Ostatnio zaczęłam się bardziej przyglądać temu, co mam w kuchni i w domu, i trochę mi to otworzyło oczy na to, jak dużo można zrobić bez kupowania czegokolwiek specjalnie. Mam na myśli głównie zioła - suszona szałwia, rozmaryn, tymianek, które i tak stoją w słoiczkach. Szałwia to oczywistość, wszyscy o niej mówią przy oczyszczaniu, ale rozmaryn mnie bardziej ciekawi, bo jest bardziej wielofunkcyjny. Słyszałam że w tradycji śródziemnomorskiej był traktowany jako ochronny i używany przy progach domów. Czy ktoś to praktykuje? Nie mówię o paleniu, ale o samej obecności rośliny albo gałązki.
Rozmaryn faktycznie ma długą historię jako roślina ochronna - w dawnej Anglii wieszano go przy drzwiach żeby odegnać złe moce, a w Europie południowej kładziono pod poduszkami dla jasności snów. Ale tu jest jedno ale: dużo zależy od tego, co rozumiemy przez "działanie" takiej gałązki. Sama obecność fizyczna to jedno, a świadome użycie to drugie. Czy pracujesz z intencją przy takim umieszczaniu ziół, czy bardziej zostawiasz je i obserwujesz?
Świeży kontra suszony to temat, który dość regularnie wraca i nie ma jednej odpowiedzi. W tradycjach hoodoo suszone zioła są jak najbardziej w użyciu i nikt ich nie deprecjonuje. Z kolei w niektórych starszych europejskich praktykach liczyła się żywotność rośliny - coś żywego miało inną moc sprawczą. Osobiście nie traktuję tego binarnie. Suszone są praktyczne do mieszanek, świeże do rytuałów gdzie ważna jest ta "żywość". Ale gałązka rozmarynu nad drzwiami to nie jest rytuał wymagający świeżości, tam bardziej chodzi o symboliczny próg.
Bazylia przy ikonach to nowe dla mnie, nie wiedziałam o tym. Ale wracając do kuchni - czy ktoś robi coś z rzeczy naprawdę codziennych, nie tylko ziołami? Mam na myśli sól, ocet, oliwa. Bo to też jest kuchnia domowa i wydaje mi się że sól pojawia się w rytuałach bardzo często, ale nigdy nie drążyłam tematu głębiej.
Sól to pewnie najszerzej używana substancja w praktykach magicznych na całym świecie, dosłownie w każdej tradycji coś z nią robią. Jej właściwości konserwujące były od zawsze odbierane jako "zatrzymywanie zepsucia", co przełożyło się na symbolikę ochrony i oczyszczania. Ocet jest mniej oczywisty, ale w tradycji Ozark i hoodoo używa się go do zrywania przekleństw - jako coś co "przecina" i "kwaśnieje" coś negatywnego. Oliwa to namaszczenie, konsekracja, używano jej do lamp i pomazania. Każda z tych substancji ma naprawdę głęboki rodowód.
Przy tym temacie soli warto zauważyć że różne rodzaje mają różne przypisania - morska, himalajska, czarna hawajska. Czarna sól (nie ta hawajska, ale ta robiona z węglem lub popiołem) to zupełnie inne zastosowanie - używa się jej do odpychania, a nie tylko pochłaniania. Trochę inne działanie niż biała. Himalajska z kolei jest teraz modna, ale tradycja jej specyficznego użycia magicznego jest... powiedzmy, stosunkowo młoda.
Popiół masz jak masz kominkiem albo palisz świece - to jest podstawa. Pieprz czarny jest w każdej kuchni. Sól oczywiście. Żelazo bywa trudniejsze, ale niektóre przepisy go nie wymagają. Więc tak, to jest coś co można złożyć z tego co się ma. Proporcje i intencja są ważniejsze niż dostępność składników.
A co z innymi rzeczami z domu, nie tylko z kuchni? Bo myślę o tym, że np. lustro, stare klucze, nożyczki - to są rzeczy które regularnie pojawiają się w różnych tradycjach. Klucz do otwierania drogi, nożyczki do cięcia więzi... Czy ktoś używa takich przedmiotów?
Oczyszczenie przedmiotów to wątek który rozbija się na kilka metod i tu też nie ma jednej słusznej drogi. Sól sucha, dym, woda - ale każda z tych metod nie jest dobra do wszystkich materiałów. Metal radzi sobie z wodą, kamienie różnie, tkaniny źle znoszą sól mokrą. Więc zanim ktoś weźmie stary klucz babci i zacznie cokolwiek, warto wiedzieć przez co go przeprowadzić.
To co Gabka napisała o pierścionku babci... nigdy tak o tym nie myślałam. Zawsze zakładałam że rodzinne rzeczy to automatycznie coś dobrego, coś z historią, ale masz rację że ta historia może być różna. Mam zegarek po dziadku i teraz się zastanawiam co on ze sobą niesie, bo dziadek miał ciężkie życie.
A jak czyścisz biżuterię, bo wcześniej wspomniałaś o metodach, ale przy biżuterii to jednak trochę inna sprawa niż przy solniczce? Srebro reaguje na sól inaczej niż złoto, a kamienie to już w ogóle trzeba wiedzieć co znosi co.
