Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co mi się przytrafiło i nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy coś więcej. Siedziałam przy świecach, dość późno w nocy, i zaczęłam po prostu mówić na głos - nie żaden przygotowany rytuał, tylko takie mruczenie pod nosem, pół po polsku, pół z jakichś zasłyszanych słów po łacinie. I coś się wydarzyło. Nie będę pisać co, bo to długa historia, ale zaczęłam się zastanawiać, czy słowa wypowiedziane bez intencji - albo z intencją, ale bez świadomości, że to 'robi robotę' - w ogóle działają. Czy ktoś miał coś podobnego? Mówię tu o sytuacji, kiedy nie siedzisz nad magicznym kółkiem, nie masz zamiaru nic rzucać, a jednak coś drgnęło.
To bardzo stare pytanie, zresztą różne tradycje odpowiadają na nie różnie. W podejściu ceremonialnym, np. w nurcie wywodzącym się od Agrippy czy Dee, intencja jest kluczowa - bez niej słowa to tylko dźwięk. Ale już w tradycji ludowej, szczególnie słowiańskiej, dużo silniejszy nacisk kładzie się na samą formułę, na brzmienie, na powtarzalność. Tam słowo miało moc niezależnie od tego, czy 'wiedziałaś co robisz'. Pytanie brzmi - co dokładnie się stało po tej Twojej sesji przy świecach? Bo żeby w ogóle rozmawiać o przypadkowym zaklęciu, to trzeba wiedzieć, o jakim rodzaju efektu mówimy.
Mnie zawsze zastanawiało, skąd w ogóle to przekonanie, że obcy język dodaje mocy. Słyszałam to wielokrotnie - że po łacinie, po hebrajsku, po staroegipskim 'działa lepiej'. Ale dlaczego? Czy to chodzi o to, że nie rozumiemy do końca, więc nie 'zagłuszamy' intencji własnym myśleniem? Coś jak efekt placebo na odwrót?
Przepraszam, że wchodzę z innej strony, ale ja się pytam szczerze - czy ktoś kiedyś zaklął kogoś przez przypadek? Nie przez nienawiść, tylko tak... powiedział coś pod nosem i potem zaczęło się dziać? Pytam, bo ostatnio miałam sytuację, kiedy byłam na kogoś bardzo zła i powiedziałam głośno kilka zdań, które brzmiały jak życzenie złego. I tej osobie faktycznie się coś przytrafiło. Wiem, że to może być zbieg okoliczności, ale trochę się boję.
Zatrzymajmy się chwilę, bo tu pojawia się kilka różnych rzeczy naraz. Zaneczko, zbieżność czasowa to nie to samo co przyczynowość - to po pierwsze. Po drugie, i tu trochę nie zgodzę się z Nemezis - emocja jako 'paliwo' to metafora, nie mechanizm. W tradycji grimuarowej, na którą się często powołują, żadne źródło nie mówi, że złość wystarczy. Mówi się o woli, o skupieniu, o intencji, ale to są rzeczy aktywne, nie pasywne. Przypadkowe klątwy zdarzają się w folklorze masowo, ale zwykle mówi się tam o osobach, które miały naturalny dar - czyli coś już wcześniej było.
Właśnie, to co mówi Teodozja jest ważne, ale z drugiej strony - skąd wiadomo, czy się ma ten 'dar'? Pytam serio, bo to kwestia, z którą sama się zmagam. Jak rozróżnić, że coś jest efektem mojego działania, a nie po prostu przypadkiem, który interpretuję przez pryzmat swoich przekonań? Mam wrażenie, że to pytanie jest naprawdę trudne i że większość odpowiedzi, które słyszę, omija je szerokim łukiem.
Właśnie, bo jak się nad tym zastanowić głębiej - to kiedy wypowiadamy coś w języku, którego nie rozumiemy, to tak naprawdę pracujemy wyłącznie na poziomie brzmienia i intencji. Nie ma zakłócenia przez skojarzenia, przez to co nam dane słowo 'przypomina' z codzienności. Może dlatego hebrajski w kabale albo sanskryt w tantrze mają takie znaczenie - nie dlatego, że są 'świętsze', ale dlatego, że działają inaczej na umysł praktykującego.
Czytam i mam pytanie - czy to znaczy, że jeśli zaśpiewałabym coś po, nie wiem, arabsku, bez żadnego pojęcia co to znaczy, to miałoby jakiś efekt? Bo to brzmi trochę jakby sama forma wystarczyła, bez żadnej wiedzy. Czy tu nie ma jakiegoś ryzyka?
