to jak w ogole mozna pracowac z czyms etycznie? bo teraz mam wrazenie ze cokolwiek wezmę to bedzie czyjes i nie moje. seriuosznie pytam, bo to mnie troche paralizuje
Ale czy ktoś w ogóle to reguluje? Pytam serio, bo z zewnątrz wygląda jakby to był kompletny Dziki Zachód - możesz kupić cokolwiek, nikt ci nic nie powie, a potem się okazuje, że jednak coś przekroczyłaś. Gdzie są te granice zapisane?
Mam pytanie do Rafalka i do Wróżbity, bo ciekawi mnie wasza perspektywa praktyczna: czy kiedykolwiek sami sięgnęliście po przedmiot z tradycji, która nie była wasza? I jak to wyglądało - z czego wynikał ten wybór i czy cokolwiek z tego wyciągnęliście, co zmieniło podejście?
Słucham tej rozmowy od początku wątku i muszę powiedzieć, że to co powiedział Rafalek o 'minimum rzetelności' jest pierwszą rzeczą w tej dyskusji, która brzmi jak coś praktycznego, a nie filozoficznego. Bo cała reszta jest ważna, ale trochę jak rozmawianie o tym czy w ogóle wolno jeść - zamiast o tym co konkretnie jeść. Tylko nie wiem, gdzie te informacje o tym czy tradycja jest otwarta czy zamknięta w ogóle znaleźć, bo internet jest pełen sprzecznych informacji na ten temat.
To co mówicie, Rafalek i Wrozbita, jest w sumie bardziej uczciwe niż większość odpowiedzi, które widziałam na ten temat. Bo zazwyczaj albo ktoś mówi 'spróbuj, działa' albo 'wszystko niczyje jest'. A wy mówicie 'sięgnąłem, ale to nie było do końca moje i wyciągnąłem z tego wniosek'. Tylko mam jedno pytanie do Rafalka - jak stwierdziłeś że ta chusta to jest koran? Pytam bo sama mam w domu parę rzeczy kupionych bez zastanowienia i zaczynam się zastanawiać co właściwie leży na moich półkach.
Ja mam podobny problem co Iwetka, bo kupiłam kiedyś wisiorek z hamsy na targu i myślałam że to taki ogólny symbol ochronny, który jest trochę wszędzie. A potem przeczytałam że hamsa to jest symbol i żydowski i arabski i chrześcijański z różnych tradycji i każda z tych tradycji ma trochę inne rozumienie tego co to jest. I teraz nie wiem właściwie co ja noszę i czy to w ogóle działa tak jak myślę.
To jest faktycznie interesujące pytanie, bo są symbole, które przeszły przez tyle rąk i tyle kontekstów, że naprawdę trudno mówić o jednym 'właścicielu'. Pentagram jest chyba najlepszym przykładem - używany w starożytności, potem w hermetyce, potem w Wicca, potem przez kościół szatana, a teraz przez nastolatki na biżuterii z H&M. I każda z tych grup ma inne zdanie na temat tego, co to jest. Ale - i tu wracam do tematu wątku - to nie znaczy że każde użycie jest równoważne. Bo pentagram w rytualnymi kontekście hermetycznym ma za sobą konkretną praktykę, a ten z H&M nie.
Dobra, ale co z tymi z nas, którzy po prostu chcą używać przedmiotu sakralnego nie w sensie religijnym, tylko w sensie - coś co ma jakiś ładunek historyczny, coś co jest stare i było używane z intencją. Czy takie podejście w ogóle ma sens bez wchodzenia w całą tę tradycję inicjacyjną? Bo mam wrażenie, że ta rozmowa idzie coraz bardziej w kierunku 'właściwie to nic nie możesz', a to też nie jest odpowiedź.