Bylica to temat rzeka, bo ona jest w wielu polskich tradycjach związana z ochroną i z podróżami - zarówno fizycznymi jak i tymi... innymi. Suszone gałązki przy wejściu to stary zwyczaj, który jeszcze wiele babć pamięta, tylko nie zawsze wiedzą skąd się wziął.
Tych roślin które mają długą historię w Europie Środkowej jest naprawdę sporo i większość ludzi ich nie zna, bo szukają informacji po angielsku i dostaną informacje o sagefront sage z Ameryki Północnej. Dziurawiec, czarny bez, głóg, krwawnik - to są rośliny które były używane w tej szerokości geograficznej od setek lat.
To jest coś co faktycznie pojawia się w wielu tradycjach pod różnymi nazwami - animizm, pakt z rośliną, podziękowanie. W systemach szamańskich to standard, ale też w cunning folk tradition w Anglii było coś takiego jak "speaking to the plant". Czy to kwestia wiary w rośliny jako istoty świadome czy raczej rytuał skupiający operatora - to zależy od podejścia.
Wracając na chwilę do tego co wcześniej ktoś rzucił o lustrze - bo to mnie siedzi w głowie. Lustro pojawia się w praktykach wróżebnych praktycznie na całym świecie, katoptromancja, scrying. Ale jako przedmiot codzienny ma też inne zastosowania - jako bariera, jako puapka, jako odbicie. Czy ktoś pracuje z lustrami w jakiś konkretny sposób?
To co mówisz o podatności podczas snu jest zresztą szerszym wątkiem - wiele tradycji traktuje sen jako moment kiedy granica między tym co zwykłe a tym co inne jest cieńsza. Stąd amulety nad łóżkiem, rośliny przy wezgłowiu, konkretne kierunki ustawienia łóżka. Lustro w tym kontekście jest problematyczne właśnie dlatego że samo w sobie jest przedmiotem granicznym.
Zakrywanie luster podczas żałoby - to jest coś co moja babcia robiła i nigdy nie wiedziałam dlaczego. Mówiła tylko że tak trzeba. Czyli to nie jest jakiś lokalny dziwactwo tylko coś szerszego?
Ale ta metafora mapy i terytorium zakłada że jest jakieś terytorium do odkrycia. Czyli że kamień coś naprawdę robi, niezależnie od obserwatora. A jeśli nie ma terytorium?
Mnie bardziej interesuje ten praktyczny wymiar, bo zgubiłam się trochę w tej filozofii. Mam w kuchni różne zioła, mam kilka kamieni które ktoś mi podarował, mam świeczki. I co z tym właściwie zrobić? Jak to się składa w całość?
Czekaj, rozmaryn na pogrzebach i weselach jednocześnie? To brzmi jak sprzeczność. Jedno i drugie ma związek z przejściem? Narodziny, śmierć, małżeństwo jako zmiana statusu?
Ten wątek roślin przy łóżku to mi przypomina że mamy w tym wątku sporo o kamieniach i lustrach, a trochę mniej o ziołach w codziennym użyciu. A to jest temat sam w sobie - napary, gotowanie, używanie tego co rośnie na parapecie. Czy ktoś z was pracuje z ziołami właśnie w kuchni, nie jako dekoracja?
Zioła w codziennym użyciu to zupełnie inny temat niż zioła jako składnik jednorazowego rytuału. Mam od lat nawyk parzenia naparu z rozmarynu rano - nie jako magiczny gest, po prostu tak. I zastanawiam się teraz czy to rozróżnienie w ogóle ma sens. Czy codzienna praktyka z ziołem jest mniej "poważna" niż zbudowany rytuał, czy może właśnie przez powtarzalność jest głębsza?
To pytanie mnie zatrzymuje, bo sama mam z tym problem. W praktyce zielarska-magicznej te dwie ścieżki się rozjeżdżają - jest ziołolecznictwo, które działa przez substancję, i jest użycie zioła jako znaku czy elementu rytuału. Ale historycznie to nie było tak rozdzielone. Znachorki nie robiły rozróżnienia między nalewką a zaklęciem - jedno szło z drugim. Skąd to współczesne rozdarcie?
Czyli rozmaryn który piję rano ma sens podwójny - i jako zioło, i jako gest? Gabka, a ty świadomie robisz z tego codzienną praktykę, czy to wyszło samo z siebie z biegiem czasu?
Właśnie ten trop z lubczykiem jest ciekawy. Lubczyk ma bardzo konkretną historię użycia w Polsce - był sadzony przy każdym wiejskim domu, kobiety kąpały się w naparze z lubczyku przed ważnymi wydarzeniami, wkładano go do kąpieli dzieci. Nazwa zresztą - lubczyk, od "lubić", nie jest przypadkowa. To zioło było wplecione w codzienność do tego stopnia, że nie dało się go wyciągnąć i powiedzieć "a teraz robimy magię".
Od greckiego thymon - od thyein, czyli "dymić, składać ofiarę przez spalenie". Tymianek był spalany jako kadzidło w starożytnej Grecji w świątyniach, żeby odpędzać złe duchy i przywoływać bogów. Ten sam tymianek, który masz w kuchni do kurczaka. Grecy uważali że jego dym oczyszcza przestrzeń lepiej niż cokolwiek innego.
To co mówisz Gabka to brzmi trochę jak mindfulness w sosie ziołowym, ale nie mówię tego złośliwie. Naprawdę nie wiem gdzie jest granica między uważnym gotowaniem a gotowaniem z intencją magiczną. Może jej nie ma.
