To co Sewer76 mówi jest ważne, ale chcę dodać jedno zastrzeżenie. Ta 'standardowa ścieżka' bywa myląca, bo ludzie często wpychają swoje doświadczenie do pierwszej pasującej szuflady, nie dlatego że ona dobrze opisuje co się stało, tylko dlatego że jest dostępna. I potem się dziwią że coś nie gra.
Martusia, to mnie uderza. Bo ja właśnie myślałem że 'nie potrzebuję słowa' to jest jakieś wyjście z pętli. A ty mówisz że to rozwidlenie. Czyli co - powinienem jednak zdecydować? Albo poszukać innego języka zamiast żadnego?
Może warto rozróżnić dwie rzeczy: nazwanie doświadczenia a przypisanie go do tradycji. Można powiedzieć 'coś się zmienia kiedy robię ten oddech' bez mówienia czy to jest magia, pranajama, efekt placebo czy cokolwiek innego. I to jest opis, nie szufladkowanie. Tradycja przychodzi potem, jeśli w ogóle.
Ja mam inne pytanie do Leopolda. Czy te tradycje, które wymieniałeś wcześniej - therawada, tantry - one same nie zaczęły od czegoś co ktoś zauważył i próbował opisać? Może ten opis bez etykietki to jest właśnie to pierwsze stadium?
No właśnie i to jest chyba kluczowe - kontekst wspólnotowy. Rytuał działa inaczej kiedy jest jeden człowiek niż kiedy jest grupa. I oddech też chyba działa inaczej. Ale nie wiem czy Vormik kiedykolwiek robił coś takiego w grupie, czy to zawsze było solo?
Zawsze solo. Aplikacja, ciemno, słuchawki. I właściwie nie przyszło mi do głowy że to może mieć znaczenie. Czy naprawdę ma? Bo z jednej strony rozumiem że rytuał w grupie to coś innego, ale oddech to chyba oddech niezależnie kto obok siedzi?
Oddech to oddech, ale nastawienie już nie. W grupie wchodzisz w jakiś wspólny rytm, jest ktoś kto prowadzi, jest kontener - to brzmi może patetycznie, ale chodzi o to że masz ramy zewnętrzne. Solo to ty sam musisz te ramy tworzyć i utrzymywać. To jest trudniejsze i daje inny efekt, nie gorszy, ale inny.
Słuchajcie, a czy ta cała rozmowa nie jest trochę taka jak to co opisuje Martusia? Znaczy - rozmawiamy razem i coś się przez to klaruje, czego sami byśmy nie doszli. To może jest właśnie ta funkcja wspólnoty, tylko że tekstowa i anonimowa.
I to nas chyba sprowadza z powrotem do pytania które Vormik zaczął. Czy sama świadoma praca - nieważne czy oddechem, czy słowem, czy rytmem - wystarczy żeby to miało sens? Bo wydaje mi się że przez te kilkanaście postów wszyscy doszliśmy do czegoś, i żaden z nas nie ustalił czy to jest magia.
To co Sewer76 napisał na końcu poprzedniego posta - że doszliśmy do czegoś i żaden z nas nie wie do czego - to jest chyba najuczciwszy opis tej rozmowy. I mnie to trochę uspokaja, bo przez chwilę miałem wrażenie że powinienem wyjść z tego wątku z jakimś wnioskiem. A może nie powinienem?
Pytanie czy wniosek jest w ogóle celem tego rodzaju rozmowy. W tradycjach które kojarzę z praktyczną pracą z oddechem - nie mówię tu o żadnej jednej - często podkreślano że samo siedzenie z pytaniem ma wartość. Że pytanie które nie szuka odpowiedzi jest już jakimś stanem. Nie wiem czy to coś daje Vormikowi, ale rzucam.
Właśnie to mnie zastanawia w tym wątku od dłuższego czasu. Wszyscy rozmawiamy o oddechu, ale czy ktoś tu - poza Vormikiem - faktycznie robi coś regularnie? Bo mam wrażenie że rozmawiamy trochę teoretycznie o czymś co jest bardzo konkretne w praktyce.
No i tu jest pies pogrzebany. Bo jeśli nie ma zewnętrznego miernika, to czy to w ogóle ma sens rozmawiać o skuteczności? Może lepiej pytać o coś innego - nie 'czy działa' tylko 'co się zmienia'. To są różne pytania.
Alembik, to mi daje do myślenia. Bo ja też cały czas pytam 'czy to działa' i może to jest złe pytanie. Kiedy robię ten oddech i potem przez pół dnia jestem spokojniejszy - czy to 'działa'? Albo czy to jest tylko regeneracja przez chwilę ciszy? Nie wiem jak je rozróżnić.
