Dreamweaver porusza coś co mnie samą gryzie od jakiegoś czasu przy tego typu rozmowach - granica między tym co odkrywamy z doświadczeń a tym co sobie konstruujemy żeby wszystko ładnie pasowało. Nie mam na to dobrej odpowiedzi, ale wydaje mi się że jedynym testem jest praktyka. Czy to działa, czy nie działa. I czy różne osoby niezależnie od siebie dochodzą do podobnych rzeczy.
to jest mądre podejście. Ale jak w ogóle sprawdzić 'czy działa' jeśli nie mamy kontroli nad innymi zmiennymi? Może coś zadziałało bo tak by się potoczyło, a może zadziałało bo zrobiłam to przy stojącej wodzie. Nie wiem jak to oddzielić.
Nie da się oddzielić i nie ma co próbować jak w laboratorium. To nie jest ta dziedzina. Mnie bardziej interesuje to co Nashira ma zrobić z tą bramą - wróćmy do jej pytania. Nashira, co z miejscem do przyciągania? Mówiłaś o starym drzewie z jednej strony parku. Jak daleko ono jest od tych żywotników przy bramie?
Pięć minut marszu to calkiem dobra odleglosc. Mam wrażenie że to wystarczy żeby fizycznie oddzielić te dwa miejsca i te dwa działania. Czy ktoś ma zdanie ile ta odległość powinna minimalnie wynosić żeby miało to sens? Bo to pewnie też jest coś co każdy intuicyjnie czuje inaczej.
No dobra, ale czy ktoś mi odpowie na to pytanie o przyciąganie przy tym starym drzewie? Bo mam plan żeby najpierw zrobić co swoje przy bramie, a potem przejść na drugi koniec parku. Tylko nie wiem czy robić to od razu czy zostawić jakiś czas między jednym a drugim.
Zgadzam się z Benedykiem i dodam - nawet te pięć minut marszu przez park może nie wystarczyć jeśli głową nadal jesteś przy tym co robiłaś przy bramie. To nie jest kwestia fizycznej odległości między miejscami tylko kwestia tego ile czasu potrzebuje umysł żeby naprawdę zmienić nastawienie. Nashira, masz jakiś sposób na przejście między tymi stanami? Bo jeśli nie, to może w ogóle rozdzielić te dwa działania na osobne wyjścia.
A czy mozna między nimi zrobic cos co jest 'neutralne'? Np. po tym przy bramie usiąść gdzieś w środku parku na chwilę, posiedzieć spokojnie, popatrzeć na drzewa, i dopiero potem iść do tego starego drzewa. Czy to by wystarczyło jako bufor czy to za mało?
Ten 'reset energetyczny' to brzmi trochę jak coś z New Age niż z folk magic, żeby być szczerym. Ale intuicja za tym stoi dobra - przerwa ma sens. Tylko nie wiem czy chodzi o energię czy po prostu o to że jesteś innym człowiekiem po pięciu minutach spokojnego siedzenia niż zaraz po zakończeniu czegoś intensywnego.
Jedzenie między rytuałami pojawia się w różnych tradycjach jako uziemienie. Bardzo przyziemne, fizyczne, skuteczne. Coś prostego - chleb, jabłko, cokolwiek co angażuje ciało i 'sprowadza na ziemię' po pierwszym działaniu. Nie musi być symboliczne. Ma być normalne.
To ma sens. I jest dość proste żeby to zrobić. Ale wracam do pytania o czas - czy to musi być tego samego dnia w ogóle? Bo teraz myślę że może lepiej osobne wyjścia. Tylko jak daleko od siebie? Dzień? Tydzień?
Właśnie chciałam zapytać - czy jest jakiś sens robić separację najpierw po to żeby potem przyciągnąć? To brzmi jak logika którą rozumiem - oczyść miejsce zanim coś zaprosisz. Ale czy to nie znaczy że traktujemy to jak sprzątanie przed przyjęciem gości? Nie wiem czy to dobra analogia czy totalnie przestrzelona.
Dreamweaver, ta analogia jest śmieszna ale coś w niej jest. Chociaż sprzątanie i separacja to jednak nie to samo - możesz posprzątać po to żeby mieć czysto dla siebie, nie żeby kogoś przyjąć. Intencja robi różnicę. Nashira, a co jest najpierw w twojej głowie - to co chcesz odejść czy to co chcesz przyciągnąć? Bo to może sugerować w jakiej kolejności to robić.
Szczerze? Obie rzeczy czuję mniej więcej jednakowo. Ale gdybym miała powiedzieć - to co chcę puścić jest bardziej pilne. To jest coś co już za długo siedzi.
To odpowiedź sama w sobie. Jeśli to co chcesz puścić jest pilniejsze, to zacznij od bramy, od separacji, i daj sobie czas zanim pomyślisz w ogóle o drzewie i o przyciąganiu. Może okaże się że po kilku tygodniach intencja do przyciągania będzie jaśniejsza, może się zmieni. Nie rób drugiego kroku zanim pierwszy nie wybrzmi.
