chronić żywych przed tym, żeby nie zostali 'przyciągnięci' za odchodzącym. To, co opisujesz z cykutą - chcę dopytać, bo to roślina, która pojawia się w różnych tradycjach w kontekście przejścia, ale wymaga naprawdę ostrożnego obchodzenia się, nawet w rytuale. Chodziło ci o dym z suszonej, czy coś innego? Mnie osobiście najbardziej pomagała praca z ziemią - dosłownie. Zakopywanie rzeczy, sadzenie. Jest coś w fizycznym geście oddania czegoś ziemi, co psychika rozumie głębiej niż słowa.
Czytam to z dużym zainteresowaniem, bo sama straciłam kogoś bliskiego jakiś czas temu i przez dłuższy czas nie wiedziałam w ogóle, czy chcę sięgać po magię w tym kontekście. Wydawało mi się, że to może być forma ucieczki albo manipulowania żałobą zamiast jej przeżywania. Ostatecznie zaczęłam od run. Konkretnie od Hagalaz i Isa - nie jako 'zaklęcia', ale jako punkty skupienia w medytacji. Hagalaz to destrukcja i transformacja, Isa to zatrzymanie, lód - i to akurat pasowało do tego, co czułam. Że czas stanął. Rysowanie tych symboli, siedzenie z nimi, pozwoliło mi jakoś nazwać etapy. Ale mam pytanie do was obu - czy w ogóle próbowałyście czegoś, co miało pomóc w kontakcie? Nie mówię o wywoływaniu duchów, bardziej o poczuciu połączenia. Czy to w ogóle jest zdrowe robić w żałobie, czy lepiej zostawić to na później?
Przepraszam że wchodzę, bo ja się na magii nie znam za dobrze, ale to co opisujecie jakoś mnie porusza. Moja babcia umarła dwa lata temu i przez długi czas śniła mi się bardzo intensywnie - nie wiem czy to ma związek z magią czy nie, ale po każdym takim śnie czułam spokój, który nie miał logicznego wyjaśnienia. Jakby ona rzeczywiście coś przekazywała. Czy sny w żałobie to jest coś, o czym też mówi się w magii? Czy to osobna kategoria?
To ciekawe, co mówisz o etapach, Jacku. Ale zastanawiam się - czy w magii jest w ogóle jakiś odpowiednik tego, co psychologia nazywa 'pracą żałoby'? Znaczy, czy istnieje jakaś struktura, sekwencja rytuałów, która ma przeprowadzić człowieka od straty do czegoś, co można nazwać odnalezieniem się? Bo jak słucham tych historii, to każda z was robiła coś innego i w różnym czasie. Nie mówię, że to źle - ale ciekawi mnie, czy jest jakaś tradycja, która ma to poukładane.
Ta sekwencja run, którą opisujesz, Wioletka - Hagalaz do Tiwaz - to jest coś, co chcę się przyjrzeć bliżej. Sama pracowałam z runami głównie intuicyjnie i nie miałam takiego porządku. Ale chcę wrócić do pytania, które zadałaś wcześniej o kontakt. Ja próbowałam - i to chyba kontrowersyjny temat, bo część praktyków odradza absolutnie, a część mówi, że to zależy od intencji. Robiłam coś prostego: zapalałam świecę, kładłam jej ulubioną rzecz i po prostu mówiłam. Bez oczekiwania odpowiedzi, bez wróżenia. I kilka razy miałam poczucie obecności, które trudno mi opisać racjonalnie. Nie wiem, czy to 'było' coś realnego, czy to mój umysł w żałobie budował mosty, których potrzebował. Ale to nie wydaje mi się ważne - ważne, że pomogło.
Ja mam trochę inne pytanie, może głupie. Mój tata umarł dwa lata temu i przez długi czas nie czułam nic - taka znieczulica emocjonalna. Psycholog mówił, że to normalne, ale ja miałam wrażenie, że coś we mnie jest zablokowane i te blokady są gdzieś głębiej niż psychika. Czy jest coś w magii, co pomaga w takim zamrożeniu? Nie żebym chciała wywołać płacz na siłę, bardziej... odblokować coś. Bo to, co opisujecie z tymi rytuałami, brzmi tak, jakby działały na poziomie, do którego słowa nie docierają.
