Zaczełam się ostatnio zastanawiać nad czymś, co mnie trochę blokuje w praktyce. Mieszkam z partnerem, on jest totalnie poza tematem ezoteryki, nie wierzy, nie pyta, ale też nie przeszkadza. Problem w tym, że mam poczucie, że jak robię cokolwiek bardziej rozbudowanego - zapalę świeczki, rozłożę coś na podłodze, siedzę w ciszy z zamiarem - to on wchodzi i albo żartuje, albo po prostu rozbija mi całą energię tego co robiłam. Nie złośliwie. Po prostu jest. I zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle mówić mu co robię i po co. Czy wy mówicie partnerom? Rodzinie? Czy to ma w ogóle znaczenie, że ktoś wie albo nie wie?
To jest jedno z tych pytań, gdzie nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich. Znam osoby, które pracują w kompletnej tajemnicy od lat i mówią, że właśnie dlatego ich praktyka jest skuteczna. I znam takie, które otwarcie rozmawiają z partnerem i to też działa. Pytanie chyba nie brzmi 'mówić czy nie mówić', tylko - co cię właściwie powstrzymuje? Bo to może być odpowiedź.
Pracuję od dłuższego czasu i szczerość powiem - mąż wie, że coś robię. Nie wie wszystkiego, ale wie. I to był świadomy wybór, bo zauważyłam, że ukrywanie zaczęło budować we mnie coś w rodzaju wstydu, a wstyd to fatalna energia do pracy. Nie mówię, że każdy musi, ale warto sobie uczciwie odpowiedzieć na pytanie czy ukrywam, bo tak wybrałam, czy bo mi wstyd.
a ten partner to naprawdę po prostu wchodzi przypadkowo, czy czujesz że gdzieś podświadomie testujesz czy zareaguje? Pytam szczerze, bo znam taką dynamikę z własnego domu - jak ktoś chce żeby go zapytać, to potrafi się 'przypadkowo' kręcić.
Ja miałam podobną sytuację i rozwiązałam to trochę inaczej - po prostu ustaliłam z partnerem pewne sygnały. Że jak drzwi są przymknięte i jest świeczka na korytarzu, to nie wchodzi przez jakiś czas. Nie tłumaczyłam mu całej filozofii, po prostu powiedziałam że potrzebuję czasem ciszy na swoje rzeczy. On traktuje to jak medytację i mu to wystarczyło. Nie musiałam nic 'wyznawać'.
Jest w tej rozmowie coś ciekawego - zakładamy, że partner musi w ogóle cokolwiek wiedzieć. Ale dlaczego? Nie opowiadamy przecież partnerom szczegółowo o każdym procesie wewnętrznym który przechodzimy. Modlitwa, medytacja, rytuał - to są sprawy, które mogą być intymne nie dlatego, że mamy co ukrywać, ale dlatego, że niektóre rzeczy działają lepiej bez świadków i komentarzy.
To jest ten moment, gdzie moim zdaniem etyka wchodzi naprawdę. Przestrzeń wspólna należy do dwóch osób. Możesz nie tłumaczyć filozofii, ale nie możesz bez rozmowy zawłaszczać wspólnej przestrzeni na godziny i oczekiwać, że druga osoba to uszanuje bez słowa wyjaśnienia.
A może właśnie tak to powinno brzmieć? Nie dramatycznie, po prostu normalnie. Kiedy przestaniemy traktować własną praktykę jako coś, co trzeba owijać w bawełnę, to może partner też przestanie traktować to jak coś dziwnego. Ton nadaje osoba, która mówi.
Ja mam inne pytanie - czy ktoś miał sytuację, że partner zaczął przeszkadzać już nie przypadkowo, ale właśnie dlatego że wiedział? Że jak się dowiedział to zaczął komentować, wchodzić, pytsać ironiczne pytania? Bo mam wrażenie, że nie ujawnianie ma też praktyczny wymiar.
No właśnie. I tu wraca pytanie o przestrzeń - bo jeśli partner żartuje, wchodzi, komentuje, to nie dlatego że jest zły człowiek, tylko dlatego że nie rozumie i nie ma powodu żeby to traktować poważnie. To jest problem komunikacji a nie złej woli. Ale jak to naprawić kiedy już jest taki wzorzec?
Rozmawiałam kiedyś z kimś, kto powiedział bardzo prostą rzecz - że nie prosi partnera żeby wierzył, prosi żeby szanował. To jest zupełnie inna rozmowa. Nie 'wytłumacz mi magię' tylko 'potrzebuję żebyś traktował to jak moje ważne zajęcie, tak jak ja traktuję twoje hobby'. To brzmi normalnie nawet dla sceptyka.
Tylko że to też zakłada, że my sami traktujemy swoją praktykę jak 'ważne zajęcie', a nie jak coś, co trzeba ukrywać i robić po cichu kiedy nie patrzy. Bo jeśli sami komunikujemy się z tym wstydem, to partner to wyczuwa, nawet jak nic nie powiemy. I wtedy trudno oczekiwać szacunku dla czegoś, co sami traktujemy jako sekret.
