Wchodzę tu z konkretnym przykładem żeby to trochę uziemić. W tradycji Aurum Solis - bo to jest system który znam dość dobrze - jest rozróżnienie między magią ceremonialną a tym co nazywają 'trybem świadomości magicznej'. I tam wprost mówią że dla wielu praktykujących wiara przychodzi jako efekt zmiany percepcji, nie jako warunek wstępny. Nie jest to zresztą wyjątkowe podejście, podobne założenia są w Wicca Gardneriana. Ciekawe że prawie wszystkie tradycje ceremonialne które znam mają jakiś odpowiednik tego przekonania.
To co Benedyk66 mówi o trybie świadomości magicznej - mam pytanie do tego. Jak to wygląda od środka? Znaczy jak rozpoznać że ta zmiana percepcji zachodzi, a nie że po prostu się człowiek przyzwyczaił do rytualnego otoczenia i zaczął reagować na nie jak na sygnał do relaksu?
To pytanie Jasnowidza jest trochę moje własne pytanie z początku tego wątku postawione inaczej. Jak odróżnić że coś działa od tego że tylko myślę że działa. I zastanawiam się czy to pytanie w ogóle ma odpowiedź którą można udzielić komuś z zewnątrz, czy to jest coś co każdy musi sam jakoś rozstrzygnąć dla siebie.
Śledzę tę dyskusję i to co Runomiraa mówi brzmi dla mnie jak argument za tym że magia to nie jest wiedza lecz coś bliżej systemu wartości albo światopoglądu. Bo dokładnie ta sama struktura dotyczy na przykład przekonań religijnych - też nie mają warunku falsyfikacji. I ludzie nie traktują tego jako wady, raczej jako cechę kategorii.
Kaplanka ma rację że część tradycji kładzie nacisk na wyniki ale to też jest trochę naciągane. Bo 'wyniki' w magii ceremonialnej to często zmiany wewnętrzne, sny, synchroniczności - rzeczy które są bardzo łatwe do interpretowania po fakcie. Nie wiem czy to jest empiryzm czy tylko jego język.
Myślę że to co Krokusik mówi to jest właściwie clue tej całej rozmowy. I jednocześnie wraca nas do pytania z tytułu - czy można uczyć się magii bez wiary. Jeśli efekt jest psychologiczny i realny, to odpowiedź brzmi: tak, można. Bo nie potrzebujesz wierzyć w nadnaturalny mechanizm żeby skorzystać z mechanizmu psychologicznego. Ale wtedy uczysz się czegoś innego niż osoba która wierzy w zewnętrzne działanie.
Pytonissa_56 - i to jest właściwie odpowiedź na moje pierwotne pytanie, tylko że otwiera nowe. Czy to co uczę się bez wiary ma tę samą nazwę co to czego uczy się ktoś z wiarą? Czy to nadal jest magia? Nie pytam złośliwie, naprawdę nie wiem jak to nazwać.
To pytanie o nazwę to jest ważne. Bo jeśli powiem że magia bez wiary w zewnętrzne działanie to już nie jest magia, to trochę zamykam drzwi przed sceptykami. A jeśli powiem że to nadal magia, to może rozmywam pojęcie do tego stopnia że przestaje cokolwiek znaczyć. Czy jest jakaś trzecia opcja?
To pytanie Runomiraas jest właściwie pytaniem o to gdzie kończy się psychologia a zaczyna magia. I nie wiem czy jest odpowiedź. Aurum Solis na przykład celowo nie rozstrzyga tego pytania - tam mówi się że oba poziomy opisu mogą być prawdziwe jednocześnie. Ale rozumiem że dla kogoś z zewnątrz to brzmi jak unikanie odpowiedzi.
Słucham tej rozmowy o autohipnozie i wracam do pytania Marcelego z tytułu, bo mam wrażenie że trochę za bardzo skupiliśmy się na tym co magia robi, a za mało na tym czego wymaga. Czy ktoś praktykuje tarot bez żadnego elementu wiary? Naprawdę bez? Bo ja próbowałam podejść do kart czysto analitycznie i coś mi umykało, ale nie wiem jak to nazwać.
Ta 'miękkość poznawcza' którą Krokusik opisuje - to jest moim zdaniem coś bardzo konkretnego. W medytacji nazywa się to beginner's mind, umysł początkującego, który nie nakłada z góry gotowych ram. I da się to trenować bez żadnej wiary w cokolwiek zewnętrznego. Pytanie czy tarot czytany z takim nastawieniem to nadal wróżenie czy coś bliższego projekcji psychologicznej.
Mikolajek61 ma rację, to jest moje pytanie. Tylko że im dłużej czytam tę rozmowę, tym bardziej myślę że moje pytanie było źle sformułowane. Pytałem o wiarę jakby to był jednolity warunek wejścia. A tutaj wychodzi że jest kilka różnych rzeczy które mogą się kryć pod tym słowem i nie wszystkie są wymagane jednocześnie.
Marceli to powiedział lepiej niż ja bym umiała. I myślę że to jest miejsce gdzie warto na chwilę stanąć. Bo jeśli wierzę że karta coś mi powie - to jest jeden rodzaj wiary. Jeśli wierzę że rytuał zmienia coś poza mną - to drugi. A jeśli wierzę że moja intencja ma znaczenie - to już trzeci. I te trzy rzeczy można mieć niezależnie.
Runomiraa pyta czy psychologia wyklucza magię i mam wrażenie że to zależy od definicji magii z którą ktoś pracuje. Jeśli magia to wyłącznie wpływ na świat zewnętrzny przez środki nadnaturalne - to tak, psychologia ją wyklucza albo przynajmniej zastępuje. Jeśli magia to praktyka zmiany percepcji i działania - to nie ma konfliktu.
