I tu właśnie jest sedno tego co próbuję powiedzieć od dłuższego czasu w tym wątku. Nie chodzi o to żeby partner 'nie przeszkadzał' albo 'pomagał'. Chodzi o to że kiedy masz z nim niezałatwioną sprawę - nieważne czy to jest sekret czy cokolwiek innego - to ta sprawa siedzi z tobą podczas rytuału. Nie zostawiasz jej za drzwiami.
Malwinia to ładnie ujęła, ale chcę dopytać o jedną rzecz. Czy to dotyczy tylko partnera, czy ogólnie każdej osoby która jest blisko? Bo znam kogoś kto miał napięcie z rodzicem, nie partnerem, i twierdził że przez kilka miesięcy nic mu nie szło jak powinno.
Dobra ale chyba wszyscy za bardzo skupiacie się na tym emocjonalnym aspekcie. Są tradycje w których ukrywanie pracy magicznej jest wręcz wymogiem a nie wyborem. W grimoirach z XVII wieku jest wprost napisane że skuteczność zależy od zachowania tajemnicy. Nie od relacji z partnerem.
Panowie, te tradycje powstawały w kontekście w którym ujawnienie praktyki mogło skończyć się bardzo źle dla praktykującego. Tamta zasada milczenia ma bardzo konkretny historyczny powód i nie jestem pewna czy jej bezpośrednie przenoszenie do współczesnego związku cokolwiek nam tu mówi o skuteczności rytuałów.
To co powiedziała Cecylka jest ważne i jakoś wcześniej tego nie powiedział wprost nikt w tym wątku. Kontekst tych zasad jest zupełnie inny. Pytanie do Dzikitaurusa - czy naprawdę uważasz że tamte wytyczne były o czymś więcej niż o bezpieczeństwie?
Wracam do tego co Laurka napisała wcześniej o tej różnicy między 'wyznam ci coś' a 'opowiem ci co robię'. Słuchajcie, to jest naprawdę coś. Ja zawsze podchodziłam do tej rozmowy z góry zakładając że będę musiała się tłumaczyć i przez to nigdy jej nie zaczęłam. A tu chodzi chyba o to żeby po prostu mówić o sobie, nie bronić się.
Właśnie dlatego ta rozmowa jest trudna, bo często zanim zdążymy zadecydować czy chcemy, już zaczęliśmy się zastanawiać co partner powie. I te dwa procesy idą jednocześnie i jedno drugie zagłusza.
A czy ktoś tu ma doświadczenie z sytuacją odwrotną - czyli że to partner pierwszy zaczął pytać, a nie my sami inicjowaliśmy rozmowę? Zastanawiam się jak to wygląda kiedy to on zauważy że coś się dzieje, a nie kiedy my decydujemy się powiedzieć.
I znowu wracamy do pytania z tytułu wątku tylko z innej strony. Bo jeśli partner zauważa, to znaczy że i tak nie jest to do końca ukryte. I to 'niewidzenie efektów' o którym Laurka pisała na początku może być też niewidzeniem tego że nasze praktykowanie jest bardziej widoczne niż nam się wydaje.
To ciekawe co Ballen mówi, bo otwiera trochę inne pytanie - czy w ogóle można przez dłuższy czas praktykować obok kogoś bliskiego tak żeby on tego naprawdę nie wyczuł. Nie mówię że zawsze zapyta, ale że coś rejestruje, nawet jeśli nie nazywa tego po imieniu.
To jest chyba kluczowe pytanie tego wątku i dziwię się że tak długo do niego nie doszliśmy. Bo skoro partner rejestruje, nawet nie pytając wprost, to co właściwie ukrywamy? Samą nazwę tego co robimy?
No ale właśnie o tę drugą warstwę chodzi. Jak powiesz partnerowi że siedzisz w ciszy to ok, ale jak mu powiesz że robiłeś rytuał żeby coś osiągnąć to już zaczyna się rozmowa której większość woli uniknąć. I nie widzę w tym nic złego.
O właśnie, to napięcie. Ja je czuję cały czas i nigdy nie umiałam nazwać skąd pochodzi. Bo niby nic nie powiedziałam wprost, niby nic nie kłamałam, a jednak mam poczucie że coś jest między nami jakby zawieszone. Dziękuję wam że to rozpisujecie bo sama bym do tego nie doszła.
Kingusia, to co piszesz o tym zawieszeniu to jest bardzo konkretny sygnał. Pytanie tylko czy to zawieszenie bierze się z samego faktu nieujawnienia, czy z tego że on coś wyczuwa i czeka na twój ruch, a ty nie wiesz że czeka.
