Czekaj, ale czy w takim razie da się w ogóle pisać własny tekst rytualny od zera i żeby to działało? Bo słyszałem różne zdania. Jedni mówią że własny tekst jest najlepszy bo jest najbardziej twój, inni że bez tradycji stojącej za słowami to jest pusta recytacja.
To co Hortensja mówi o 'kontenerze' - rozumiem to mniej więcej, ale czy to nie jest trochę zbyt abstrakcyjne żeby dało się praktycznie zastosować? Jak mam zbudować kontener jeśli nie wiem jak wygląda gotowy?
Dobra, ale jeśli ktoś modyfikuje gotowy tekst dla wrażliwych - to co właściwie modyfikuje? Same słowa, czy też strukturę? Bo mam wrażenie że my tu mówimy o dwóch różnych rzeczach na zmianę i trochę mi się to miesza.
Tak, mam podobne odczucie co Konwalka. Poza tym czy 'wrażliwość' o której mówi tytuł wątku to znaczy wrażliwość emocjonalna, energetyczna, czy może ktoś ma jakieś konkretne dolegliwości i dlatego pewne rzeczy są dla niego problematyczne? Bo to chyba zmienia odpowiedź.
Milosz ma rację, że to się rozgałęzia. Ale myślę że w praktyce najczęściej chodzi o dwa przypadki: albo ktoś ma silną reakcję na pewne słowa lub obrazy i dosłowny tekst rytualny wywołuje w nim lęk zamiast skupienia, albo ktoś ma np. skłonność do dysocjacji i pewne techniki pogłębiania transu są dla niego ryzykowne. To są różne problemy wymagające różnych rozwiązań.
To brzmi jak po prostu niezgodność systemu wartości z językiem rytuału, nie? Nie koniecznie wrażliwość w sensie klinicznym, tylko że tekst jest pisany z innego miejsca etycznego niż to z którego ty pracujesz. Czy dobrze rozumiem?
Właśnie to chciałam powiedzieć od jakiegoś czasu. Tekst rytualny działa m.in. dlatego że praktykant go uwewnętrznia. Jeśli ktoś nie może go uwewnętrznić bo jest w konflikcie z jego systemem przekonań, to modyfikacja nie jest odstępstwem od tradycji, tylko jej sensownym dostosowaniem do nośnika. Jungowskie pojęcie shadow-work dotyka podobnego problemu - materiał który odpycha jest często tym co blokuje, niekoniecznie tym co szkodzi.
to ciekawe ujęcie, ale uważałbym z mieszaniem terminologii analitycznej z praktyką rytualną. Jung patrzył na mity i rytuały jako materiał do pracy z psychiką, ale to nie znaczy że rytuał jest tylko projekcją psychologiczną. Można skończyć z podejściem 'wszystko to metafory' i stracić coś istotnego.
Wiesław, ale to nie są wykluczające się perspektywy. Można jednocześnie traktować rytuał jako pracę z realną rzeczywistością niewidzialną i przyznać że psychika praktykanta jest częścią tego co sprawia że to działa. Konflikt który opisuje Teofilka to nie jest wyłącznie problem psychologiczny - to jest problem z przepływem intencji. Tekst który ją blokuje dosłownie utrudnia rytuał niezależnie od tego jakiej używamy nomenklatury.
To w końcu jak ona powinna ten tekst zmienić? Bo dużo rozmawiamy o tym dlaczego jest problem, ale ja nadal nie wiem co konkretnie zrobić z tym słowem 'wiążę' jeśli mi to nie odpowiada.
Archaiczność może być akurat zaletą, nie przypadkiem. Stare słowa mają w sobie pewien ciężar kulturowy, który nowsze synonimy nie mają. 'Grodzę' wywołuje obraz płotu, granicy, czegoś fizycznego. Pytanie jest czy ten obraz pasuje do intencji rytuału Teofilki.
W tradycji słowiańskiej jest dużo dowodów na to że język ceremonialny był celowo archaiczny, bo odróżniał sacrum od codzienności. To widać w zamówieniach i zamawianiach - te teksty są pisane językiem który już za życia ich twórców był przestarzały. Celowo.
Przepraszam że wchodzę z boku, ale właśnie sobie uświadomiłam że my cały czas mówimy o tekstach rytualnych jakby to była główna część rytuału. A co z resztą? Gesty, przedmioty, moment, intencja? Czy jeśli ktoś zmieni słowa ale zostawi resztę, to ta reszta nie dźwiga połowy ciężaru?
