A czy może być tak że dla jednych osób powtarzalność buduje siłę rytuału a dla innych go wygasza? Pytam serio, bo słucham i widzę że obie rzeczy są prawdziwe, tylko dla różnych ludzi.
Dobra ale teraz mam pytanie do Dosia67 - bo wcześniej mówiłaś że twój rytuał skupienia zadziałał. Robiłaś go raz czy wielokrotnie? I czy za każdym razem wyglądał tak samo?
Kilka razy. Nie zawsze identycznie, ale miał stały element - jedno zdanie które mówiłam na głos i jeden gest, taki sam. Reszta mogła się różnić. I chyba właśnie to stałe coś dawało poczucie że wchodzę w jakiś tryb skupienia, a nie że po prostu siedzę i oddycham.
To jest ciekawe - że masz jeden stały element i reszta może płynąć. Trochę jak kotwica. Czy ten gest był z czegoś zapożyczony czy też sam w sobie wymyślony?
To co mówi Dosia67 jest bardzo zgodne z tym czego dowiedziałam się kiedyś o 'gesture anchoring' - że ciało pamięta stan i gest może do niego wracać. To jest opisane też w psychologii somatycznej, niekoniecznie tylko w magii. Ale może właśnie dlatego działa?
Nikt nie podważa, dyskutujemy co to jest. To różnica. Poza tym Milosz.ka pytał wcześniej jak odróżnić rytuał od autosugestii i tego wątku nie zamknęliśmy. Może nie da się zamknąć, ale to nie znaczy że nie warto o tym mówić, szczególnie jak ktoś zaczyna sam bez nikogo.
Mnie to zdanie o braku mistrza cały czas siedzi w głowie - bo właściwie po co jest mistrz? Żeby pokazał gesty i słowa, czy żeby powiedział kiedy coś działa naprawdę a kiedy to jeszcze nie to? Bo może właśnie tego mi brakuje - nie formuł, tylko kogoś kto powie 'tak, to jest to'.
To co Teofilka83 mówi o misترzu jest dla mnie kluczowe w całej tej rozmowie. Bo ja przez lata myślałem że mistrz to ktoś kto daje ci formułę. Dopiero po czasie zrozumiałem że prawdziwa rola to zupełnie co innego - ktoś kto patrzy na ciebie z zewnątrz i mówi 'to co robisz to jeszcze nie jest to, czujesz? wróć'. Tego nie zastąpisz żadną książką ani filmem na youtube.
Ale skąd wiadomo że ten ktoś kto patrzy z zewnątrz sam wie co jest 'to'? Jak weryfikujesz że mistrz nie jest po prostu przekonującą osobą która lubi słuchać siebie?
A ja mam inny kłopot z tym tematem mistrza - bo zakładamy że mistrz musi być człowiekiem. Ale część tradycji mówi że pierwsze sygnały przychodzą z zupełnie innego miejsca, sny, natrafienie na tekst dokładnie w tym momencie kiedy czegoś szukasz, coś co się powtarza w nieoczywisty sposób. Czy to nie może pełnić podobnej funkcji?
Teofilka83 opisuje coś co w pracy z kartami jest całkiem zwykłe - to że pytasz a coś ci odpowiada. Tylko że tam masz tekst, komentarz, tradycję która to interpretuje. Bez żadnego kontekstu kulturowego takie sygnały są naprawdę trudne do odczytania samodzielnie, bo możesz zobaczyć potwierdzenie czego chcesz.
A skąd w ogóle wiadomo że to nie jest właśnie to - że chcesz żeby było potwierdzenie i ono przychodzi? Piszę serio, bo nie rozumiem dlaczego to miałoby być minus.
W tradycjach szamańskich initiation często właśnie wyglądała tak że najpierw było potwierdzenie powołania, dopiero potem przychodzily próby i odwrócenia. Więc może to jest jakaś sekwencja, a nie alternatywa - najpierw dostaniesz że tak, a potem dopiero zacznie cię to szarpać.
Mircea Eliade pisał o tym sporo, 'Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy' - to tam jest dużo o inicjacji przez chorobę, przez sen, przez natrafienie na coś. Ale uprzedzam że to jest lektura akademicka, niekoniecznie praktyczna.