I właśnie przy tym wróciłabym do tarota, bo to jest chyba najlepszy przykład tej struktury symbolicznej w działaniu. Kiedy czytam kartę, nie siedzę w ciszy i nie obserwuję oddechu. Wchodzę w bardzo konkretny system skojarzeń, archetypów, sekwencji. I coś się przez to uruchamia co jest inne niż zwykłe myślenie. Czy to wymaga wiary? Nie wiem. Ale wymaga zaangażowania z tym symbolem, a nie tylko jego analizy.
To co opisałam wcześniej z tym pytaniem w kontekście karty - właśnie sformułowałam to dla siebie lepiej. To jest jakby zmiana kierunku uwagi. Zamiast patrzeć na symbol i szukać jego znaczenia w głowie, patrzysz na symbol i pytasz siebie. I wtedy karta przestaje być czymś do zdekodowania, a staje się czymś w rodzaju lustra z pytaniem. Nie wiem czy to jest wiara. Nie wiem nawet czy to jest magia. Ale to jest na pewno coś innego niż czytanie podręcznika.
To paradoks znany z zen, ten opis Runomirayi. Effortless effort, wu wei w taoizmie - idea jest taka że nadmierne napięcie woli blokuje właśnie to co chcesz osiągnąć. Problem w tym że ludzie słyszą 'nie starać się' i rozumieją 'nie robić nic', a to nie o to chodzi. Chodzi o zaangażowanie bez kurczowego trzymania się wyniku.
Zenek dobrze to stawia, ale warto dodać że w tradycjach rytualnych ten problem był rozwiązywany strukturalnie, nie przez zalecenie żeby 'się nie starać'. Rytuał właśnie dlatego ma stałą formę - powtarzalne gesty, słowa, sekwencje - żeby uwolnić uwagę od techniki i skierować ją gdzie indziej. Kiedy nie musisz myśleć co teraz zrobić, możesz myśleć o czymś innym. Albo w ogóle przestać myśleć w tym sensie.
Kaplanka zadaje dokładnie moje pytanie inaczej. Protokół zwalniający zasoby poznawcze - to by tłumaczyło dlaczego struktura rytuału może działać bez wiary w jej magiczne działanie. Chodzi o to co dzieje się w głowie kiedy ciało jest zajęte powtarzalną czynnością. Czy ktoś próbował podejść do tarota właśnie tak - karta jako protokół a nie wyrocznię?
Marceli, ja chyba tak właśnie zaczynałam, tylko nie miałam na to słów. Traktowałam układy kart jako sekwencję do wykonania, a interpretację jako zadanie analityczne. I to działało jako ćwiczenie, ale było dość jałowe. Zmiana przyszła nie wtedy kiedy zmieniłam przekonania tylko kiedy zmieniłam pytanie. Zamiast 'co ta karta mówi' zaczęłam pytać 'na co ta karta mi wskazuje w tej konkretnej sytuacji'. To drobne przesunięcie zmieniło całe doświadczenie.
Mam wątpliwość do tego co Celestyna mówi. Jeśli zmiana sposobu pytania wystarczy, to gdzie jest granica między tarotem a zwykłą rozmową z samym sobą? Mogę zadać sobie pytanie 'na co ta sytuacja mi wskazuje' bez żadnej karty. Co karta wnosi ponad to?
Okej, ale to co Benedyk opisuje - amplifikacja przez symbol - brzmi dla mnie jak coś co działałoby tak samo z dowolnym zestawem losowych obrazków. Dlaczego akurat talia ze specyficzną symboliką, a nie na przykład losowe fotografie z internetu?
Wiedunia dotknęła czegoś ważnego. Te tradycje nie muszą być znane intelektualnie żeby działać na poziomie skojarzeniowym. Symbolika Wieży i upadku jest archetypowa w sensie Jungowskim - nie trzeba znać Kabały żeby intuicyjnie poczuć że coś tu chodzi o katastrofę i nagłą zmianę. Kontekst historyczny pogłębia, ale nie jest warunkiem. I to akurat jest dobra wiadomość dla Marcelego.
To jest naprawdę dużo do przetworzenia. Ale właśnie przy tym co Zenek mówi - że kontekst pogłębia ale nie jest warunkiem - wróciłem do pytania z tytułu. Może wiary też nie trzeba jako warunku. Może jest coś w rodzaju minimum operacyjnego, jakiś poziom otwarcia czy miękkości poznawczej jak to Krokusik wcześniej nazywała, który pozwala zacząć. I wiara może przyjść albo nie, ale to nie ona otwiera drzwi. Albo nie tylko ona.
To 'minimum operacyjne' które Marceli wymienił to chyba najlepsze sformułowanie w tym wątku jak dotąd. Bo nie mówi o wierze jako takiej, mówi o jakimś progu gotowości. Zastanawiam się tylko czy ten próg jest taki sam dla tarota i dla rytuału, bo mi się wydaje że jednak nie.
To co Krokusik opisuje - że efekt był rozłożony w czasie i subtelny - to mi pasuje do pewnego modelu który gdzieś czytałam, chyba u Greer, że rytuał działa raczej przez zmianę sposobu w jaki zauważasz rzeczy niż przez zmianę samych rzeczy. Nie wiem czy to jest 'magia' w sensie który większość by uznała, ale jest funkcjonalnie inne od nierobienia niczego.
Zatrzymuję się przy tym 'to jest medytacja, nie magia' bo wydaje mi się że to jest właśnie miejsce gdzie rozchodzą się drogi. Historycznie granica między magią ceremonialną a praktykami medytacyjnymi była bardzo płynna. Agrippa, Bruno, John Dee - to byli ludzie którzy nie rozdzielali tych kategorii. Problem z tą granicą jest nasz, nie ich.
