Mikolajek61 mówi o ramie narracyjnej i to jest bliskie temu co mnie interesuje w numerologii - tam też masz ramę, masz liczby, masz system interpretacji. Pytanie które mam do niego: czy ta rama musi być 'twoja', żebyś mógł z niej korzystać? Czy możesz wejść w ramę którą ktoś inny zbudował i którą rozumiesz, ale nie podzielasz?
Słuchając tej rozmowy o ramach przypominam sobie coś z pracy z kamieniami - kiedy zaczęłam, robiłam to czysto 'technicznie', bo ktoś mi opisał jak się dobiera kamienie do czakr i po prostu to stosowałam. Nie wierzyłam ani nie nie-wierzyłam. I w pewnym momencie zauważyłam że mam preferencje - że po niektórych kamieniach czuję się inaczej. Dopiero wtedy zaczęłam się zastanawiać co o tym myślę. Może wiara przychodzi po praktyce, nie przed.
To co Dobrochna_J opisała i co Celestyna_B zauważyła zmienia trochę całą ramę tej dyskusji. Ale mam pytanie które mnie niepokoi: co jeśli ktoś robi to latami i żadne 'przesunięcie' nie następuje? Czy to znaczy że robił coś źle, czy że jest po prostu kimś dla kogo ta droga nie działa?
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu bez pisania i jedno pytanie mi zostaje: czy ktokolwiek tutaj zaczął od pełnej wiary i czy to był łatwiejszy start? Słyszę dużo o sceptykach którzy się uczą, ale nie słyszę historii z drugiej strony.
Pytonissa_56 zadała pytanie które wydaje mi się ważne i na które nikt chyba nie odpowiedział wprost. Mam wrażenie że ta dyskusja przez całe te posty mówiła głównie głosem sceptyka zastanawiającego się nad wiarą. A co z tym drugim kierunkiem - z osobą wierzącą która musi nauczyć się techniki? Czy to jest łatwiejsze, trudniejsze, czy po prostu inne? Marcelii zaczął ten wątek od strony sceptyka - ciekawa jestem czy po tej rozmowie nadal tak samo by postawił pytanie.
Kaplanka poruszyła coś co mnie też zatrzymało - ta asymetria w dyskusji. Przez tyle postów mówimy o sceptykach uczących się, o tym czy wiara jest potrzebna, ale faktycznie nikt nie opisał jak to wygląda od drugiej strony. I teraz się zastanawiam - bo znam osoby które weszły w praktyki przez rodzinę, przez tradycję, bez żadnego momentu wyboru - i one często mają zupełnie inne problemy z tarotem niż ktoś kto przyszedł z zewnątrz. Nie 'czy to działa', tylko 'dlaczego akurat tak' albo 'co zrobić gdy system w którym dorastałem mówi mi coś innego niż to co sam czuję w czasie odczytu'.
Benedyk66 - właśnie to chciałam powiedzieć, ale nie umiałam tego tak ubrać. Osoba która wchodzi z wiarą odziedziczoną ma chyba inne trudności niż osoba która buduje od zera. I teraz pytanie - która z tych dróg prowadzi do głębszego rozumienia? Czy ktoś kto musiał sobie wszystko poukładać sam wychodzi z mocniejszą podstawą, czy raczej bez tradycji kręci się w kółko bez zakotwiczenia?
Słucham tego i myślę że wchodzimy w coś ciekawego, ale czy to nie oddala nas od głównego pytania Marcelii? On pytał czy można się uczyć magii bez wiary. A my teraz rozmawiamy o tym skąd ta wiara pochodzi. To są powiązane kwestie, ale nie tożsame. Bo ktoś kto wchodzi z wiarą odziedziczoną też może nie rozumieć co robi - tylko z innego powodu.
Krokusik - ale co to jest to 'coś co pojawia się w trakcie'? Bo to zdanie jest ładne ale trochę zawieszone w powietrzu. Sama nie wiem jak bym to nazwała we własnym przypadku. Może uważność? Może to że zaczynam zadawać inne pytania niż na początku? Nie wiem czy to jest specyficzne dla magii czy po prostu dla każdej głębszej praktyki.
Czytam to i mam pytanie może trochę z boku - mówicie o 'głębszym rozumieniu' i 'zmianie pytań', ale skąd wiecie że to co czujecie po latach praktyki to jest faktycznie głębsze rozumienie, a nie po prostu przyzwyczajenie do systemu? Uczysz się numerologii rok i zaczynam 'rozumieć' - ale może po prostu mój mózg nauczył się interpretować liczby w określony sposób i to nie jest rozumienie tylko trening?