To mnie uderzyło co napisałaś, Leokadia - bo masz rację. Ja sama chodzę na palcach przy tym wszystkim. I może właśnie dlatego on wchodzi i żartuje, bo od początku to był dla niego temat bez powagi. Nie dlatego że zły, tylko dlatego że ja nigdy nie powiedziałam: hej, to dla mnie ważne. Chyba mam co przemyśleć.
Ale jak to zmienić praktycznie? Bo jedno to wiedzieć 'powinnam mówić pewniej', a drugie to faktycznie tak powiedzieć kiedy siedzisz naprzeciwko kogoś kto patrzy na ciebie z lekkim niedowierzaniem. Dla mnie to nie jest tak proste jak 'zmień ton'.
Dobra, bo chcę wróccić do mojego konkretnego problemu z salonem - bo trochę zboczyliśmy. Macie rację z tym tonem, to rozumiem. Ale co kiedy praktycznie potrzebuję więcej przestrzeni niż mój kącik w sypialni, i chodzi mi o logistykę? Jak wy to rozwiązujecie kiedy rytuał wymaga np. rozłożenia czegoś na podłodze albo pracy z ogniem i nie możecie tego zrobić w kącie przy łóżku?
U mnie kwestia przestrzeni rozwiązała się przez konkretne ustalenia czasowe, nie przez tłumaczenie. Powiedziałam po prostu - mam środowe wieczory. Od siedemnastej do dziewiętnastej salon jest mój. Koniec, bez negocjacji przy każdym tygodniu. Partner wiedział że to jest moje czas, nie wiedział co konkretnie robię i mu to nie przeszkadzało. Przewidywalność działa lepiej niż wyjaśnienia.
Pytanie z innej strony - czy ktoś miał sytuację gdzie partner chciał patrzeć? Nie złośliwie, po prostu z ciekawości? I jak to wpływa na pracę kiedy ktoś siedzi i obserwuje?
Wracając do tego co mówił Lubomir - mój problem polega na tym, że partner nie chce patrzeć, ale chce wiedzieć co się dzieje w salonie. I tu jest ta dziwna przestrzeń pomiędzy - ani mnie nie obserwuje, ani nie daje mi spokoju. Pyta po fakcie. 'Co robiłaś?' i nie wiem co mówić.
A co odpowiadasz? Bo to jest chyba najtrudniejszy moment - nie samo robienie, ale właśnie to 'co robiłaś?' potem.
To jest bardzo znajoma sytuacja. I z mojego doświadczenia - to czekanie partnera na 'coś konkretniejszego' nie zniknie samo. On wyczuwa że jest coś za zasłoną, i to go bardziej kręci niż sama treść. Czasem powiedzenie wprost, nawet ogólnikowo, kończy tę pętlę.
Ale jak to powiedzieć ogólnikowo żeby nie otwierać dyskusji której się nie chce? Bo z mojego doświadczenia 'mam praktykę duchową' kończy się dwudziestoma pytaniami i w efekcie tłumaczę więcej niż gdybym powiedziała konkretnie od razu.
Wracam do tej kwestii przestrzeni wspólnej, bo to mi leży na sercu. Mam wrażenie że cała ta rozmowa o komunikacji z partnerem jest ważna, ale w tle jest jeszcze jedna rzecz - czy my sami czujemy się uprawnione do tej przestrzeni? Bo jak się nie czujesz uprawniona, to nawet najlepsze zdanie powiedziane partnerowi nie zadziała. On poczuje że czekasz na jego zgodę, a nie że po prostu potrzebujesz salonu.
To co opisujesz - to poczucie tymczasowości - jest naprawdę ważne, bo ono przekłada się na jakość pracy. Nie można dobrze pracować kiedy połowa uwagi idzie na logistykę i na pilnowanie czy zaraz ktoś nie wejdzie. Ale mam pytanie: skąd wiesz, że partner wejdzie? Czy on wchodzi, czy ty tego oczekujesz?
To nasłuchiwanie to jest mechanizm obronny który masz niezależnie od partnera. On może przestrzegać zasad i ty możesz się nadal spinać. Jedno nie wyklucza drugiego. Pytanie jest inne - czy kiedykolwiek miałaś przestrzeń w której to nie było potrzebne? Gdzie nie nasłuchiwałaś?
To jest interesujące rozróżnienie - fakt vs przekonanie. Bo można wiedzieć że partner nie wejdzie i nadal nie wierzyć w to ciałem. I to nie jest kwestia zaufania do partnera, tylko przyzwyczajenia do bycia w domu jako przestrzeni wspólnej. Czy da się to przeprogramować bez zmieniania fizycznej przestrzeni?
Ale czy ten czas i powtarzalność to jest coś co wypracowujesz sama, czy partner musi aktywnie coś robić żeby to działało? Bo mam wrażenie że to jednak nie jest tylko moje ćwiczenie wewnętrzne.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie z zupełnie innej strony - skąd partner ma wiedzieć że jedna niezapowiedziana wizyta w salonie to jest tak duże naruszenie? Jeśli nikt mu nie powiedział że to ważne, to może po prostu nie wie?