Mam trochę inne pytanie do tej rozmowy - czy ktoś rozmawiał o tym jak samo miejsce 'przyjmuje' intencję przy przyciąganiu w porównaniu do separacji? Bo mi się wydaje że przy separacji idziesz i coś zostawiasz, a przy przyciąganiu to ty masz wrócić i czegoś oczekiwać. To jest inny rodzaj relacji z miejscem.
Ale czemu stare drzewo mialoby 'przyjmować'? Bo to skojarzenie z korzeniami, z czymś osadzonym? Czy to jest tak że drzewa w ogóle mają tę jakość przyjmowania a nie oddawania?
No właśnie, jest na takim małym pagórku, to stara lipa chyba, spory konar odłamany po jednej stronie. I coś w tym miejscu jest - trudno mi to opisać ale zawsze jak tam staję to mam poczucie że jest coś tam obecnego. Może to tylko stary park i atmosfera ale za każdym razem.
Lipa jest w słowiańskim kontekście bardzo wyraźna - drzewo kojarzone z Mokoszą, z żeńskim aspektem, z przyjęciem i płodnością w szerokim sensie. Odłamany konar mnie zatrzymuje - czy to jest coś co widzisz jako uszkodzenie czy jako część charakteru tego drzewa? Bo to może mieć znaczenie dla tego czy to miejsce czujesz jako kompletne czy jako takie które ma w sobie własny brak.
To co Ostroika napisała o lipie mnie zatrzymało. Bo Mokosz to nie jest tylko płodność i przyjęcie w takim oczywistym sensie - to też los, przędzenie, to co przyciąga do nas pewne rzeczy bo po prostu tak jest utkane. I zastanawiam się czy to nie jest ważne przy intencji przyciągania - czy to co chcemy przyciągnąć to jest coś co 'zapraszamy' czy coś co już jest dla nas utkane i tylko otwieramy na to drogę?
Dokładnie to miałam na myśli. I stąd moje pytanie o odłamany konar - bo w kontekście Mokoszy taki konar to nie jest uszkodzenie, to jest znak że drzewo przeszło przez coś i nadal stoi. To może być ważne dla Nashiry, zależnie od tego z czym przychodzi do tego miejsca.
To jest jedno z tych pytań gdzie odpowiedź zależy od tego w co wierzysz fundamentalnie. Jeśli przyjmujesz że wszystko jest zdeterminowane to otwierasz drogę. Jeśli przyjmujesz wolną wolę to zapraszasz. Ale z praktycznego punktu widzenia przy rytuale i tak robisz to samo - formułujesz intencję i stajesz w miejscu które ją wzmacnia. Różnica jest filozoficzna nie wykonawcza.
A jak sie w ogóle formuluje intencje przy drzewie? Znaczy - mówi sie to na głos, czy w myślach, czy coś się pisze? Pytam bo nigdy nie byłam przy żadnym rytuale przy drzewie i nie wiem jak to wygląda od strony praktycznej.
Zaneta, to zależy bardziej od ciebie niż od jakiejś ustalonej metody. Ja mówię na głos ale nie głośno, raczej mruczę pod nosem. Ale znam osoby które w ogóle nie wypowiadają słów tylko trzymają intencję w głowie i dotykają kory. Nie wiem które jest 'lepsze', podejrzewam że to kwestia tego jak ktoś działa.
Przy runach też jest ta sama dyskusja - wymawiać czy nie. I chyba nie ma jednej odpowiedzi. Ale wracając do tego miejsca Nashiry - czy ona w ogóle powinna do tej lipy coś mówić przy pierwszym razie czy może lepiej po prostu być tam przez chwilę i zobaczyć jak to miejsce na nią działa? Przychodzę do nowego miejsca i od razu zaczynam coś deklarować - to brzmi jak trochę za szybko.
Głowa wie ale to nie znaczy że musisz tę wiedzę aktivować od razu. To jest różnica między przychodzeniem z gotowym planem a przychodzeniem z otwartością na to co jest. Możesz wiedzieć po co przyszłaś i mimo to nie zaczynać od razu od działania. Posiedź, popatrz, poczuj czy to drzewo w ogóle 'chce' żebyś tam pracowała. Nie każde stare drzewo jest do tego.
Oleandra, to ostatnie zdanie mnie zatrzymało - 'nie każde stare drzewo jest do tego'. Jak się to sprawdza? Chodzi o odczucie osobiste, o jakieś obserwacje, o coś w historii miejsca?
A jak się sprawdza historię miejsca? To znaczy - stare parki, cmentarze ewangelickie, resztki dworów, tu w Polsce jest tego pełno pod starymi drzewami. Czy to dyskwalifikuje miejsce czy wręcz odwrotnie dodaje mu głębi? Nie wiem jak do tego podejść i bardzo chciałbym to zrozumieć.