Tu dodam coś konkretnego, bo to jest ważne: w tradycji grimuarów - Key of Solomon, Picatrix - wielokrotnie pojawia się ostrzeżenie przed niedbałym wymawianiem imion i formuł. Nie dlatego, że 'coś się stanie', ale dlatego, że formuła bez właściwego kontekstu jest jak przepis bez składników. Możesz przeczytać przepis na lek i nic nie ugotować. Ale możesz też przez przypadek zestawić coś, co zadziała nieprzewidywalnie. Nie mówię o horrorze, mówię o braku kontroli.
To co mówi Teodozja mnie uspokaja trochę, ale i niepokoi. Mam w domu kilka przedmiotów, które dostałam od babci, i ona używała pewnych słów przy nich - po ukraińsku, nie rozumiałam wszystkiego. Czy to znaczy, że te przedmioty mogą mieć jakieś 'ładunki' z tamtych słów? I czy mnie to w ogóle dotyczy, skoro nie byłam intencjonalną częścią tego rytuału?
Właśnie to mi się podoba w tym wątku - że pytanie o przypadkowe zaklęcia otwiera tak wiele innych kwestii. Ale chcę wrócić do początku, do tego co powiedziała Nemezis. Mówiłaś o łacinie i o 'mruczeniu'. Czy byłaś wtedy w jakimś szczególnym stanie - zmęczenie, lekka gorączka, bardzo silne emocje? Bo zastanawiam się, czy stan zmienionej świadomości nie jest tu kluczowy, niezależnie od języka.
To by tłumaczyło, dlaczego tyle ludowych klątw i uroków było rzucanych w złości albo w żałobie - ekstremalny stan emocjonalny sam w sobie zmienia stan świadomości. I wtedy słowa lecą inaczej. Nie wiem czy to magia, ale anthropologicznie patrząc - to ma sens. Ciekawa jestem, co na to Teodozja, bo ona zwykle ma do tego jakieś konkretne źródło.
Pelargonia, to co powiedziałaś o złości i żałobie - że ekstremalny stan emocjonalny sam zmienia świadomość - to mnie zatrzymało. Bo to by oznaczało, że codzienna frustracja, te momenty kiedy naprawdę coś czujesz i coś mówisz pod nosem, mogą mieć wagę, której nie zakładasz. To trochę niepokojące, nie?
Julitka, a czy niepokojące, czy po prostu wymagające uwagi? Nie mówię tego, żeby zbagatelizować - pytam serio, bo widzę, że w tej rozmowie zaciera się granica między 'może coś nieświadomie zrobiłam' a 'na pewno to ja to spowodowałam'. To dwa bardzo różne punkty startowe.
Ale jak mam to odróżnić? Serio pytam. Bo z jednej strony wszyscy mówią żeby nie ignorować, z drugiej żeby nie przypisywać sobie za dużo. Gdzie jest ta granica praktycznie, w codziennym życiu?
Śledzenie ma sens, ale uwaga na jedną rzecz - jak zaczniesz notować 'podejrzane zbieżności', to zaczyna działać efekt potwierdzenia. Znam to doskonale, bo sama prowadziłam dziennik i po miesiącu byłam przekonana, że każde moje negatywne słowo coś psuje. A jak przejrzałam notatki chłodnym okiem po roku - to było po prostu dużo losowych zdarzeń, które zarejestrowałam wybiórczo. Nie mówię, że tak jest u Ciebie, ale to warto brać pod uwagę.
Geomantka, wracając do Twojego pytania - tak, byłam w tym półśnie, o którym pisałam. Ale właśnie zastanawiam się teraz, czy to nie jest warunek konieczny, żeby coś niezamierzonego w ogóle mogło się wydarzyć. Bo w pełnej świadomości kontrolujesz słowa, filtrujesz je. A w tym 'pomiędzy' - już nie. I może o to chodzi z tymi ludowymi klątwami rzucanymi w złości - złość też wyłącza ten filtr.
To jest spójna hipoteza, ale chcę ją trochę potrzeć. Wyłączenie filtru krytycznego to stan, który w psychologii nazywamy podatnością na sugestię. I tu jest pytanie, które mnie nurtuje od początku tej rozmowy: czy w takich momentach my coś robimy światu, czy przede wszystkim robimy coś sobie? Bo te dwie rzeczy mogą wyglądać identycznie z zewnątrz, a mieć zupełnie inną naturę.
