Ten wątek z woreczkiem lawendy mnie skłonił do zastanowienia się nad czymś innym. Bo wieszanie suchych ziół przy wejściu to jedno, ale co z tymi roślinami, które nie mają tej ładnej historii świątynnej ani etymologii? Skrzyp, pokrzywa, mniszek. Używano ich w magii równie często, a nikt nie pisze o nich z taką atencją jak o rozmaryniе albo tymianku.
Dobra, to mam pytanie praktyczne. Czy to znaczy że jak mam stary słoik z pokrzywą na herbatę, to mogę go też po prostu postawić przy drzwiach? Brzmi głupio ale serio się zastanawiam czy to ma jakiś sens.
Ale to mi daje dużo spokoju właściwie. Bo miałam takie poczucie że zaczynam coś od zera i robię to źle, bo nie mam żadnej tradycji za sobą. A tak to po prostu wchodzę innym wejściem.
A czosnek - ktoś wie dlaczego akurat czosnek? Bo dla mnie to zawsze było wampiryczne i tyle, ale rozumiem że to nie jest cała historia.
Zapach jako granica - to jest wątek który w zasadzie przebiega przez całą magię ziołową. Kadzidła, saszetki, wiązki suszonych roślin. Nos jako bramkarz. Trochę inaczej na to patrzy się kiedy to ujmiesz tak wprost.
A to właściwie bliskie temu co filozofia przyrody opisuje jako animizm - przekonanie że przedmioty mają wewnętrzną agencję. Nie jesteś wtedy "aktywatorem" rośliny, tylko wchodzisz z nią w relację. To zmienia całą optykę praktyki.
Czyli to co robimy na tym forum - czytamy, rozmawiamy, szukamy - to jest właśnie ten pierwszy etap. I może zamiast się z tego wstydzić albo czuć że to jest gorsze niż "prawdziwa tradycja", to po prostu taka jest droga kiedy nie ma babci która cię wprowadza od dziecka.
I wróćmy jeszcze do tytułu wątku - magia przedmiotów codziennych. Bo chyba właśnie do tego doszliśmy: te przedmioty działają najlepiej kiedy przestają być specjalne, a stają się zwykłą częścią przestrzeni. Słoik z pokrzywą przy drzwiach, czosnek nad wejściem, wiązka rozmarynu w kuchni. Nie spektakl, tylko nawyk.