Wahadlarz dotknął tutaj czegoś co filozofowie nauki opisują jako problem underdetermination - obserwacje nie rozstrzygają między konkurencyjnymi interpretacjami. Ale chcę zwrócić uwagę że ten sam zarzut można postawić wobec każdej praktyki interpretacyjnej. Terapeuta po latach 'głębiej rozumie' pacjenta czy po prostu lepiej dopasowuje narracje? Sędzia po 30 latach 'głębiej rozumie' prawo czy po prostu szybciej klasyfikuje? To nie jest kontrargument dla magii, to jest problem ogólny z rozumieniem jako takim.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że odpowiedź na pytanie Marcelii jest gdzieś tutaj, ale nie jest powiedziana wprost. Bo wszyscy opisujecie coś co brzmi jak: 'zaczynasz bez wiary, po drodze coś się dzieje, nie wiadomo co, ale coś'. I to jest albo bardzo uczciwa odpowiedź, albo bardzo wymijająca.
Pytonissa_56 - masz rację i cieszę się że to powiedziałaś, bo sam to czuję w tej dyskusji. Z jednej strony to jest uczciwe bo nikt tu nie obiecuje prostych odpowiedzi. Z drugiej - sam wróciłem do pytania które zadałem na początku i teraz brzmią mi inaczej. Nie pytam już 'czy można się uczyć bez wiary' tylko raczej 'po co właściwie ta wiara miałaby być potrzebna'. I odpowiedź którą tu słyszę jest taka że może nie jest potrzebna do startu, ale może pojawia się jako skutek uboczny praktyki. Albo nie pojawia się. I to też jest okej.
Marcelii - ale poczekaj, bo to 'albo nie pojawia się i to też jest okej' - czy naprawdę tak myślisz? Bo jeśli ktoś praktykuje lata i nic się nie przesuwa, to czy ta praktyka ma sens? Nie mówię że nie, naprawdę pytam. Bo Jasnowidz59 wcześniej sugerował że może są kategorie pośrednie. Ale może brak przesunięcia to też jest informacja o tym że coś nie gra?
Runomiraa zadała pytanie które mnie szczerze zastanawia, bo sam nie wiem na nie odpowiedzi. Czy jest jakiś minimalny czas po którym można uczciwie ocenić? Myślę że nie - bo znam osoby które po miesiącu czuły coś i osoby które po roku nic nie czuły, a potem coś się zmieniło nagle. I odwrotnie. To nie jest linearne.
Ta rozmowa bardzo mi dużo dała, dziękuję wszystkim za tę wymianę. Ale jedno pytanie mi zostaje i może głupie - czy my tutaj rozmawiamy o magii jako o praktyce do wywoływania skutków, czy jako o praktyce do zmieniania siebie? Bo te dwa pytania mają zupełnie inne odpowiedzi na temat roli wiary.
Krokusik postawiła to bardzo precyzyjnie i myślę że to pytanie Jasnowidza59 jest kluczem do całej tej rozmowy. Bo rzeczywiście - jeśli ktoś przychodzi do magii z nastawieniem 'chcę żeby X się wydarzyło w świecie zewnętrznym', to sceptycyzm jest ogromnym problemem. Nie dlatego że wiara ma moc sprawczą w sensie metafizycznym, ale dlatego że rytuał bez intencji to po prostu teatr. A intencja wymaga jakiegoś stopnia zaangażowania, które trudno utrzymać gdy jednocześnie myślisz 'to pewnie nic nie znaczy'. Ale jeśli ktoś używa tarota albo rytuału jako systemu symbolicznego do pracy z własną psychiką - tu sceptycyzm nie tylko nie przeszkadza, ale może być pomocny. Bo nie dajesz się wciągnąć w myślenie magiczne, które potrafi być dość... lepkie.
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie może naiwne - mówicie o tarota jako systemie symbolicznym do pracy z psychiką. Ale w takim razie czym tarot różni się od zwykłej psychoterapii albo prowadzenia dziennika? Jeśli efekt jest czysto wewnętrzny i psychologiczny, to czemu akurat karty, a nie coś innego?
