Dokładnie tak. Ja nikomu nie tłumaczyłam dlaczego środa jest ważna. Powiedziałam że jest i to wystarczyło. Ale żeby to wystarczyło, musiałam sama najpierw w to uwierzyć. Jeśli mówisz 'proszę nie wchodź bo... no bo tak' to brzmi jak prośba, nie ustalenie.
To jest chyba klucz do tej rozmowy w ogóle - nie musisz tłumaczyć CO robisz, żeby uzasadnić DLACZEGO potrzebujesz przestrzeni. Te dwie rzeczy można rozdzielić i to często jest dużo łatwiejsze niż próba przekazania treści komuś kto nie ma kontekstu.
Dobra, bo to mnie naprowadza na coś. Może mój problem nie polega na tym że partner nie rozumie magii. On rozumie że potrzebuję ciszy i skupienia. Problem jest w tym że pyta 'co robiłaś' i ja nie wiem co odpowiedzieć, i to mnie blokuje bardziej niż sam rytuał. Może muszę sobie poukładać odpowiedź zanim on zada pytanie.
A to jest ciekawe - masz gotową odpowiedź kiedy pyta o inne rzeczy, a tu nie masz. Skąd ta różnica? Czy to jest wstydu kwestia, czy po prostu nie wiesz jak to skrócić do jednego zdania?
Może problem nie jest w tym że jedna linijka nie istnieje, tylko że szukasz linijki która będzie jednocześnie prawdziwa, pełna i nie wymagająca rozmowy. A taka linijka dla żadnego ważnego tematu nie istnieje. Pytanie jest czy możesz zaakceptować że albo powiesz prawdziwe skrócenie, albo zdecydujesz się na dłuższą rozmowę - i obie opcje są uczciwe.
Właśnie to 'robiłam coś dla siebie' brzmi u mnie sztucznie i sama to czuję. Jakbym kłamała przez prawdę. A on by pewnie spytał 'no ale co konkretnie' bo on tak ma, musi mieć obraz sytuacji. To nie złośliwość, on po prostu jest wizualny i potrzebuje danych.
a gdybyś mu dała dane, ale nie te które myślisz że chce? Coś w stylu: zapaliłam świecę, siedziałam cicho, skupiałam się na jednej rzeczy przez pół godziny. To wszystko jest prawdą i to jest obraz sytuacji. Nie musi wiedzieć co oznaczała ta świeca.
To jest bardzo konkretna propozycja i myślę że ona w wielu przypadkach zadziała. Ale chcę dopytać - czy nie pojawia się tu ryzyko że zaczynasz dostarczać mu coraz więcej danych za każdym razem, bo poprzedni poziom przestaje wystarczać? Że to jest proces który sam się nakręca?
Ja mam wrażenie że ten wątek z danymi jest trochę osobny od tego co Witchling82 opisywała na początku. Bo ona nie miała problemu z tym CO powiedzieć partnerowi - miała problem z tym że to nasłuchiwanie nie odpuszcza nawet kiedy partner trzyma się zasad. To są dwie różne rzeczy czy ja źle to czytam?
Czyli masz dwie odrębne kwestie - jedna jest somatyczna, druga jest narracyjna. I może każda potrzebuje innego podejścia. Nie wiem czy da się rozwiązać je jednym ruchem.
Zgadzam się z Kminkiem. I powiem więcej - te dwie rzeczy mogą się nawzajem napędzać. Stres z pytania po fakcie wchodzi do ciała przed kolejnym razem i potęguje nasłuchiwanie. Dopóki jedno nie odpuści, drugie też się nie uspokoi. Mnie z tego wyciągnęło dopiero kiedy przestałam traktować zakończenie rytuału jako moment kiedy wychodzę z trybu i wchodzę w tłumaczenia. Zrobiłam z tego przejście, nie przełącznik.
To jest coś o czym rzadko się mówi - że zakończenie rytuału to jest jego część, nie osobny etap. I że przestrzeń po nim jest tak samo ważna jak ta przed. Ja dość długo tego nie rozumiałam i traktowałam to jak stratę czasu, a potem zobaczyłam że to właśnie bez tego zamknięcia wracam do codzienności z połową głowy jeszcze tam.
okej to ma sens, ale jak to wytłumaczyć partnerowi? Bo jeśli wychodzę po dwudziestu minutach od zakończenia i mówię że skończyłam godzinę temu, to i tak dla niego to brzmi jakbym siedziała w pokoju bez powodu przez te dwadzieścia minut.
ale u mnie nie ma bloku godzinowego, to jest bardziej że jak zaczynnam to on wie żeby nie przeszkadzać, nie ma tu żadnej konkretnej granicy czasowej. I może to jest problem - bo jak nie ma granicy, to i zakończenie jest niejasne i dla mnie i dla niego.
to może warto by ten blok wprowadzić, chocby orientacyjnie? Nie musi być co do minuty, ale 'od osiemnastej do dziewiętnastej robię swoje' daje jemu coś konkretnego i tobie też - bo wiesz że masz godzinę bez negocjowania kiedy możesz zacząć.
