Ostatnio wróciłem do tematu, który przez jakiś czas odkładałem na bok, bo wydawał mi się oczywisty, a potem zoraczałem, że wcale nie jest. Chodzi mi o to, jak bardzo zamiar potrafi zmienić charakter działania magicznego. Nie mówię o tym w sensie motywacyjnym, tylko dosłownie o kierunku przepływu energii. Robiłem kiedyś prosty rytuał ochronny dla kogoś bliskiego. Nic skomplikowanego, ale w pewnym momencie złapałem siebie na tym, że w środku miałem coś w stylu: niech mu się nie uda odejść. I rytuał był ochronny tylko z nazwy. Pod spodem była kontrola. Nikt by na zewnątrz tego nie zauważył, ale ja poczułem tę zmianę bardzo konkretnie. I to mnie zaczęło zastanawiać, czy w ogóle da się oddzielić formę rytuału od tego, co siedzi w człowieku, który go wykonuje.
To jest właśnie ten punkt, który większość podręczników kompletnie pomija. Zawsze jest: użyj białej świecy, dobra intencja, harmonia z wszechświatem i jesteś bezpieczny. A to jest nieporozumienie. Biała świeca nic nie gwarantuje. Zamiar nie jest deklaratywny, zamiar jest funkcjonalny. Możesz myśleć, że robisz coś dobrego, a twoje głębsze motywacje pchają to w zupełnie innym kierunku. Sam sobie nie zdajesz z tego sprawy, bo to nie działa na poziomie świadomym. Pytanie, które mnie trapi od jakiegoś czasu: czy można się w ogóle okłamać co do własnego zamiaru? Tzn. czy człowiek jest w stanie szczerze wierzyć, że działa białą magią, a mimo to robić coś, co nią nie jest?
Trochę siedzę i czytam ten wątek od początku i mam takie wrażenie, że to, co opisujecie, to nie jest specyficznie magiczny problem. To jest po prostu problem z samoświadomością w ogóle. Ludzie robią sobie nawzajem krzywdę w zwykłych relacjach z dokładnie tego samego powodu: myślą, że działają dla dobra kogoś, a tak naprawdę regulują swoje emocje. Magia po prostu to formalizuje i wzmacnia. Tzn. pytam szczerze: czy magia robi coś jakościowo innego niż zwykłe działanie z nieświadomym zamiarem, czy tylko nadaje mu inny charakter?
Słucham tej rozmowy i myślę o konkretnym zjawisku, które Seid zaczął opisywać na początku. To maskowanie. Mnie interesuje mechanizm, nie etyka sama w sobie, bo etykę tutaj chyba wszyscy rozumiemy podobnie. Mechanizm polega na tym, że kiedy robisz rytuał z podwójnym zamiarem, czyli świadomym i ukrytym, to co wychodzi na zewnątrz? Czy te dwa zamiary się sumują, znoszą, czy jeden dominuje? Bo mam swoje obserwacje, ale chętnie posłucham, jak wy to widzicie.
Dołączam tutaj z trochę innym kątem. Mamy nawyk nazywania magii białą albo czarną tak, jakby to była cecha rytuału. A to jest cecha człowieka w momencie działania. Ten sam rytuał, ta sama forma, te same symbole, wykonane przez dwie różne osoby albo przez tę samą osobę w dwóch różnych stanach wewnętrznych, to są dwa różne akty magiczne. Podręczniki tego nie mówią, bo to by skomplikowało sprzedaż gotowych zestawów do rytuałów.
Czytam i mam pytanie, może naiwne, ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Kiedy mówicie o zamiarze jako czymś głębszym niż świadoma intencja, to mówicie o czymś w rodzaju podświadomości, tak? Czy to ma związek z koncepcją woli w tradycji thelemic, gdzie prawdziwa wola jest czymś zupełnie innym niż chwilowe pragnienie?
Mnie zastanawia coś innego. Czy można nauczyć się rozpoznawać, kiedy zamiar jest skażony, zanim się zrobi rytuał? Tzn. nie po fakcie, jak widać efekty, ale wcześniej. Czy jest coś takiego jak higiena przed rytuałem, która to wyłapuje?