Czytam całą tę rozmowę o mistrzu i mam wrażenie że odbiegliśmy od czegoś co mnie na początku zastanawiało - bo temat brzmiał 'bez mistrza'. I ja chciałam się podzielić, że u mnie właśnie to co działa to modyfikowanie gotowych tekstów rytuałów pod siebie. Nie wymyślanie od zera, nie kopiowanie - tylko branie czegoś i zmienianie słów które mi nie odpowiadają emocjonalnie. Czy ktoś jeszcze tak robi?
Co to znaczy 'nie odpowiada emocjonalnie'? Zbyt wzniosłe, zbyt obce, zbyt coś?
To co mówi Dosia67 ma dla mnie dużo sensu. Ale chcę zapytać - czy przy tej modyfikacji zostawiasz strukturę? Czyli zmienasz słowa ale nie zmienasz kolejności kroków, gestów, momentu w rytuale?
To jest bardzo ciekawe porównanie z melodią. Bo w tradycjach wedyjskich jest coś takiego że sama melodia mantry, intonacja, jest równie ważna co słowa - może ważniejsza. Więc może właśnie Dosia67 instynktownie zachowuje to co istotne.
A czy można modyfikować rytuał dla kogoś kto jest bardzo wrażliwy na pewne słowa? Pytam bo mam znajomą która chciałaby spróbować ale część tradycyjnych formuł wywołuje u niej coś w rodzaju lęku, bo kojarzą się z religijnymi obrazami z dzieciństwa.
Właśnie tu mam dylemat. Z jednej strony ona sama mówi że chce spróbować, z drugiej - te obrazy z dzieciństwa to nie są coś co sobie wzięła znikąd. To jest naprawdę zakorzenione. I nie wiem czy rytuał to odpowiednie miejsce żeby to odkopywać.
Ale właśnie dlatego pisałem o neutralnym tekście - nie żeby ominąć problem, tylko żeby nie zaczynać od miejsca gdzie od razu jest blokada. Nikt nie mówi że ta osoba nie ma nigdy zmierzyć się z tym co ją blokuje. Chodzi o to żeby w ogóle mogła zacząć.
A może po prostu lepiej żeby taka osoba zaczęła od czegoś co w ogóle nie ma słów? Medytacja, praca z oddechem, cokolwiek co nie wymaga tekstu. Pytam serio bo nie rozumiem po co się upierać przy formule jeśli formula jest źródłem problemu.
Wracam tu bo to był właściwie mój pierwotny wątek - i chcę powiedzieć że kiedy modyfikowałam teksty to nie myślałam o tym w kategorii terapii ani blokad. Po prostu czułam że niektóre słowa są puste. Że mówię coś co nic dla mnie nie znaczy i to psuje całą resztę. Nie wiem czy to jest ten sam problem co u tej znajomej Teofilki.
A jaką różnicę widzisz między słowem pustym a słowem lękotwórczym? Bo mi się wydaje że to jest inny problem.
I modyfikacja ma sens w obu przypadkach ale z różnych powodów. W pierwszym - żeby tekst w ogóle zaczął działać. W drugim - żeby nie działał kontrproduktywnie. Tylko że to drugie to jednak wymaga większej ostrożności bo nie wiesz co podstawić żeby nie trafić w coś jeszcze gorzej zakodowanego.
Nie wiem tego z góry, szczerze. Czasem wychodzi dopiero w trakcie. I to jest jeden z argumentów za tym żeby pierwsze podejście do nowego tekstu robić w warunkach kiedy możesz to po prostu przerwać jeśli coś jest nie tak. Nie w środku jakiegoś ważnego rytuału.
W wielu tradycjach jest coś takiego jak czytanie tekstu na sucho przed rytuałem właśnie po to. Nie żeby ćwiczyć wymowę, ale żeby sprawdzić czy coś nie gra. Jakiś dyskomfort, coś co zatrzymuje. To był sygnał że albo zmieniasz tekst albo pytasz kogoś doświadczonego dlaczego tak jest zapisane.
