One się nie wykluczają pod warunkiem, że nie zakładamy, że 'przez ciało' znaczy 'tylko w głowie'. Tzn. jeśli miejsce emituje realne bodźce - elektromagnetyczne, akustyczne, chemiczne - i te bodźce wpływają na ciało, to miejsce działa realnie, a nie jako konstrukt. Pytanie jest inne: czy miejsca sakralne mają specyficzne właściwości fizyczne, które odróżniają je od innych? I tu jest coś ciekawego - Paul Devereux badał tak zwane 'earth lights' i stwierdził korelacje między lokalizacją neolitycznych stanowisk a geofizycznymi anomaliami. Metodologia kontrowersyjna, ale pytanie zostaje.
Zengui, to jest coś, co mi bardzo siedzi - że wybór miejsca mógł być wielozmysłowy od początku, a my teraz szukamy jednej zmiennej. Ale wracam do pytania o sygnały fizjologiczne, bo mi to zostało. Czy ktoś z was świadomie obserwuje swoje ciało jako 'detektor' podczas wyboru miejsca do rytuału? Tzn. nie jako interpretację po fakcie, ale jako aktywny proces przed albo w trakcie?
Lechosława, to wcale nie brzmi głupio - to jest klasyczny interoceptywny sygnał. Klatka piersiowa jako wskaźnik jest dość powszechny, bo tam są silne sploty nerwowe, w tym splot sercowy, który reaguje na środowisko wcześniej niż świadoma ocena. Craig pisał o interocepcji jako 'szóstym zmyśle' - że ciało przetwarza informacje środowiskowe poza świadomością i wysyła sygnały właśnie przez takie odczucia. Więc to co opisujesz ma podstawę.
Dokładnie to - kalibracja. I to jest coś, o czym rzadko się mówi wprost w kontekście pracy rytualnej. Większość tradycji zakłada, że doświadczony praktyk po prostu 'czuje' miejsce, ale nikt nie opisuje jak się dochodzi do tego, że ten sygnał jest wiarygodny. Dla mnie zajęło lata zanim rozróżniłam, kiedy sygnał jest mój, a kiedy pochodzi skądś z zewnątrz. I do dziś nie jestem pewna, czy to rozróżnienie jest w ogóle możliwe do zrobienia rzetelnie.
Janeczka, to co piszesz o kalibracji - czy możesz rozwinąć jak to w praktyce wygląda? Bo rozumiem ideę, że trzeba odróżnić sygnał od szumu, ale nie wiem jak się do tego zabrać żeby to nie było tylko kolejna warstwa interpretacji nałożona na własne odczucia.
Janeczka, to podejście bardzo mi bliskie. Ja też prowadziłam notatki, ale chyba zbyt nieregularnie, żeby wyciągnąć z tego cokolwiek. Mam pytanie - czy ty to robiłaś dla konkretnych miejsc, tzn. porównywałaś te same miejsca w różnym czasie, czy raczej porównywałaś różne miejsca ze sobą?
Ale zaraz, to chyba zakłada, że nastrój da się jakoś oddzielić od postrzegania miejsca? Tzn. jeśli jestem zmęczona, to i las może wydawać się przytłaczający, a jak jestem w dobrej formie, to ten sam las może być kojący. Więc jak w ogóle kontrolować tę zmienną?
Właśnie - użyteczny. Ale użyteczny do czego? Bo jeśli ktoś pracuje rytualnie i sygnał pomaga mu się skupić, wejść w odpowiedni stan, to działa jako marker psychologiczny niezależnie od tego, skąd pochodzi. Czy to nie jest wystarczające uzasadnienie?
Astrolożkaa, tu bym dodał jeszcze trzeci wariant, który jakoś ginie w tej dyskusji - że miejsce działa na ciało przez mechanizmy, których jeszcze dobrze nie rozumiemy. Nie 'tylko psychologicznie' i nie 'nadnaturalnie', ale przez coś pomiędzy - np. pola elektromagnetyczne generowane przez konkretną geologię, infradźwięki, skład powietrza. To nie jest spekulacja ezoteryczna, to są realne parametry fizyczne, które różnią się między miejscami i które mają znany wpływ na układ nerwowy.