I tu wychodzi to, o czym rozmawialiśmy wcześniej - że sakralność może być zakorzeniona w tradycji wspólnoty albo w jednostce. Różaniec Wieslawki to przykład tej drugiej - nie potrzebujesz inicjacji żeby z nim pracować, bo ta warstwa powstała w prywatnym, rodzinnym kontekście. A labradoryt rdzennych kultur albo przedmiot z Ifa - to jest warstwa wspólnotowa i tu wchodzą pytania o to, czy masz do niej dostęp.
okej to teraz mam pytanie do Ewuni bo ona wczesniej wspomniala o psychologii - czy to nie jest troche tak ze ten 'ladunek osobisty' ktory ma rozaniec babci to jest po prostu psychologia? ze my sami ladujemy znaczenie w ten przedmiot przez to ze go kochamy i on nam przypomina kogos kto byl dla nas wazny? i czy to rozni sie od magii czy to jest to samo?
Mam wrażenie, że ta rozmowa o psychologii wraca za każdym razem kiedy mówimy o przedmiotach z osobistą historią, i to jest w porządku, ale chcę dodać jedno. Są ludzie, którzy korzystają z psychologów i jednocześnie pracują magicznie z takimi przedmiotami - i ci, z którymi rozmawiałem, mówią że te dwa podejścia nie stoją w sprzeczności. Terapeuta pracuje z tym co jest uświadomione i artykułowane, a praktyka magiczna działa często w zupełnie innej warstwie - symbolicznej, rytualnej. To są różne tryby pracy z tym samym człowiekiem.
To co mówi Rafalek jest zgodne z tym co słyszałam od kilku osób, które łączą te dwie ścieżki. Ale mam pytanie, bo mnie to ciekawi praktycznie - czy ktoś z was miał sytuację, gdzie praca z takim przedmiotem sakralnym, tego rodzinnego typu jak różaniec Wieslawki, coś zmieniła w sposób, który byłby trudny do wytłumaczenia tylko przez 'poczułam się lepiej'? Bo to jest granica, na której zazwyczaj rozmowa się urywa.
To co mówi Rafalek jest zgodne z tym co słyszałam od kilku osób, które łączą te dwie ścieżki. Ale mam pytanie, bo mnie to ciekawi praktycznie - czy ktoś z was miał sytuację, gdzie praca z takim przedmiotem sakralnym, tego rodzinnego typu jak różaniec Wieslawki, przyniosła coś konkretnego w procesie terapeutycznym? Nie w sensie cudu, tylko po prostu - pomogła przejść przez coś trudnego?
Ja mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo właśnie to przeżyłam. Po śmierci mamy miałam epizod depresyjny i chodziłam do psychologa. I równolegle trzymałam ten różaniec babci przy sobie, dosłownie w kieszeni na sesjach. Nie mówiłam o tym terapeutce, bo nie wiedziałam jak to ująć. Ale pomogało - nie że się coś magicznie zmieniło, tylko że czułam jakieś zakorzenienie. Nie wiem jak inaczej to opisać.
Wieslawka to jest piekne co opisujesz i mysle ze wlasnie to 'zakorzenienie' jest czymsc co psychologia probuje opisac przez inne slowa. Ale pytanie czy twoja terapeutka wiedziala o rozancu w ogole? Bo zastanawiam sie czy gdybys jej powiedzila, to by to rozumila czy by to uznala za cos niepozadanego w terapii?
To co opisuje Wieslawka - to trzymanie czegoś przy sobie bez mówienia o tym terapeucie - jest dość powszechne i niekoniecznie złe. Ale jest jeden aspekt, który mnie tutaj zastanawia. Jeśli przedmiot sakralny pełni funkcję zakorzenienia w procesie terapeutycznym, to czy nie warto byłoby jednak to nazwać? Nie żeby terapeuta to analizował, ale żeby sam/sama wiedział/wiedziała co ten przedmiot dla nich robi. Bo bez tego można pracować latami z czymś, co działa, i nie wiedzieć dlaczego działa, a to utrudnia przeniesienie tej umiejętności na inne sytuacje.
