Nacek95, czytam i właśnie o tym myślę - może to jest właśnie to 'odczekanie', o którym mówiłam wcześniej. Wykonujesz rytuał bez żadnego z tych składników, mechanicznie, i czekasz, czy coś wróci. Nie wiem, czy to ma sens magicznie, ale może ma sens jako sposób na trwanie w formie.
Blazenka_75, ale czy to nie jest wtedy tylko teatr? Pytam, bo sama kiedyś próbowałam coś podobnego i miałam poczucie, że chodzę przez ruchy. Z perspektywy czasu nie wiem, czy to był błąd, czy coś z tego zostało.
Medard ma rację co do ramowania. I dodam coś od siebie - u mnie przełomem nie był żaden wniosek ani decyzja, tylko konkretny rytuał, który zrobiłam właśnie w tym mechanicznym trybie. I w połowie poczułam, że coś się zmienia. Nie wiem czemu akurat wtedy, nie wiem co to było. Ale gdybym czekała na odpowiedni stan, żeby zacząć, nigdy bym tego nie zrobiła.
Unakitka, i to jest chyba jedna z bardziej konkretnych rzeczy, która padła w tym wątku jako praktyczna wskazówka. Nie czekaj na stan, zacznij bez niego. Ale mam pytanie, które mnie drąży - czy ten rytuał był dla ciebie czymś regularnym, czy czymś nowym? Bo zastanawiam się, czy to miało znaczenie.
To co Unakitka opisuje z 'ciałem które wie' przypomina mi coś, co czytałem o praktyce Soto Zen - że samo zazen w formie jest ważniejsze niż stan podczas siedzenia. Dogen pisał, że zazen to nie jest środek do przebudzenia, tylko jego wyraz. Może w magii jest analogia - nie robisz rytuału żeby coś osiągnąć, tylko rytuał jest wyrazem czegoś, co jest nawet wtedy, gdy nie czujesz dostępu.
I to jest właśnie to, co mnie w tym wątku najbardziej zatrzymało. Dogen mówi wprost, że forma jest wyrazem, nie drogą do. Ale w magii zachodniej chyba rzadko tak to ujmujemy. Zazwyczaj zakłada się, że forma jest nośnikiem czegoś innego, że rytuał przenosi intencję. Jeśli jednak forma sama w sobie jest wystarczająca, to zmienia całą logikę kryzysu.
Ale czy ktoś z was faktycznie to rozróżnienie poczuł w praktyce? Bo brzmi sensownie jako teoria, ale zastanawiam się, jak to wygląda od środka. Nacek95, mówisz 'pozwalam żeby forma robiła swoje' - co to znaczy, że coś robi samo?
To, co opisujesz Nacek95, trochę przypomina mi to, co czasem się mówi o mantrach w tradycji wedyjskiej - że dźwięk ma skutek niezależnie od rozumienia przez wykonującego. Ale zawsze byłam wobec tego sceptyczna, bo to bardzo łatwo nadużyć jako argument 'nie musisz nic rozumieć, tylko rób'. Jakie jest twoje zdanie o tym rozróżnieniu?
Kabalistka05 dotknęła czegoś ważnego. W niektórych tradycjach szamańskich jest coś, co można by opisać jako 'bycie prowadzonym przez rytuał' zamiast 'prowadzenia rytuału'. Nie jest to pasywność w sensie braku obecności, ale raczej zmiana kierunku ruchu. Ciekawi mnie, czy ktoś z was świadomie próbował takiego przestawienia podczas kryzysu.
Właśnie to chyba robiłam, choć nie nazwałabym tego wtedy tak. Nie myślałam 'jestem uczestnikiem', myślałam 'daję sobie zgodę żeby nie musieć'. I to był inny ciężar. Vladi, pytasz, czy ktoś próbował świadomie - ale czy to w ogóle może być świadome? Jeśli wchodzisz w tryb 'prowadzona przez rytuał' z planem, to czy to jeszcze jest to samo?
Unakitka zadaje pytanie, które mnie też drąży. Jest coś paradoksalnego w 'zaplanowanym odpuszczeniu'. Ale może to jest kwestia stopnia. Pierwsza decyzja jest świadoma - wychodzę i robię. Potem już coś innego przejmuje. Może paradoks jest tylko pozorny.
Czytam ten wątek od początku i teraz mam pytanie, którego wcześniej nie umiałam sformułować. Mówicie dużo o mechanice rytuału w wypaleniu. Ale co z kontekstem? Czy robiłyście te rytuały w tym samym miejscu, o tej samej porze co zawsze? Bo zastanawiam się, czy środowisko nie niesie jakiejś części tej pracy, kiedy ty sama nie możesz.
Blazenka_75 poruszyła coś, o czym chyba nie myśleliśmy wystarczająco - rola przestrzeni jako stabilizatora praktyki. Mam wrażenie, że dużo mówiliśmy o stanie wewnętrznym, ale środowisko może być właśnie tym elementem, który 'trzyma', kiedy wszystko inne odpada. Czy ktoś próbował rytuału w zupełnie nowym miejscu podczas wypalenia i co z tego wyszło?
Medard, to jest zdanie, z którym nie polemizuję. I wracając do Blazenki - ona zadała pytanie o przestrzeń, ale myślę, że za tym pytaniem jest szersze: co z zewnętrznych elementów praktyki działa jako podpora, kiedy wewnętrzne zasoby się wyczerpały. Może to jest właśnie pytanie, które powinniśmy postawić wprost.