Konwalka zadała dobre pytanie i myślę że to wychodzi poza samą kwestię wrażliwości. Tekst rytualny jest zwykle tą częścią do której mamy dostęp, bo można go zapisać i przeczytać. Reszta - gesty, przestrzeń, czas - wymaga już albo osoby która pokaże albo dużo prób własnych. I może właśnie dlatego tekst jest tym co ludzie zaczynają modyfikować, bo to jest coś konkretnego do trzymania w ręku.
Dobra ale żeby nie odchodzić za daleko od tego co mnie tu interesuje - czy ktoś ma jakiś przykład rytuału który sam napisał od zera i który po prostu zadziałał? Nie mówię o ochronie czy tam odpędzaniu, cokolwiek. Jakiś konkretny cel, własny tekst, efekt. Czy to jest realne bez lat nauki?
Miałam coś takiego. Bardzo prosty rytuał skupienia przed ważną rozmową - napisałam go sama, żadnych zapożyczonych formuł. Działał na tyle że się uspokoiłam i byłam bardziej obecna. Ale zaraz powiesz że to mogło być samo skupienie, nie rytuał. I nie będę się kłócić, bo nie wiem jak to rozdzielić.
właśnie to mnie kręci w tym pytaniu - jak odróżnić że to był rytuał a nie autosugestia? Pytam szczerze, nie złośliwie.
A czy to jest w ogóle pytanie które trzeba rozstrzygać na początku drogi? Serio. Dużo osób tkwi w tym rozróżnieniu i przez to nie robi nic, bo czeka na dowód że to nie jest 'tylko' psychologia. Może lepsze pytanie jest: czy efekt był taki jakiego chciałeś?
Rytuał daje strukturę. Cisza jest otwarta, możesz w niej myśleć o wszystkim. Rytuał mówi ci że zaczynasz, robisz konkretną rzecz i kończysz. Dla wielu osób ta ramka jest tym co pozwala rzeczywiście skupić się na intencji zamiast dryfować. To nie magia kontra psychologia, to są dwie warstwy tego samego.
Wracając do słowa 'grodzę' - spróbowałam powiedzieć to na głos parę razy i faktycznie coś w tym jest. Czuję się jakoś zakorzeniona przez to słowo, nie wiem jak to inaczej opisać. Może Wiesław ma rację z tym ciężarem kulturowym. Ale czy to znaczy że powinnam szukać więcej takich archaizmów do tekstu?
Jest jeszcze jedna rzecz której tu nie powiedzieliśmy - że słowa w rytuale to niekoniecznie tylko słowa do mówienia, ale też obraz który wywołują. 'Grodzę' to obraz granicy, może żywopłotu, drewnianego ogrodzenia. 'Otaczam' to obraz koła albo objęcia. Oba chronią, ale inaczej. To który pasuje zależy od tego jak Teofilka wyobraża sobie ochronę.
Ja bym dodała że przy modyfikacji tekstu warto też zwrócić uwagę na rytm. Stare formuły rytualne często mają konkretny rytm który pomaga w skupieniu, prawie jak mantra. Jak ktoś zmienia słowa to ten rytm się może rozjeżdżać i rytuał nagle brzmi jak lista zakupów.
No dobra, ale wracając do tego co powiedział Wiesław o rytmie i o tym że tekst musi coś nieść poza słowami - jak ktoś jest kompletnie sam i pisze coś od zera, to skąd ma wiedzieć że ten tekst w ogóle coś niesie? Serio pytam. Bo można siedzieć i pisać i nie wiedzieć czy to ma sens czy nie.
Ale to brzmi jak ucieczka od odpowiedzi. Jak wszystko jest subiektywne to znaczy że każdy może napisać cokolwiek i powiedzieć że działa. Gdzie jest jakiś punkt odniesienia?
Mam pytanie do Wieslawa - bo mówisz o powtarzalności, ale co jeśli ktoś na początku nie robi tego samego rytuału dwa razy? Zmienia, eksperymentuje, szuka. Jak wtedy to mierzyć?
To jest dla mnie ważne co mówi Wiesław, bo ja właśnie cały czas zmieniałam i teraz czuję że nie wiem co oceniam. Ale z drugiej strony jak miałam przez kilka tygodni taką samą formułę to mi się znudziła i przestała cokolwiek robić. Czy to normalne że coś przestaje działać z przyzwyczajenia?
Słowiańskie zamówienia były z kolei bardzo powtarzalne i właśnie to było ich siłą - ten sam tekst mówiony przez pokolenia miał budować coraz grubszą warstwę znaczenia. Więc nie wiem czy saturacja to powszechna reguła, czy zależy od tradycji i od tego do czego dąży dany rytuał.