Ewunia trafia w coś ważnego. Znam kogoś, kto pracował z psychologiem, który się specjalizuje w psychologii transpersonalnej i tam ten temat po prostu wchodził naturalnie. Terapeuta sam pytał, czy jest coś fizycznego, co pomaga klientowi się uziemić. I ta osoba mogła po prostu powiedzieć - tak, mam kamień, mam medalik, cokolwiek. Ale to zależy strasznie od terapeuty, bo większość nie pyta w ogóle.
to ciekawe, że wspominasz o psychologii transpersonalnej, bo ona właśnie próbuje budować mosty między tradycją religijną albo duchową a pracą psychologiczną. Ale mam wrażenie, że większość ludzi nie ma dostępu do takiego specjalisty i musi jakoś samodzielnie łączyć te dwa porządki. Pytanie, czy to jest w ogóle wykonalne bez zewnętrznej pomocy?
A ja mam inne pytanie bo trochę zgubiłam wątek - wracamy do przedmiotów sakralnych w magii świeckiej czy jesteśmy już stricte przy terapii? Bo mi chodzi o coś bardziej praktycznego - jeśli ktoś chce używać np. krzyżyka albo ikony w swojej praktyce magicznej, ale nie jest religijny, to jak to w ogóle powinno wyglądać? Czy to jest ok, czy nie? Bo ta dyskusja jest piękna, ale trochę odpłynęła od tego co mnie interesuje.
Ale Wrozbita, jak ktoś używa krzyżyka w magii i nie jest chrześcijaninem, to czy nie jest to trochę jak branie czegoś, co do ciebie nie należy? Pytam serio, bo nie wiem jak to oceniać. Mam wrażenie że to jest na granicy czegoś, co może być problematyczne, ale nie umiem tego nazwać.
Spinel ma rację co do historii symbolu, ale dodałbym jedno: to nie jest tylko kwestia własności historycznej. To jest kwestia tego, co aktywujesz kiedy go używasz. Jeśli bierzesz krzyż i pracujesz z nim bez żadnej znajomości tej tradycji, to możesz wywołać skojarzenia, których nie kontrolujesz - w sobie albo w polu, jeśli w takie rzeczy wierzysz. To nie jest zakaz, to jest ostrzeżenie przed pracą bez mapy.
Myślę że wracamy do czegoś, co Wieslawka poruszyła zupełnie nieświadomie na początku tej nitki - że przedmiot z osobistą historią może działać inaczej niż symbol z tradycji, bo jego siła pochodzi z innego źródła. I to może być właśnie ta 'świecka' wersja przedmiotu sakralnego, która ma sens: nie bierzesz symbolu z cudzej tradycji, tylko budujesz własną warstwę znaczenia przez intencję i użycie. To jest coś innego niż appropriacja.
Rafalek, ale czy to nie jest trochę samookłamywanie się? W sensie - jeśli bierzesz krzyżyk i 'budujesz własną warstwę', to ten krzyżyk nadal wygląda jak krzyżyk i każdy kto go zobaczy odczyta go przez filtr chrześcijaństwa. Nie możesz odciąć tego skojarzenia tylko dlatego, że ty pracujesz z nim inaczej.
To co teraz Rafalek opisuje brzmi dla mnie jak coś, co psychologowie mogliby nazwać projektowaniem znaczenia. Czy to jest magia czy psychologia? Serio pytam, bo naprawdę nie wiem gdzie jest granica.
Dobra, bo mi umknęło to co Ewunia napisała na końcu - że efekt może być podobny niezależnie od języka opisu. Ale mam z tym problem. Jeśli ktoś przychodzi do psychologa i mówi 'ładuję przedmiot intencją', a psycholog słyszy 'projekcja i intencja', to czy oni w ogóle rozmawiają o tym samym? Bo mi się wydaje że mogą mówić o zupełnie różnych rzeczach i tylko udawać że się rozumieją.
A czy to znaczy że lepiej w ogóle nie mieszać? Tzn. albo idziesz do terapeuty albo robisz swoje rytuały, ale nie próbujesz tego łączyć? Bo z tego co czytam to wychodzi że każda próba połączenia coś traci.
Wieslawka ale czy nie jest tak ze wlasnie przez to ze go nie pokazalas, to ten rozaniec 'pracował' gdzies obok terapii a nie razem z nia? Zastanawiam sie czy gdybys je polaczyla, to cos by sie zmieniło w samym procesie terapeutycznym, nie tylko w samopoczuciu.
