Habbia dotknęła czegoś istotnego. Jeżeli zamiar jest tym, co nadaje działaniu kierunek, to brak zamiaru nie oznacza działania neutralnego. Oznacza działanie bez sterowania. A działanie bez sterowania w środowisku, które reaguje, to jest inna sytuacja niż brak działania w ogóle. To nie jest kwestia winy, ale kwestia tego, co wprawiasz w ruch, nie wiedząc dokąd to idzie.
Pytam szczerze, bo nie za bardzo rozumiem: jeśli zamiar jest tak ważny, to skąd wiadomo, że mój zamiar jest naprawdę mój? Znaczy, że nie jest po prostu tym, co sobie wyobraziłam pod wpływem jakiejś książki albo tego, czego ktoś ode mnie oczekuje?
Mam pytanie do całej tej dyskusji o zamiarze i formie. Mówimy tak, jakby zamiar był czymś w pełni wewnętrznym. Ale są tradycje, które mówią, że zamiar kształtuje się przez formę, nie przed nią. Że odpowiednio przeprowadzony rytuał w zasadzie tworzy zamiar, a nie tylko go wyraża. Ktoś miał z tym do czynienia praktycznie?
A jak to rozróżniasz? Że teraz wchodzę w coś otwartego, a teraz potrzebuję konkretnego zamiaru? Bo jak słucham tej dyskusji, to mam wrażenie, że to jest umiejętność, która przychodzi po czasie, a nie coś, co można sobie powiedzieć na początku.
Mam wrażenie, że ta rozmowa kręci się wokół czegoś, co chciałabym nazwać wprost: w magii zamiaru zakłada się, że practitioner zna siebie wystarczająco dobrze, żeby zamiar był czymś realnym. A co jeśli nie zna? To nie jest pytanie o brak doświadczenia w magii, tylko o brak wiedzy o sobie w ogóle.
Czytam od chwili i mam pytanie może z innej strony. Czy jest jakaś różnica między zamiarem a motywacją? Bo używacie tych słów jakby były synonimami, ale mi się wydaje, że to są jednak inne rzeczy.
Słucham tego od dłuższego czasu i chciałem tylko powiedzieć, że ten wątek z zamiarem niewidocznym dla samego siebie bardzo mi przypomina to, co mówi się w teorii tarota o projekcji. Że karta nie mówi ci co jest, ona mówi ci co wnosisz do czytania. Może to analogia, ale wydaje mi się, że tu i tam chodzi o ten sam problem, tylko przez inne drzwi.
Nie powiedziałbym korekta, bo to sugeruje, że rytuał wie lepiej. Raczej bym to nazwał przestrzenią, w której zamiar staje się bardziej widoczny dla ciebie samego. Ale to tylko działa, jeśli nie wykonujesz rytuału mechanicznie. Widziałem ludzi, którzy robili wszystko zgodnie z instrukcją i mieli mniej świadomości zamiaru niż ktoś siedzący w ciszy przez kwadrans.
Wracam jeszcze do rozróżnienia Habbia o białej i czarnej magii, bo to nam się gdzieś rozmyło. Habbia pytała jak zakwalifikować działanie, jeśli zamiar był niewidoczny. Taurus wtedy odpowiedział, że to nie jest kategoria moralna. Ale ja dalej mam problem z tym, że ta niewidoczność zamiaru nie zwalnia z konsekwencji. Jeśli moje działanie komuś zaszkodziło, to czy to, że nie wiedziałam o moim zamiarze, zmienia cokolwiek dla tej osoby?
To rozróżnienie jest dla mnie ważne, ale mam pytanie. Jeśli zacznę rozumieć, że mój zamiar był inny niż myślałam, i nie zrobię nic z konsekwencjami, to co to jest? Błąd? Zaniedbanie? Bo wtedy chyba już wchodzi kategoria moralna.
Tak, wchodzi. I to jest moment, w którym niewidoczność zamiaru przestaje być wytłumaczeniem. Możesz zacząć od braku wiedzy, ale jak już ją masz, to decyzja co z nią zrobisz jest już w pełni twoja.
Mam takie poczucie, że ta dyskusja coraz bardziej dotyczy samopoznania niż magii jako takiej. I nie mówię tego krytycznie, bo uważam, że to się nie da oddzielić. Tylko ciekawe, bo zaczęło się od pytania o maskowanie czarnej magii pod pozorem białej, a doszliśmy do tego, że żeby w ogóle wiedzieć jaką magię robimy, trzeba znać siebie. To spina się logicznie, ale to jest radykalnie inne podejście niż podręcznikowe definicje intencji.
Słucham tej rozmowy i chcę powiedzieć coś, co może być niepopularne. Cały ten wątek o niewidocznym zamiarze zakłada, że zamiar jest czymś, co można wydobyć i zbadać, jeśli się odpowiednio głęboko spojrzy. A ja coraz bardziej myślę, że jest w nas warstwy, do których po prostu nie mamy dostępu, niezależnie od ilości refleksji. I że zamiast szukać pełnej przejrzystości, może bardziej sensowne jest działanie ze świadomością, że ta przejrzystość jest zawsze częściowa.
Wróćmy do tego, bo to ważne. Mówisz o częściowej przejrzystości jako podstawie do ostrożnego działania. Ale co to w praktyce oznacza? Że odkładasz działanie, dopóki nie masz pełniejszego obrazu zamiaru, czy że działasz mimo niepewności, ale z jakimś zabezpieczeniem?
Ale czy ta gotowość do korekty nie jest też trochę... autonarracyjna? Tzn. każdy z nas powie sobie przed działaniem, że jest gotowy na konsekwencje. A potem realna konsekwencja pojawia się i nagle okazuje się, że ta gotowość była deklaratywna. Nie podważam tego, co mówi Seid, tylko zastanawiam się, jak odróżnić rzeczywistą gotowość od samoprzekonania przed faktem.