Unakitka dobrze to podsumowała. I mam wrażenie, że ta rozmowa przez 160 postów krążyła wokół tego pytania, ale rzadko je zadawała tak bezpośrednio. Więc stawiam je: co u was, konkretnie, utrzymywało praktykę w czasie wypalenia - i czy to była świadoma decyzja, czy coś, co odkryłyście dopiero po fakcie?
Wrotycz zadała konkretne pytanie, więc spróbuję odpowiedzieć. U mnie była jedna rzecz - świeczka. Nie ma w tym nic odkrywczego, ale zapalenie jej było czymś, co robiłem niezależnie od wszystkiego. Nie dlatego, że wierzyłem, że coś się wydarzy. Po prostu to był gest, który nie wymagał ode mnie decyzji. Czy to była świadoma decyzja? Nie. Raczej nawyk, który przeżył wypalenie.
Dziękuję Czarkowi za odpowiedź. I Nacek zadaje pytanie, które mnie też teraz nurtuje. Bo z jednej strony rozumiem argument o ciągłości - że forma trzyma miejsce, do którego wraca treść. Ale z drugiej: czy nie ma ryzyka, że jeśli zbyt długo coś robimy jako pusty nawyk, to trudniej potem do tego wrócić z pełnym zaangażowaniem? Jakby nawyk 'nadpisał' praktykę?
Medard trafia w coś, co uważam za jedno z trudniejszych rozróżnień w praktyce. Ta 'nieobecność' to nie jest po prostu zmęczenie. To bardziej taki stan, gdzie wykonujesz ruchy, ale nikt w środku nie patrzy. I pytanie, czy nawet wtedy forma działa - czy może właśnie wtedy działa inaczej. Mam wrażenie, że w wypaleniu rytuał czasem ujawnia rzeczy, których w normalnym stanie nie widzimy, właśnie dlatego, że nasza kontrola odpada.
Vladi, to jest właśnie to, od czego zaczęłam ten wątek. Nie potrafiłam wtedy tego nazwać, ale teraz rozumiem, że w tamtym stanie rytuał zadziałał jak lustro, a nie jak działanie. Nie wyprodukowałam czegoś, tylko zobaczyłam coś, co już było. I to mnie zaskoczyło bardziej niż jakikolwiek wynik, którego mogłabym oczekiwać.
Unakitka, ale jak odróżnić, czy to rytuał ujawnił prawdę, czy po prostu byłaś wtedy w stanie, w którym wszystko było bardziej wyostrzone emocjonalnie i interpretacja była silniejsza? Bo wypalenie to jednak zmieniony stan - nie neutralny.
Nie chcę przerywać tego wątku, ale mam małe pytanie poboczne. Mówicie dużo o tym, co widzieliście albo poczuliście podczas rytuału w wypaleniu. Ale czy ktoś mówił komuś o tym wtedy, na bieżąco? Czy to były doświadczenia, które trzymaliście dla siebie?
Blazenka zadała pytanie, które wydaje się proste, ale ma jakiś ciężar. Bo jeśli to doświadczenie zostaje wyłącznie w środku - to w jaki sposób je weryfikujemy? Albo czy w ogóle weryfikacja jest tu potrzebna? Nie wiem, czy to ważne, ale mam wrażenie, że osamotnione doświadczenie i opowiedziane doświadczenie to dwie różne rzeczy, nawet jeśli zdarzenie było to samo.
Nacek dotknął czegoś, co w hermeneutyce nazywa się problemem wyrażalności doświadczenia mistycznego albo granicznych przeżyć. W wielu tradycjach jest świadoma zasada opóźnionego dzielenia się - żeby doświadczenie zdążyło osiąść przed słowami. W sufizmie jest coś podobnego - mistrz nie pyta ucznia od razu po rytuale, co poczuł. Czeka. Czy to ma przełożenie na to, o czym tu mówimy? Myślę, że tak.
Ta zasada opóźnienia ma sens też z czysto praktycznego powodu. Jak coś się świeżo skończyło, to jesteś jeszcze w tym. Interpretacja przychodzi z zewnątrz, a wewnątrz jeszcze nie ma miejsca. Medard, a czy w tych tradycjach jest jakiś wskazówka, jak długo czekać? Albo co jest sygnałem, że już można mówić?
Myślę, że to jest też jeden z powodów, dla których wypalenie może paradoksalnie chronić pewne doświadczenia. Kiedy nie masz siły ich interpretować, to pozostają nienaruszone dłużej. Wrotycz, to co opisujesz - słowa zamykające zamiast otwierające - chyba znam to z tamtego okresu. Wtedy po prostu nie miałam siły mówić, ale może to był rodzaj nieświadomej ochrony.
Unakitka, wracam do tego, co napisałaś na końcu - że słowa mogą zamykać zamiast otwierać. To mnie zastanawia w kontekście całego wątku. Bo jeśli wypalenie chroni doświadczenie przed przedwczesną interpretacją, to czy jest jakiś moment, kiedy interpretacja w ogóle jest potrzebna? Może niektóre rzeczy po prostu działają bez rozumienia?
To jest pytanie, które kręci się gdzieś w tle od początku tej rozmowy. Miałam doświadczenia, które 'zadziałały' w sensie - coś zmieniło się na zewnątrz, coś przesunęło - i do tej pory nie wiem, co właściwie się stało. I żyję z tym całkiem dobrze. Ale jest też drugi typ: takie, przy których czuję, że muszę rozumieć, żeby to w ogóle było moje. Nie wiem, skąd ta różnica bierze się w praktyce.