Zaciekawione mnie to inne - czy ta godzina działa w ten sposób że kiedy zegar mówi dziewiętnasta, automatycznie się odpina? Bo mam wrażenie że to by było za proste i coś mi mówi że tak nie jest.
I chyba o to właśnie chodzi w tym całym wątku - nie o to czy partner wie co robisz, ale o to czy masz poczucie że twoja przestrzeń jest stabilna. Wszystko inne - pytania, nasłuchiwanie, kwestia co powiedzieć po - to są symptomy braku tej stabilności. Chociaż nie wiem czy Witchling82 zgodzi się z tym uproszczeniem.
To jest chyba najczęstszy wariant i wbrew pozorom nie jest niemożliwy do przepracowania. Mnie bardziej interesuje co dla ciebie oznaczałoby poczucie stabilności - czy to fizyczne wydzielenie miejsca, czy raczej coś wewnętrznego, poczucie że ten czas jest twój bez negocjowania?
Słyszałam takie określenie - że przestrzeń intencjonalna to niekoniecznie miejsce stałe, ale powtarzalne. Czyli nie musisz mieć swojego kąta, ale musisz mieć swój rytuał wchodzenia w to miejsce, nawet jeśli jest to ten sam stół co wieczorem jecie kolację. Problem w tym że to wymaga jakiegoś gestu który 'oddziela' tę funkcję. Zastanawiam się czy próbowałaś czegoś takiego.
Czyli chodzi tu bardziej o odruch warunkowy niż o jakieś właściwości miejsca? To ma sens nawet z punktu widzenia psychologii, nie muszę w to wierzyć jako w coś nadnaturalnego żeby rozumieć po co to działa.
ale co jeśli partner jest ciekawski i te przedmioty sam w sobie go zainteresują? U mnie było tak że postawiłam na blacie turmalin i zaraz była cała rozmowa o tym skąd to, co to, po co na stole. Jakby sam przedmiot stał się problemem a nie rozwiązaniem.
Jeśli chodzi o tę antycypację - to jest mechanizm który dobrze opisuje somatic experiencing, chociaż tam w innym kontekście. Twój układ nerwowy uczy się reagować na sygnał przed zagrożeniem, nie na samo zagrożenie. Pytanie jest czy ten 'sygnał' da się w jakiś sposób przepisać, żebyś przestała go czytać jako zagrożenie.
Czyli mówimy teraz o tym że potrzebne są realne, powtarzalne doświadczenia bez konfliktu, żeby to się przepisało - nie wystarczy że rozumiesz skąd to pochodzi. To trochę zmienia sposób patrzenia na problem, bo nie chodzi o jednorazową rozmowę z partnerem, tylko o jakiś dłuższy spokojny okres.
Ale skąd wziąć ten spokojny okres jeśli samo oczekiwanie na niego generuje napięcie? To trochę błędne koło - potrzebujesz doświadczeń bez konfliktu żeby przestać się go spodziewać, ale dopóki się go spodziewasz, każda sytuacja jest potencjalnie naładowana.
Może zmniejszenie stawki? Zamiast robić coś co dla ciebie jest ważnym rytuałem i jednocześnie ćwiczyć bycie spokojną - zacząć od czegoś mniejszego. Czegoś co jest twoje, ale nie ma dla ciebie tak dużego znaczenia emocjonalnego. Żeby oderwać naukę spokoju od rzeczy z którą jest ci trudno.
Może to i dobry moment żeby zadać pytanie które mnie chodzi po głowie od dłuższego czasu w tym wątku - czy to że pracujecie w przestrzeni wspólnej i macie te napięcia, zmieniło coś w samej praktyce? Nie mówię o logistyce, ale o tym co wchodzi do środka - czy to co robisz w tej przestrzeni nosi w sobie ten stres, czy jesteście w stanie wejść mimo wszystko w coś głębszego?
Ale jak to wygląda w praktyce - brać napięcie ze sobą? Czy to znaczy że jakoś je nazywasz na początku, czy po prostu siedzisz z nim i nie odpychasz?
