Mnie też ciekawi to co powiedziała Ludwinia. Bo ja jakby wiem co znaczy wziąć emocję ze sobą do medytacji, ale w rytualne to mi nie wychodzi. Przy medytacji mogę siedzieć z niepokojem i on sobie jest. Ale jak próbuje to robić przy rytualne, to mam wrażenie że ten niepokój zaczyna wpływac na samą pracę, nie tylko na mnie.
a to jest różnica którą warto rozważyć - w medytacji jesteś obserwatorem, a w rytuale masz intencję. I intencja jest czuła na to co wniesiesz, bo właściwie intencja jest zbudowana z tego co w tej chwili masz w środku. Więc może nie chodzi o to żeby napięcie było nieobecne, ale żeby nie było głównym składnikiem tego co wysyłasz.
Czyli w sumie ten sygnał robi podwójną robotę - i przestrzennie oddziela od reszty życia, i skraca czas potrzebny na to żeby się w ogóle zebrać? Dobrze rozumiem?
Słuchajcie, wróciłem do tego co powiedziała Witchling na początku o siedzeniu na walizkach przy wspólnym stole. Mam wrażenie że cały ten wątek o napięciu, sygnałach i głębokości to jest trochę odpowiedź na pytanie które ona miała, ale nikt tego nie powiedział wprost. Czy wasze zdaniem problem z przestrzenią wspólną to jest problem logistyczny czy psychologiczny? Bo mam wrażenie że skoczyliśmy od razu do wnętrza a omijamy to zewnętrzne.
Ja bym nie mówiła że to albo albo. W somatyce jest taki koncept okna tolerancji - że praca z trudnymi stanami jest możliwa tylko wtedy gdy układ nerwowy jest w pewnym zakresie stabilności. Jeśli zewnętrzne warunki są na tyle niestabilne że ciągle wyrzucają cię poza to okno, to praca nad wewnętrznym jest po prostu nieskuteczna, bo nie masz zasobów. Więc może zanim ktoś pyta jak przepracować napięcie, pytanie brzmi czy w ogóle ma teraz warunki do tej pracy.
No i jak to rozróżnić? Bo ja mam często moment kiedy zaczynam i coś mi mówi żeby nie zaczynać, i nigdy nie wiem czy to jest mądrość ciała czy po prostu odkładanie na jutro.
To jest dobry test i zapamiętam go. Ale wracając do tematu przestrzeni - mam wrażenie że ta cała rozmowa o napięciu i gotowości to jest też odpowiedź na pytanie o partnera. Bo jeśli problem leży w tym że czujesz się obserwowana i nie wiesz co powiedzieć jak zapyta, to żadna organizacja przestrzeni ci nie pomoże jeśli sama nie wiesz co chcesz mu powiedzieć - i czy w ogóle chcesz mówić.
I to jest właśnie to co mnie blokuje. Nie to że nie mam miejsca, nie to że on zawsze wchodzi - tylko że nie wiem co powiem jak zapyta. I to sprawia że cały czas jestem czujna, bo jakby przygotowuję się do rozmowy której może wcale nie będzie.
Czyli tak naprawdę cały czas nie jesteś w rytualne, tylko jesteś w trybie gotowości na rozmowę której może nie być. To musi być strasznie wyczerpujące.
Dokładnie tak. I najgorsze jest to że ta rozmowa w głowie jest często dłuższa niż rytuał sam w sobie. Siedzę i wyobrażam sobie jak wytłumaczę, co powiem, jak on zareaguje. A potem on nawet nie wchodzi do pokoju.
To jest chyba najuczciwsze zdanie w całym tym wątku. Wiedzieć i umieć to są dwie zupełnie różne rzeczy.
I tu jest sedno - sama świadomość mechanizmu rzadko go wyłącza. Układ nerwowy nie działa na logikę. On działa na doświadczenie. Żeby zmienić ten odruch czuwania, musisz mieć za sobą kilka razy że 'powiedziałam i nic złego się nie stało'. Ale żeby to mieć, musisz najpierw powiedzieć. I to jest to błędne koło.