A czy to w ogóle można rozróżnić? Znaczy jak miałabyś sprawdzić które to jest? Bo z zewnątrz chyba wygląda tak samo - jest napięcie i tyle.
Wiesia, to akurat można rozróżnić, ale nie przez analizę tylko przez rozmowę. Jeśli on nic nie wyczuł i wszystko jest po jego stronie spokojnie, to kiedy zaczniesz mówić zobaczy że robisz z czegoś problem. Jeśli natomiast coś czuł i czekał, to sama rozmowa rozładuje to napięcie zanim w ogóle zdążysz powiedzieć cokolwiek konkretnego.
Wracam na chwilę do tego co Ballen powiedział o prawdzie niepełnej. Mam wrażenie że w tym wątku mieszamy dwie różne kwestie. Jedna to czy mamy obowiązek mówić partnerowi o praktyce w ogóle. Druga to czy jeśli on coś zauważy i zapyta, to czy wtedy możemy zbywać. To są dla mnie dwa osobne pytania etyczne i nie powinniśmy ich traktować jako jedno.
Wieszczbita ma rację że to są różne pytania i sama powinnam była to wyraźniej napisać na początku. Chodziło mi głównie o tę drugą sytuację - kiedy ktoś nie pyta, my nie mówimy. Ale im dalej ta rozmowa idzie, tym bardziej widzę że one i tak się przeplatają.
Słuchajcie, wchodzę w to z innej strony bo sam jestem po stronie 'partnera' w takiej sytuacji. Moja była nigdy mi nie mówiła że cokolwiek praktykuje, dowiedziałem się przypadkiem. I nie miałem problemu z samą praktyką, miałem problem z tym że ukrywała. Bo skoro ukrywała, to znaczy że zakładała że ja to ocenię. A to już jest coś więcej niż tylko kwestia prywatności.
Gerwazy, to co mówisz jest ważne bo rzadko mamy tu perspektywę osoby po drugiej stronie. Ciekawa jestem czy gdyby ci powiedziała wcześniej, to ta rozmowa byłaby trudna? Czy myślisz że wtedy byś oceniał?
Gerwazy właśnie to jest sedno tego o czym pisałam wcześniej. Niezałatwiona sprawa siedzi między ludźmi nie dlatego że jest zła czy dobra, tylko dlatego że jest nienazwana. I paradoksalnie rozmowa której się boimy jest mniej destabilizująca niż cisza w której ta nienaazwana rzecz rośnie.
I wracamy do tytułu wątku. Bo to niedowidzenie efektów, o którym Laurka pisała na początku, może mieć właśnie tutaj swoje źródło. Nie w samej technice, nie w nieodpowiednim czasie czy fazie księżyca, tylko w tym że robimy coś jakby w zawieszeniu, bez zakotwiczenia w rzeczywistości relacji w której żyjemy.
To zakotwiczenie nie musi być rozmową, ale musi być jakimś aktem w sobie. Znaczy - możesz zamknąć sprawę wewnętrznie, świadomie, z pełną intencją, bez angażowania nikogo. Pytanie tylko czy to naprawdę zamyka, czy tylko odkłada. Bo w praktyce widzę że te rzeczy które 'zamknęliśmy w sobie' mają tendencję do wychodzenia przy pierwszej okazji kiedy coś zaiskrzy.
Mam wrażenie że gdzieś w tej rozmowie zaczęliśmy traktować ujawnienie jako jedyną miarę uczciwości. A to nie jest tak proste. Są rzeczy które są prywatne i które prywatne być powinny - nie dlatego że są złe, ale dlatego że dotyczą tylko nas.
Wedrowiec, to mnie bardzo uspokaja, bo właśnie tak czuję - że część tego co robię jest moja i nie ma sensu tego tłumaczyć komuś kto w to nie wierzy. Ale mam też to poczucie winy że coś chowam. Jak wy sobie z tym radzicie? Dziękuję wam za tę rozmowę, naprawdę dużo mi dała.
Akacja dokładnie to chciałem powiedzieć. Sam miałem właśnie taką sytuację - nie wiedziałem co o tym myśleć, ale poczucie że coś jest ukryte było konkretne. I to poczucie nie wzięło się znikąd.
Wracam do tego co Akacja zapytała Ballena, bo mi też nie daje spokoju. Jak ja mam wewnętrznie zamknąć coś czego skutki mają dotknąć nas oboje? Bo to nie jest tak że rytuał działa tylko na mnie - przynajmniej w to wierzę. Więc jeśli on ma na to wpłynąć, to czy on nie ma prawa wiedzieć?
