Dobra, bo zgubiłam się trochę. Czy my tu mówimy ogólnie o każdym rytuale, czy o tym konkretnym przypadku kiedy rytuał jest skierowany przeciwko komuś? Bo mam wrażenie że te dwa wątki się nam pomieszały.
Ale czy to znaczy, że w ogóle nie wolno? Albo że każdy rytuał w kontekście konfliktu jest z automatu problematyczny? Bo to wydaje się zbyt duże uogólnienie.
Przepraszam, że wchodzę z takim podstawowym pytaniem, ale co właściwie mieści się w tej drugiej kategorii? Znaczy, co konkretnie jest przykładem blokowania woli? Czy to są rzeczy, które wiadomo że są "złe", czy to jest szara strefa?
Klasyczne przykłady z literatury ceremonialnej to zaklęcia konfuzji, które mają zaburzać zdolność kogoś do podejmowania decyzji. Albo binding w formie uniemożliwiania działania komuś, kto cię atakuje. Ten drugi bywa traktowany jako ochronny, bo intencją jest zatrzymanie szkody. Ale efekt jest ten sam - ingerujesz w czyjąś sprawczość.
Myślałam o tym i chyba kluczowe jest kto ponosi konsekwencje. Jeśli robię coś żeby mi było bezpieczniej i bezpieczniej - to jest praca na siebie, nawet jeśli kontekstem jest druga osoba. Jeśli robię coś, czego głównym efektem jest to że tamtej osobie coś się zmienia, ogranicza, komplikuje - to jest praca przeciwko niej, nawet jeśli sobie mówię że to ochrona.
Może nie da się podzielić i to jest właśnie odpowiedź na pytanie z tytułu - że nie można pracować wyłącznie na siebie kiedy ta praca dotyczy relacji. To nie jest zarzut, to jest po prostu opis sytuacji. I może etyczność leży w tym, żeby to widzieć, a nie żeby udawać że tych drugich konsekwencji nie ma.
To jest smutne trochę. Bo wychodzi na to, że jak jesteś w realnie złej sytuacji z kimś, kto ci realnie szkodzi, to i tak musisz się martwić o etykę względem tej osoby. Rozumiem to intelektualnie, ale emocjonalnie jakoś nie do końca.
To co mówisz RycerzMieczy o uczciwości wobec siebie brzmi prosto, ale jak to wygląda w praktyce? Bo mogę sobie wmówić, że jestem uczciwa wobec siebie, a mimo to działać z miejsca gniewu. Samooszustwo jest chyba jednym z łatwiejszych rzeczy jakie można zrobić w tej pracy.
Przepraszam, że znowu się wtrącam, ale ten Spare to kto? Bo nie kojarzę tego nazwiska a chcę zrozumieć o czym mówicie.
Wracając do tego co Froen napisał o stanie przed rytuałem - mam z tym osobiście duży problem, bo te sytuacje gdzie chcę coś zrobić w kontekście konfliktu to są dokładnie te sytuacje, kiedy jestem emocjonalnie najbardziej rozkręcona. Jak wyłączyć ten stan na tyle żeby działać z jasnej głowy, skoro właśnie to że mnie to dotyczy jest powodem dla którego działam?
To jest pytanie, które słyszałem w różnych wariantach i nigdy nie ma na nie prostej odpowiedzi. Ale mam wrażenie, że sam fakt że je zadajesz jest już czymś. Ktoś kto działa bez refleksji z czystego gniewu raczej tego pytania nie stawia.
No właśnie, bo ja np. jak mam zły dzień i wiem że mam zły dzień to nie zawsze mogę po prostu zdecydować że teraz jest inaczej. Mózg swoje, emocje swoje. Więc co wtedy, odkładasz rytuał na kiedy indziej? A co jak sprawa jest pilna?
Ale jak długo można odkładać? Bo życiowe sytuacje się rozwijają, okno czasowe się zamyka. Nie zawsze można czekać na spokój.
Mnie zawsze zastanawiało czy te rytuały oczyszczające przed właściwym rytuałem to są osobne działania magiczne, czy bardziej psychologiczne przygotowanie. Bo jeśli drugie, to właściwie każda technika relaksacyjna mogłaby spełniać tę samą funkcję.