Przy okazji tego co Krokusik mówi o strukturze - mnie zawsze zastanawiało dlaczego akurat tarot tak dobrze łączy się z rytuałem. Bo można czytać karty bez żadnego rytuału, po prostu tasować i rozłożyć. Ale większość osób które czytam i znam jakiś minimalny rytuał ma - zapalenie świecy, intencja, chwila ciszy. I zastanawiam się czy ten rytuał to tylko dekoracja, czy faktycznie zmienia jakość odczytu.
Dobrochna_J - to co mówisz brzmi dla mnie bardzo sensownie i chyba najbliżej opisuje to co sam próbuję robić. Ale mam jedno 'ale'. Jeśli rytuał to tylko praktyka skupienia, to czy nie traci czegoś co sprawia że jest rytuałem a nie tylko medytacją? Pytam serio, bo nie wiem gdzie leży ta granica.
Wchodzę bo mam wrażenie że to pytanie Marcelii to jest właściwie pytanie o definicję. Co sprawia że coś jest rytuałem, a co jest po prostu rutyną? Bo jeśli każdego ranka robię tę samą kawę w ciszy i to jest dla mnie moment żeby zebrać myśli - to jest rytuał? Czy nie jest bo nie ma intencji magicznej? I czy ta intencja jest elementem niezbędnym czy opcjonalnym?
Ale właśnie - ta warstwa 'wpływu na coś poza samym sobą' to jest chyba kluczowy podział. Bo jeśli wycinam tę warstwę, to mam medytację z dekoracjami. Co nie jest złe, ale to nie jest magia w żadnym sensie który znałam zanim zaczęłam się tym interesować. I tu mam pytanie do Marcelii - on pytał czy można się uczyć magii bez wiary. Ale jakiej magii? Bo jeśli chodzi o tę wersję bez warstwy zewnętrznej - to można. Jeśli o tę z tą warstwą - to nie jestem pewna czy sceptyk nie jest po prostu w złym miejscu.
ale właśnie to 'zobaczyć czy coś się zmienia' - to już jest forma hipotezy do sprawdzenia, nie wiary. I zastanawiam się czy sceptyczne podejście 'sprawdzam' jest w ogóle gorsze od wiary jako punktu wyjścia. Może jest nawet bardziej uczciwe, bo nie zakłada z góry że wiesz co znajdziesz.
Słucham tej rozmowy i mam takie wrażenie że wszyscy mówicie o tarota jako o czymś do pracy wewnętrznej, ale nikt jeszcze nie powiedział wprost - a co z rytuałami które mają konkretny zewnętrzny cel? Nie mówię o rytuałach miłosnych, chodzi mi o coś bardziej ogólnie - rytuały ochronne, rytuały intencji, cokolwiek gdzie chcesz żeby coś się zmieniło w zewnętrznym świecie. Tu sceptyk może się uczyć techniki, ale czy bez wiary to ma jakikolwiek sens?
Zenek i Runomiraa dotknęły czegoś co w tradycjach thelematycznych jest dość centralnym pojęciem - 'True Will' jako coś odrębnego od zwykłego chcenia. Ale nie chcę wchodzić za głęboko w Crowleya bo to osobny temat. Chcę tylko powiedzieć że w kilku tradycjach magicznych wiara nie jest punktem wyjścia tylko punktem dojścia - zaczynasz od techniki, ćwiczysz wolę i skupienie, i 'wiara' - jeśli się pojawia - jest skutkiem a nie warunkiem. Więc może Marcelii jest na bardziej tradycyjnej ścieżce niż mu się wydaje.
Krokusik zadała pytanie na które mam bardzo subiektywną odpowiedź - nie, nie każdy dochodzi do wiary. I myślę że to jest okej. Bo może są osoby dla których te praktyki pozostają na zawsze systemem symbolicznym i to wystarcza. A może są osoby dla których nigdy nic się nie 'odpala' i po prostu ta droga nie jest ich drogą. Problem jest wtedy gdy ktoś ocenia swoje doświadczenie przez cudze standardy i myśli że coś z nim nie tak bo nie doszedł tam gdzie doszli inni.
Mikolajek61 powiedział coś ważnego - że nie każdy dochodzi do wiary i to jest okej. Ale mam pytanie które mnie od dłuższego czasu gryzie: czy wiara w tym kontekście to jest jedno? Bo wydaje mi się że wiara w to że rytuał zmienia twój stan wewnętrzny, to jest coś innego niż wiara w to że rytuał wpływa na zewnętrzne zdarzenia. I można mieć pierwszą bez drugiej. Czy to nadal jest 'wiara' w sensie o którym rozmawiamy?