Ja powiem co mi pomogło, choć nie wiem czy to zadziała u innych. Nie zaczęłam od rozmowy o magii. Zaczęłam od rozmowy o tym że potrzebuję czasu dla siebie wieczorami i że nie chcę być przerywana. Żadnych wyjaśnień co robię, po co, dlaczego. Tylko potrzeba. I dopiero jak ta granica działała od jakiegoś czasu, powiedziałam resztę.
To jest sprytne. W sumie dużo łatwiej powiedzieć 'potrzebuję tej godziny' niż 'odprawiam rytuał', bo to pierwsze nie wymaga żadnego tłumaczenia cosmoetycznego.
Cosmoetycznego 🙂 ale rozumiem co masz na myśli. Potrzeba jest neutralna. Magia już nie jest.
Tylko że to wyjście omija problem zamiast go rozwiązywać. Jeśli granica działa tylko dlatego że partner nie wie co za nią stoi, to ona jest w sumie krucha. Jeden wieczór kiedy coś podejrzy i cała ta budowla się sypie, bo nie ma fundamentu w postaci prawdziwej rozmowy.
Rozumiem obydwa stanowiska i chyba obie macie rację w innych okolicznościach. Jeśli partner jest z gruntu otwarty, to może nie trzeba tego etapowania. Ale jeśli wiesz że pierwsza reakcja będzie śmiech albo kpina, to może lepiej żeby najpierw zobaczył że bierzesz to na serio, zanim usłyszy co dokładnie bierzesz na serio.
Mam wrażenie że ta rozmowa zrobiła się bardzo o tym jak powiedzieć partnerowi, a trochę mniej o tym co zrobić kiedy nie masz jak powiedzieć albo kiedy wiesz że to nie zmieni sytuacji. Bo nie wszyscy jesteśmy w relacjach gdzie rozmowa jest opcją na stole.
To jest zupełnie inna sytuacja niż ktoś kto kpi. Racjonalista często jest bezpieczniejszy niż wydaje się na początku, bo jemu nie chodzi o magię jako zagrożenie - on po prostu nie rozumie języka. I czasem wystarczy mówić o tym bez języka magii. Mówić o skupieniu, o rytuale jako praktyce uważności, o potrzebie ciszy. To nie jest kłamstwo, to jest przekład.
Poczekaj - to nie jest trochę tak że tłumaczysz magię na język który dla niego jest bardziej akceptowalny, czyli de facto ukrywasz co to jest? Pytam serio, bo nie wiem czy to uczciwe.
Dobra, ale Kminek porównanie do modlitwy jest dla mnie trochę za wygodne. Modlitwa ma swój kulturowy kontekst, większość ludzi wie mniej więcej co to jest nawet jak sami nie praktykują. Magia tego nie ma - przynajmniej nie w takim samym stopniu. Jak mówię partnerowi 'siedzę z myślami' zamiast 'odprawiam rytuał', to on buduje sobie obraz czegoś co nie istnieje. I pytanie czy to jest uczciwe wobec niego, nie wobec mnie.
Mnie ten wątek z językiem bardzo trafił, bo u mnie jest dokładnie ten problem. Jak mówię partnerowi prawdziwe słowa - rytuał, magia, intencja w sensie magicznym - to on słyszy coś z horroru albo z TVN24 o sektach. A jak mówię 'mam swój wieczorny rytuał relaksacyjny', to on kiwa głową bo to brzmi jak joginka z instagrama. I technicznie obie wersje są prawdziwe, tylko że ta druga jest... okrojona. Nie wiem czy to jest uczciwe, ale przynajmniej jest możliwe do powiedzenia.
Ale właśnie - okrojona wersja działa dopóki nic nie wypłynie. Jak on kiedyś zobaczy świecę przy ołtarzyku i zapyta co to jest, to albo będziesz mu tłumaczyć od podstaw rzeczy, które latami upraszczałaś, albo sklecisz coś na szybko i to będzie wyglądało jakbyś ukrywała. I to drugie jest chyba gorsze niż cała rozmowa na początku, nie?