Wtrącę się, bo trochę się zgubiam w tych wątkach. Mówicie o rytuałach oczyszczenia, o runach, o kontakcie - ale mam wrażenie, że pomijamy coś podstawowego. Żałoba to też kwestia energii - i mam na myśli konkretnie to, że osoba po stracie ma mocno osłabioną aurę, jest podatna na różne wpływy. Zanim ktoś zacznie robić jakiekolwiek rytuały, powinien najpierw wzmocnić swoją ochronę. No bo jeśli zaczynasz pracować z przestrzenią przejścia, z kontaktem z tym, co po drugiej stronie, a twoje pole energetyczne jest 'dziurawe' po żałobie - możesz przyciągnąć coś, czego nie chcesz. To chyba dość oczywiste, nie?
To co Anastazja mówi o groundingu - to bardzo konkretna rzecz. Mam pytanie do niej i do Nocnicy, bo obie wydają się mieć doświadczenie z tą pracą. Jak to wygląda w praktyce przed rytuałem żałobnym? Znaczy, co robicie konkretnie, żeby się 'zakorzenić'? Bo słyszę o tym dużo w kontekście medytacji i czakr, ale rzadko ktoś podaje konkret, nie abstrakcję.
Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie, które mi chodzi po głowie. Mówicie głównie o praktykach, które pomagają pożegnać, przetrawić, puścić. A co z tymi, którzy wcale nie chcą puszczać? Znaczy, nie w patologicznym sensie, ale - czy jest miejsce w magii na żałobę, która nie zmierza do 'przepracowania' i 'wyjścia na drugą stronę'? Pytam, bo mam wrażenie, że zarówno psychologia jak i magia mają podobną narrację: musisz to przetrawić, musisz puścić, musisz iść dalej. A co jeśli ktoś po prostu chce być ze stratą przez jakiś czas, bez presji?
Właśnie - to co Wioletka mówi o przedmiocie jest ważne, bo przedmiot w tym kontekście nie jest 'pamiątką' w sensie sentymentalnym. W tradycji hermetycznej i w wielu folklorystycznych systemach przedmiot może być punktem kotwicznym - miejscem, w którym ta relacja ma swoje fizyczne zakorzenienie. I nie chodzi o to, że 'duch mieszka w pierścionku'. Chodzi o to, że kiedy do niego wracasz, twoje ciało i uwaga robią ten sam ruch co podczas kontaktu. To tworzy strukturę.
To mnie też zastanawia, bo kiedy czytam to, co piszecie o utrzymaniu połączenia - mam poczucie, że to jest coś, czego mi brakowało. Ja od razu próbowałam 'pracować nad żałobą' i 'przechodzić przez etapy', bo tak mówił psycholog. I może to było dobre, ale zostało mi wrażenie, że gdzieś po drodze zgubiłam tatę jako osobę, nie tylko jako stratę. Brzmi to może dziwnie.
Frania, to nie brzmi dziwnie - to brzmi bardzo precyzyjnie. I odpowiadam też na pytanie Jacka: tak, to nie są sprzeczności. W tradycjach, z którymi ja pracuję, rytuał żałobny może robić jedno i drugie w różnych momentach. Pożegnanie nie musi oznaczać zerwania. Zerwanie jest pojęciem z innego słownika - może z psychologii zachodniej, może z pewnego nurtu terapii - ale niekoniecznie z magii. Pytanie do Frani: czujesz, że ta blokada emocjonalna, o której pisałaś wcześniej, jest wciąż obecna, czy coś się zmieniło?
Słucham Frani i myślę sobie, że może problem jest w tym, że próbujesz 'czuć w kontekście' - czyli zadajesz sobie zadanie. A może właśnie rytuał działa dlatego, że zdejmuje to zadaniowe nastawienie? Nie musisz czuć - robisz konkretne rzeczy, ciało reaguje, emocje wychodzą albo nie. Mam takie wrażenie z tarota - kiedy kładę karty z zamiarem 'teraz poczuję coś o tej sytuacji', nic nie wychodzi. Kiedy po prostu siedzę i patrzę, zaczyna się coś dziać.