Julitka, właśnie. I właśnie dlatego to pytanie jest tak trudne - bo nie mamy narzędzi, żeby oddzielić efekt 'zewnętrzny' od efektu psychosomatycznego i behawioralnego. Możemy zupełnie nieświadomie zachowywać się inaczej wobec kogoś po tym, jak 'rzuciliśmy' coś w myślach, i to zmienia dynamikę relacji. To jest całkowicie wystarczający mechanizm, żeby coś się zmieniło - bez żadnych sił zewnętrznych.
A wracając do moich przedmiotów po babci - Dadzbog wcześniej pytał, czy intencja była skierowana na mnie, czy na kogoś innego. Babcia używała tych słów przy mnie, zawsze przy mnie. Więc chyba na mnie? Ale nigdy nie wiem, co dokładnie mówiła i co to znaczyło. Czy jest jakiś sposób, żeby sprawdzić, co jest 'załadowane' w przedmiocie?
To ciekawe co Dadzbog mówi, bo w tradycji słowiańskiej przedmioty po przodkach były traktowane ambiwalentnie - z jednej strony jako ochrona i łączność z rodem, z drugiej jako potencjalny 'ciężar', jeśli przodek odszedł z nierozwiązanymi sprawami. Joasieńka, czy babcia odeszła spokojnie, jeśli można zapytać?
Joasieńka, jeśli jej intencje były świadome i skierowane na Ciebie z miłością, to nawet jeśli nie rozumiesz słów, kontekst jest dosyć jasny. Ale wiesz co mnie interesuje w Twoim przypadku? Czy masz jakieś skojarzenia z tymi przedmiotami - zapach, wspomnienie, uczucie? Bo to może być łatwiejsza droga do 'odczytu' niż jakakolwiek technika.
Przepraszam, że wchodzę nagle z innym pytaniem, ale właśnie dotarło do mnie coś w tym co mówiła Nemezis o 'pomiędzy'. Czy przypadkowe zaklęcia są możliwe tylko w takich stanach granicznych, czy też całkowicie świadoma, nagła, silna emocja może działać tak samo? Bo to jest inna kategoria - i zmienia całą dyskusję o tym, kto jest 'narażony' na nieświadome działanie.
I tu wracamy do sedna pytania w tytule wątku, bo mi się wydaje, że przez chwilę od niego odpłynęłyśmy. 'Przypadkowe' zaklęcie to niekoniecznie takie, które ktoś wypowiada bez wiedzy o magii - to może być każda wypowiedź w stanie, który usuwa intencjonalną kontrolę. I wtedy pytanie o obcy język nabiera nowego wymiaru: może obcy język jest trudniejszy do wypowiedzenia 'przypadkowo' właśnie dlatego, że wymaga świadomego wysiłku?
To co Teodozja napisała na końcu - że 'przypadkowe' to niekoniecznie 'nieświadome magicznie', tylko po prostu wypowiedziane bez intencjonalnej kontroli - to mi coś kliknęło. Bo przez cały ten wątek myślałam o tym inaczej. Myślałam, że przypadkowe zaklęcie to coś, co ktoś mówi nie wiedząc w ogóle, że magia istnieje. A tu wychodzi na to, że nawet praktykująca osoba może 'przypadkowo' coś puścić, jak traci kontrolę nad stanem, w którym to mówi.
Teodozja, ale tu jest subtelna różnica, którą warto rozciągnąć. Agrippa pisał o operatorze, który rozumie - i tu rozumienie jest warunkiem koniecznym dla niego jako osoby pracującej świadomie. Ale czy to znaczy, że słowo wypowiedziane nieświadomie jest neutralne? Nie jestem pewien. Myślę, że on po prostu tego nie rozważał, bo jego model zakładał zawsze intencjonalnego maga. Co nie znaczy, że miał rację co do przypadkowych użytkowników.
Przepraszam, że wchodzę z głupim pytaniem, ale - skąd w ogóle wiemy, że cokolwiek 'zadziałało'? Tzn. czy ktoś tutaj ma jakiś konkretny przykład, gdzie da się powiedzieć: to się wydarzyło, jest powiązane ze słowami, i nie dało się tego wytłumaczyć zbiegiem okoliczności? Bo ja słyszę dużo teorii, a brakuje mi czegoś bardziej... przyziemnego.