Słucham całej tej rozmowy i mam wrażenie, że krążymy wokół czegoś, co można by nazwać problem projekcji. Człowiek nie wie, czego chce, bo nie zna siebie wystarczająco dobrze. I działa z miejsca, które uważa za dobre, ale które jest tak naprawdę odpowiedzią na niezaspokojone potrzeby. Pytanie do tych, którzy pracują długo z magią: czy ta praca zmienia was w sensie samopoznania? Czy magia jako praktyka wymusza jakoś to wejście w głąb, czy można robić rytuały przez lata i nadal się nie znać?
Wchodzę z boku, bo trochę inaczej ten temat oglądam przez runy. W tradycji nordyckiej nie ma podziału na białą i czarną magię w tym sensie, w jakim my go używamy. Jest pojęcie seiðr, galdr i różnych form pracy z mocą, ale charakter działania nie wynika z koloru symbolicznego, tylko z relacji między praktykującym a porządkiem kosmicznym, który Nordowie nazywali wyrd albo ørlǫg. Innymi słowy, pytanie nie brzmiało: czy moje działanie jest dobre, tylko: czy jest zgodne z naturalnym przebiegiem rzeczy, czy mu się sprzeciwia. To inaczej stawia kwestię zamiaru. Zamiar musi być nie tylko czysty intencjonalnie, ale też poprawny strukturalnie, tzn. zgodny z tym, co powinno się wydarzyć.
Czytam i chcę zapytać o coś konkretnego. Skoro zamiar głębszy może być inny niż ten świadomy, to jak w ogóle można wiedzieć, że się robi coś z czystym zamiarem? Czy to jest w ogóle możliwe do sprawdzenia na bieżąco, czy zawsze wychodzi dopiero po fakcie?
A jak te efekty wygladają? Bo wcześniej była mowa o sygnałach przed rytuałem, ale co jest sygnałem po? Jak rozpoznać, że efekty wskazują na to, że zamiar był skażony, a nie po prostu że coś nie zadziałało z innych powodów?
Przepraszam, że wchodzę, ale czytam od dłuższego czasu i trochę się gubię. Mówicie o zamiarze świadomym i głębszym jakby to były dwie różne osoby. To jest dosłownie tak, czy to jest metafora?
To nie jest założenie z góry, że kłamiesz sobie w żywo. To jest założenie, że jesteś człowiekiem i że twoje decyzje zawsze mają warstwy, które nie zawsze są widoczne przy pierwszym spojrzeniu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zakłada, że zawsze działa z nieczystym zamiarem. Ale zakładać, że zawsze działa z czystym, to już byłoby naiwne.
Ta idea, że jesteś miejscem, przez które działa coś, a nie źródłem, to jest coś, co pojawia się w różnych tradycjach pod różnymi nazwami. W hermetyce to byłoby rozróżnienie między wolą osobistą a Wolą z dużej litery. W crowleyańskiej tradycji True Will kontra ego desire. Zresztą na tym polega cała różnica między działaniem z poziomu osobowości a działaniem z poziomu czegoś głębszego. I to jest też odpowiedź na pytanie Keijli o to, jak wiedzieć, czy zamiar jest czysty. Bo czysty nie znaczy bez emocji, tylko zgodny z tym, z jakiego miejsca naprawdę działasz.
To chyba jest właśnie ten mechanizm, o którym Seid pisał na początku wątku, że maskowanie jest nieświadome. Człowiek myśli, że działa z miejsca siły albo pomocy, a naprawdę działa ze strachu albo z zranienia i sam tego nie widzi, bo pragnienie jest szczere.
Ale zaraz, bo to prowadzi do czegoś niepokojącego. Jeśli forma nie decyduje o charakterze działania, tylko zamiar, to kategorie białej i czarnej magii w ogóle tracą sens jako klasyfikacja praktyk. Zostają tylko jako opis stanu wewnętrznego operatora. Czy tak to rozumiesz?