Szczerze? Ja przestałem próbować rozróżniać. Mam kolegę który ćwiczy wf regularnie i mówi że po treningu jest spokojniejszy. Nikt nie pyta go czy to 'działa ezoteryczne'. A kiedy ktoś robi oddech i mówi to samo, nagle trzeba to uzasadnić. Nie rozumiem tej asymetrii.
To jest kwestia ramy, nie samej praktyki. Ten sam oddech wykonany z nastawieniem 'relaksuję ciało' i z nastawieniem 'pracuję z energią' - fizjologicznie identyczny. Ale doświadczenie może być inne, bo uwaga jest skierowana inaczej. I to nie jest placebo w pejoratywnym sensie, to jest po prostu jak działa ludzkie poznanie.
Myślę że Leopold nie mówi że to proste, tylko że to możliwe. Jest różnica. Zmiana ramy to nie jest żadna sztuczka, to jest praca. Znam osoby które przez lata robiły techniki oddechowe jako 'ćwiczenie' i nic szczególnego, a potem coś się przestawiło i zaczęły to traktować inaczej - i coś się zmieniło. Nie twierdzę że wiemy dlaczego.
Ale Martusia - to 'coś się zmieniło' u tych osób - to była zmiana w samopoczuciu? W przekonaniach? W tym co zaczęły zauważać? Bo to są chyba różne rzeczy i nie chcę tego wrzucać do jednego worka.
Ta sieć to jest ciekawy obraz. Bo ja też mam wrażenie że kiedy zaczynam ten oddech, to nie chodzi tylko o oddech. Coś się ustawia - tempo myślenia, co zauważam przez kolejne godziny, jak reaguję jak ktoś mnie zdenerwuje. I nie wiem czy to jest 'magia' czy po prostu efekt dobrego snu, ale chyba przestaje mnie to obchodzić.
Vormik właśnie powiedział coś ważnego i mam wrażenie że to jest odpowiedź na pytanie z tytułu wątku. Nie 'czy można pracować bez pełnej wiary' tylko 'w którym momencie przestaje być ważne jak to nazywamy'. Może właśnie tam jest granica między ćwiczeniem a rytuałem - nie w technice, tylko w tym że przestajesz pytać.
Może po tym co robisz z tym stanem dalej? Jeśli 'przestajesz pytać' i po prostu żyjesz spokojniej i jaśniej - to jedno. A jeśli 'przestajesz pytać' i zaczynasz wierzyć w coraz dziwniejsze rzeczy bez żadnego sprawdzania - to drugie. Vormik jak to u ciebie wygląda, bo ty to zacząłeś?
Sewer76, u mnie to chyba wygląda tak że przestałem pytać i... nic szczególnie dziwnego się nie zaczęło dziać. Nie wierzę w coraz to nowe rzeczy, nie szukam kolejnych technik. Po prostu robię to co robię i zauważam efekty albo nie. Ale też nie wiem czy to jest odpowiedź na twoje pytanie, bo może jestem za krótko żeby powiedzieć coś pewnego.
Właśnie to jest chyba najuczciwsza odpowiedź jaką można dać. Że nie wiem, bo za krótko. Mi zajęło sporo czasu żeby przestać oceniać każdą sesję osobno i zacząć patrzeć na dłuższe odcinki. Tydzień, miesiąc. I wtedy zaczyna być coś widać - albo nie.
Ja mam takie własne głupie kryterium - czy wracam do tego z własnej woli czy nie. Jak coś przestaję robić bo zapominam albo odkładam bez żalu, to znaczy że to nie było dla mnie. Jak wracam, to znaczy że coś jest. Nie wiem co dokładnie, ale jest. Może to nie jest żaden pomiar, ale mi to wystarczy.
To jest stary problem w antropologii religii. Victor Turner pisał o tym że rytuał działa właśnie przez powtórzenie i strukturę, nie przez jednorazowe 'działanie'. Przestrzeń liminalna, do której wchodzisz robiąc ten sam gest w tym samym czasie, sama w sobie coś robi z psychiką. To nie jest metafora, to jest mechanizm.
Martusia, to mnie zatrzymało. Bo jeśli struktura wystarczy, to co robi wiara? Czy ona w ogóle jest potrzebna? Czy to jest tylko jakiś nadbudowany element, który niektórzy mają a inni nie?
Może wiara nie jest warunkiem wejścia, tylko czymś co pojawia się albo nie pojawia po drodze? Tzn. zaczynasz od struktury, robisz, i albo z czasem coś zaczynasz czuć jako 'prawdziwe' albo nie. I to drugie wcale nie musi znaczyć że to nie działa.