Zengui, to jest naprawdę interesujące, bo wracamy przez to do pytania z początku dyskusji - czy stare rytualne miejsca były intuicyjnie wybierane właśnie dlatego, że ludzie reagowali na takie bodźce, może nie wiedząc dlaczego. I z tej perspektywy sygnał fizjologiczny, który ktoś czuje w 'dobrym miejscu', mógłby być po prostu reakcją na infradźwięki, jonizację powietrza, mikroklimat.
Henryka, właśnie! Bo jak wchodzę do niektórych kościołów - nie zawsze jako rytuał, czasem zwykle - to mam ten sam sygnał co przy pracy w naturze. I długo myślałam, że to coś subiektywnego, a może to jest akustyka, chłód kamienia, te specyficzne zapachy.
I to by trochę spinało tę całą dyskusję - że 'magia kontekstowa' to może być właśnie ta intuicyjna wiedza o tym, jakie środowisko fizyczne wspiera określony stan wewnętrzny. Niezależnie od tego jak to nazwiemy.
Astrolożkaa, właśnie - i tu wracam do tego, co mówiłam o kalibracji. Jak mam doświadczenie z wieloma miejscami i sygnałem, który stał się dla mnie względnie wiarygodny, to potrafię odróżnić 'to miejsce ma coś' od 'to miejsce ma ładną akustykę'. Nie wiem jak to opisać mechanistycznie, ale dla mnie to są inne jakości. I może właśnie o to chodzi z tą kalibracją - że zaczynasz rozróżniać własne sygnały od siebie nawzajem.
Janeczka, ale właśnie to 'nie wiem jak to opisać' jest chyba najważniejsze w tej dyskusji. Bo jak zaczniemy to opisywać, to automatycznie wchodzimy w jakiś system pojęciowy - albo psychologiczny, albo ezoteryczny - i każdy z nich coś wycina. Mam wrażenie, że ta kalibracja, o której mówisz, działa właśnie dlatego, że jej nie tłumaczysz, tylko stosujesz.
Wtrącę się tutaj, bo ta rozmowa o sygnałach fizjologicznych jako wskaźnikach - to jest temat, który w badaniach nad percepcją środowiskową pojawia się od lat siedemdziesiątych, tylko zupełnie inaczej nazwany. Jest coś takiego jak 'interoception research' i część badaczy, między innymi Barnaby Dunn z Cambridge, patrzyła na to czy ludzie o lepszej interocepcji - czyli świadomości sygnałów z własnego ciała - podejmują lepsze decyzje w warunkach niepewności. Wyniki były niejednoznaczne, ale sam kierunek wydaje mi się trafiony. Janeczka de facto robi to co oni badali - trenuje interocepcję w kontekście przestrzennym.
Słucham tej dyskusji i mam naiwne pytanie - kiedy Janeczka mówi o sygnale, który jest powtarzalny w miejscu, to co to konkretnie jest? Bo przez całą dyskusję zakładam, że wiem o czym mówicie, a może nie wiem.
Konwalka, dobre pytanie i nie naiwne. U mnie to jest połączenie kilku rzeczy - lekkie mrowienie wzdłuż kręgosłupa, zmiana rytmu oddechu, czasem coś co mogę opisać jako zmianę 'gęstości' przestrzeni wokół głowy. Ale - i to jest ważne - przez pierwsze dwa lata notowałam wszystko i okazało się, że mam sygnały, które na początku brałam za jeden, a są różne. To co czuję przy pracy z zamiarem jest inne niż to co czuję wchodząc do miejsca które ma swoją historię. Nauczyłam się je odróżniać, ale to był czas.
O matko, to jest niesamowite co Janeczka opisuje, bo ja też mam coś takiego - to mrowienie na karku - ale nigdy nie pomyślałam żeby to notować i próbować kategoryzować. Zawsze myślałam, że albo coś czuję albo nie. A tu okazuje się, że to jest jakaś skala i rodzaje. Mogę zapytać - jak w ogóle zaczęłaś widzieć te różnice? Bo dla mnie to wszystko wydawało się jednolite.