Wchodzę w ten wątek, bo myślę, że oboje macie rację i nie rację jednocześnie. Tarot i rytuał mają różne struktury, zgoda. Ale Westalka dotyka czegoś ważnego - rytuał daje ciału i uwadze konkretne zadanie, przez co emocja może wyjść bokiem, bez nacisku. To jest bardzo zbliżone do tego, co niektórzy terapeuci EMDR opisują jako pracę przez ruch zamiast przez narrację. Nie wiem, czy to jest 'magiczne' czy 'psychologiczne' - myślę, że to rozróżnienie jest mniej ważne niż efekt. A do Frani mam pytanie - czy próbowałaś kiedyś zrobić coś fizycznego, konkretnego, co byłoby skierowane do taty, nawet bardzo prostego? Nie rytuał, po prostu gest.
raz. Upiekłam jego ulubione ciasto w rocznicę śmierci. Nie planowałam, że to będzie cokolwiek znaczące - po prostu miałam ochotę. I coś poczułam - nie mogę powiedzieć co, ale coś się otworzyło na chwilę. Potem się zamknęło. Nie wiem, czy to liczy.
Nie brzmi irracjonalnie. Mnie się to zdarza z innymi rzeczami - odkładam coś, co działa, bo boję się, że jak wejdę w to głębiej, to nie będę umiał się zatrzymać. To chyba nie jest specyfika żałoby, to jest jakiś ogólny mechanizm samoochrony. Tylko że w tym przypadku akurat ta ochrona może bardziej szkodzić niż pomagać.
Wracając do siebie - bo ten wątek o Frani bardzo mi się z moim doświadczeniem łączy. Ja też robiłam różne rzeczy 'nieplanowanie' - zapalałam świeczkę, kiedy tęskniłam, rozmawiałam cicho do zdjęcia. I zawsze potem miałam poczucie, że to jest głupie albo że nie mam do tego 'prawa', bo nie znam żadnych rytuałów. A teraz słucham was i myślę, że może te rzeczy po prostu już były rytuałami.
I to mnie prowadzi do pytania, które chodzi mi po głowie od kilku postów - skąd to przekonanie, że do magii w żałobie potrzeba wiedzy i przygotowania? Mówiliśmy wcześniej o groundingu przed rytuałem, o systemach, o tradycjach. I to wszystko jest ważne, jeśli wchodzisz w coś większego. Ale Sylka i Frania robiły rzeczy proste i one działały. Może granica jest gdzie indziej - nie między 'wtajemniczonymi' a 'laikami', tylko między tym, co robimy świadomie, a tym, co robimy z lęku albo desperacji?
Anastazja postawiła pytanie, na które nie mam dobrej odpowiedzi, ale chcę je rozwinąć. Bo z jednej strony rozumiem, że nie trzeba znać systemu, żeby coś działało - zgoda. Ale z drugiej strony czy nie ma ryzyka, że bez żadnych ram ktoś zrobi sobie krzywdę? Nie mówię o krzywdzie magicznej, tylko psychologicznej - wejdzie w spiralę kontaktu, nie będzie umiał skończyć, zamiast żałoby będzie utrwalanie bólu? Mam takie wrażenie, że tradycje nie dają ram bez powodu.
To 'zamknięcie' - możecie to jakoś bardziej opisać? Bo ja chyba wiem, o czym mówicie, ale nie do końca. Znaczy - czy to jest jakiś konkretny gest, słowo, działanie? Czy to jest bardziej stan wewnętrzny? Pytam, bo to ciasto, o którym pisałam - nie było żadnego zamknięcia. Po prostu skończyłam jeść i wróciłam do codziennych rzeczy. I może właśnie dlatego to 'otwarcie' też tak szybko minęło.
Słucham Wioletki i zastanawiam się, czy to nie jest właśnie to, czego mi brakowało, kiedy rozmawiałam do zdjęcia. Bo nie miałam żadnego momentu 'skończyłam'. Wchodziłam, wychodziłam, wracałam do tego w kółko w głowie. I może właśnie dlatego miałam potem poczucie, że to nie jest coś prawdziwego - bo nie miało żadnego kształtu. Czy wy zawsze planujecie to zamknięcie z góry, zanim zaczynacie?