Mam pytanie, bo słyszę dużo o zamiarze i stanie operatora, ale co z magią ceremonialną, gdzie forma jest naprawdę bardzo precyzyjna, każde słowo, każdy gest? Wydawałoby się, że tam forma jest na pierwszym miejscu.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam jedno pytanie, które chodzi mi po głowie. Mówicie o zamiarze, o tym co głębiej, o sprawdzaniu siebie przed rytuałem. Ale co z osobami, które dopiero zaczynają i nie mają jeszcze tej samoświadomości? Czy rytuały robione bez tej głębokiej weryfikacji są po prostu nieskuteczne, czy mogą być w jakiś sposób szkodliwe?
To jest pytanie, które słyszę regularnie i nigdy nie mam na nie jednej odpowiedzi. Bo z jednej strony powiedzenie komuś "poczekaj, aż będziesz gotowy" to w praktyce powiedzenie "nie zaczynaj nigdy". Z drugiej strony istnieje coś, co można nazwać rytuałem prostym, czyli takim, który ma małe pole rażenia i ograniczone konsekwencje. Zanim ktoś zacznie działać na zewnątrz, może zaczynać od obserwacji własnych stanów. Nie robić nic poza zapisywaniem, co czuje przed i po.
Obserwacja brzmi sensownie, ale co konkretnie miałoby z niej wynikać? Że zaczynam rozpoznawać, kiedy działam ze strachu, a kiedy nie?
Jest jeszcze jeden aspekt tej rozmowy, który dotąd omijamy. Mówimy o zamiarze jak o czymś, co albo masz, albo nie, albo jest czyste, albo nie. Ale zamiar to nie jest stan, to jest proces. Możesz wejść w rytuał z jednym zamiarem i w trakcie zorientować się, że coś się w tobie przesunęło. Co wtedy? Przerywasz? Kończysz z nowym zamiarem? Kończysz z tym, z czym zaczynałeś?
Ja chyba nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o zamiarze, który zmienia się w trakcie, o procesie, o środowisku, w którym zamiar się formuje. Ale czy nie po to jest przygotowanie przed rytuałem, żeby wejść już z czymś gotowym? Czy brak gotowości to nie jest znak, że trzeba poczekać?
Wróćmy na chwilę do tego, o czym Seid mówił wcześniej, bo mi to nie daje spokoju. Jeśli forma jest neutralna, a liczy się tylko zamiar operatora, to jak wytłumaczyć tradycje, które mają bardzo konkretne zakazy dotyczące form? Na przykład zakazy używania pewnych symboli w pewnych kontekstach, niezależnie od zamiaru. To sugeruje, że forma jednak niesie coś sama z siebie, nie tylko jako nośnik.
Słucham tej dyskusji i zastanawia mnie jedna rzecz. Mówicie o symbolach, które mają swoją historię i skojarzenia. Ale co z kimś, kto nie zna tej historii i używa czegoś nieświadomie? Czy wtedy ta warstwa jest dla niego uruchomiona, czy nie?
Niekoherentne to dobre słowo. Bo właśnie to chyba widziałem u siebie przez dłuższy czas, kiedy robiłem różne rzeczy bez żadnego głębszego namysłu. Coś się działo, ale nie wiedziałem, co, i nie byłem w stanie powiązać skutku z działaniem. Dopiero kiedy zacząłem bardziej świadomie wchodzić w to, co robię, zaczęło być bardziej czytelne.
I właśnie to mnie zastanawia, bo różne tradycje różnie to klasyfikują. Część mówi, że skutki są skutkami niezależnie od tego, czy działałaś świadomie, i dlatego odpowiedzialność jest tak samo realna. Inne mówią, że bez zamiaru nie ma karmicznej konsekwencji w sensie moralnym, ale nadal jest konsekwencja praktyczna. Te dwa podejścia prowadzą do bardzo różnych wniosków, jeśli chodzi o to, jak podchodzić do nauki.
Ale właśnie to mnie gryzie w tej rozmowie. Mówicie o obserwowaniu, uczeniu się z efektów, ale żeby powiązać skutek z działaniem, musisz wiedzieć, że ten skutek w ogóle nastąpił i że pochodzi od ciebie. Jak niby to rozpoznać? Szczególnie kiedy działasz dopiero od jakiegoś czasu i nie masz żadnego punktu odniesienia.