Tylko że to rozmywa granicę między magią a zwykłą psychologią do tego stopnia, że przestaje być jasne czym w ogóle jest magia. Jeśli wszystko można wyjaśnić jako przygotowanie psychologiczne, to co jest nadwyżką?
Ja właściwie nie wiem czemu to pytanie jest takie trudne. Znaczy słyszę że jest trudne, ale ciągle mi się wydaje że intuicyjnie wiadomo co jest ochroną a co jest agresją. Czy naprawdę jest tyle przypadków gdzie to jest niejasne?
Ten przykład z sądem mnie zatrzymał. Bo nigdy bym nie pomyślała że to może być etycznie problematyczne. Dla mnie intuicyjnie to brzmi jak praca na siebie - przecież dbasz o swój wynik. Ale masz rację że dla kogoś po drugiej stronie to jest działanie przeciwko niemu.
Ten przykład z sądem to dla mnie też zmiana perspektywy. Bo jak się nad tym zatrzymać, to każde działanie na swoją korzyść w sytuacji gdzie jest ktoś po drugiej stronie dotyka tej osoby. Pytanie czy to jest wystarczający powód żeby w ogóle nie działać, czy raczej stopień ingerencji ma znaczenie?
Myślę że stopień ma znaczenie. Jest różnica między zaklęciem które wzmacnia twoje argumenty a zaklęciem które sprawia że przeciwnik nie jest w stanie myśleć jasno w dniu rozprawy. Pierwsze to praca na siebie, drugie to już działanie bezpośrednio na cudzą psychikę. Przynajmniej tak to rozumiem.
No właśnie, to jest coś co mnie od początku krąży po głowie w tym temacie. Trudno mi znaleźć przykład działania magicznego skierowanego na wynik sytuacji konfliktowej, który w żaden sposób nie dotyka drugiej osoby. Może jest taka możliwość i ja jej po prostu nie widzę?
Może to kwestia intencji a nie mechanizmu? Bo w wielu tradycjach ważniejsze jest to, co chcesz osiągnąć i dlaczego, niż techniczny opis tego co robi rytuał. Nie wiem, może to jest uproszczenie, ale wydaje mi się że to odróżnia na przykład ochronę od zemsty nawet jeśli mechanizm jest podobny.
O matko, im dłużej to czytam tym bardziej mi się kręci w głowie. Myślałam że przyjdę tu i się dowiem czy można czy nie można, a wychodzi że każdy przypadek jest inny i nie ma prostej odpowiedzi. Czy ktoś w ogóle kiedyś coś zrobił w sytuacji konfliktowej i po czasie ocenił to jako słuszne? Mam na myśli naprawdę z czystym sumieniem?
Ja chyba tak? Nie wiem czy to się liczy, ale robiłam kiedyś rytuał z myślą o osobie, która mnie mocno skrzywdziła - nie chciałam jej nic złego, ale chciałam żeby skutki jej działań wróciły do niej. Coś jak odesłanie. I szczerze? Nie mam z tym wyrzutów sumienia. Ale nie wiem czy to dlatego że to było słuszne, czy dlatego że byłam wtedy przekonana że zadziałało.
Odesłanie wydaje mi się etycznie inną kategorią niż bezpośredni atak, ale rozumiem ten argument że to nie jest czyste. Pytanie czy w ogóle istnieje coś całkowicie czystego w konflikcie. Bo sam fakt że jest konflikt oznacza że jesteś w nim stroną.
Wracając do pytania Dzidki - też mnie to interesuje, czy ktoś był w stanie ocenić takie działanie z perspektywy czasu i jak to ocenił. Bo to co Fela opisała z odesłaniem brzmi jakby był spokój co do tej decyzji, ale słyszałam też od innych osób że po czasie żałowały nawet "obronnych" rytuałów, bo poczuły że napędziły spiralę zamiast ją zatrzymać.
To bardzo zależy od tego co potem następuje w tej relacji albo sytuacji. Jeśli po rytuale sprawa się zamknęła i skończyłeś z tą osobą kontakt, łatwiej jest mieć spokój. Jeśli zostałeś uwikłany dalej i rzeczy eskalowały - trudniej jest ocenić co było czym.
Ale czy sam efekt rytuału, czyli to co nastąpiło potem, może być dowodem na to że decyzja była słuszna? Bo to by znaczyło że dobry wynik usprawiedliwia działanie, a to jest mało przekonujące jako zasada.
