Zgadzam się z Hilkiem w kwestii tej dychotomii, ale chcę dodać coś od siebie. To rozróżnienie ma sens na poziomie diagnostycznym - jeśli coś 'zostaje', warto wiedzieć gdzie szukać. Jeśli to uwaga, to zamknięcie uwagi wystarczy. Jeśli to coś w przestrzeni - to praca z przestrzenią. Problem jest kiedy te dwie rzeczy nakładają się i nie wiadomo od czego zacząć. Strzaska, to zamknięcie domowe które zrobiłaś wieczorem - skierowałaś je na siebie czy na tamto miejsce?
Wchodzę z boku bo ten wątek o niedokończeniu mnie bardzo interesuje. Mam pytanie do Cykoria i do Strzaski - czy wy rozróżniacie zamknięcie intencji od zamknięcia obecności w miejscu? Bo mam wrażenie że to mogą być dwie różne rzeczy, które wymagają różnych działań.
Cykoria, to rozróżnienie jest dla mnie nowe i muszę je przetrawić. Ale mam od razu praktyczne pytanie: jak rozpoznajesz który z tych problemów masz? Bo z zewnątrz - i chyba też od środka - poczucie 'czegoś niedokończonego' brzmi tak samo, niezależnie od warstwy.
Muszę się tu wtrącić bo to co Cykoria opisuje - lokalizacja w ciele jako diagnostyka - to jest coś co stosuję od dawna, ale nigdy nie miałam na to tak jasnych słów. U mnie to działa podobnie. I właśnie dlatego uważam, że praca w terenie bez jakiegoś minimalnego bodyscan po zakończeniu to trochę strzelanie w ciemno.
Wróćmy do tego co Hilek napisał, bo to ważna obserwacja. Ten test z głośnym telefonem - to coś co mnie skłoniło do przemyślenia mojego własnego podejścia. Przez długi czas myślałem, że jakość pracy zależy od jakości warunków. Ale teraz zaczynam się zastanawiać czy to nie jest odwrotnie - może właśnie praca w terenie uczy czegoś, czego nie da się wyćwiczyć w kontrolowanym środowisku. Czy ktoś ma doświadczenie, gdzie przerwa zewnętrzna paradoksalnie poprawiła wynik?
To co Mistique opisuje - planowana pauza z powrotem - to mi daje do myślenia o tym moim niedokończeniu w parku. Może problem nie był w tym, że przerwałam, tylko w tym, że nie miałam żadnej struktury powrotu. Gdybym miała zaplanowane 'wychodzę, ale wróce do tego za minutę' to może by się zamknęło inaczej. Chociaż w tamtej sytuacji to było niemożliwe technicznie.
Wchodzę w to co Idalka pyta, bo to jest dla mnie jeden z bardziej otwartych pytań w tej dyskusji. Ciągłość intencji kontra ciągłość miejsca - różne tradycje odpowiadają na to różnie i nie ma tutaj jednej poprawnej odpowiedzi. W praktyce z przedmiotami zauważyłam, że przedmiot może działać jak most między miejscami - niesiesz go i niesiesz też ten kontekst. Ale co jeśli pracujesz bez przedmiotu? Wtedy ciągłość musi być bardziej mentalna i to jest trudniejsze do utrzymania.
Cykoria mówi coś ważnego o intencjonalnym przypisaniu, ale chcę to trochę podważyć. Czy to nie jest tak, że jeśli musisz najpierw 'aktywować' przedmiot jako most, to dodajesz kolejny krok do i tak już złożonej pracy w terenie? W warunkach publicznych każdy dodatkowy krok to ryzyko. Może prostota - brak przedmiotu, sama intencja - jest w terenie bardziej praktyczna mimo swojej trudności?
Koperek trafia w coś co sam doświadczyłem. Miałem raz klucz w kieszeni - dosłownie klucz, nic specjalnie przygotowanego - i trzymałem go podczas pracy w metrze. Skupiało. Potem zastanawiałem się czy to był efekt przedmiotu czy po prostu efekt czegokolwiek co daje rękom zajęcie. I szczerze nie wiem odpowiedzi.
Tymek dotknął czegoś co w sumie zmienia trochę tę dyskusję. Jeśli efekt skupienia daje zwykły klucz tak samo jak naładowany kamień - to co to mówi o mechanizmie? Albo wszystko jest w pewnym sensie neutralnym zaproszeniem dla uwagi, albo klucz też mógł przejąć intencję bez żadnego przygotowania. Obie opcje są dla mnie równie nieoczywiste.
Klucz jako punkt skupienia to nie jest taka abstrakcja jak się wydaje. Czytałam gdzieś o praktykach japonskich, gdzie przedmiot codziennego użytku może przejąć funkcję sakralną przez sam akt skupionej uwagi, nie przez żaden rytuał wstępny. Nie pamiętam gdzie dokładnie, więc nie cytuj mnie z powołaniem na źródło, ale ta koncepcja gdzieś we mnie siedzi.
Adelajda otwiera coś co chciałabym rozwinąć - relacja z miejscem jako źródło głębokości. Mam takie jedno miejsce w mieście, park, przy którym zatrzymuję się regularnie, i coś się w tym buduje. Nie 'ładuję' tego miejsca, ale ono ma dla mnie jakiś skumulowany kontekst. Czy to jest ta głębokość o której mówisz?
To pytanie o to czy miejsce zaczyna pracować za ciebie - mam na nie jakąś odpowiedź, ale nie jestem pewna czy jest trafna. U mnie jest tak, że pewne miejsca mają coś w rodzaju niższego progu wejścia. Nie muszę się tyle skupiać żeby zacząć, bo ciało jakby pamięta. Ale nie wiem czy to jest coś w miejscu, czy we mnie. Nie umiem tego rozdzielić.
To jest jedno z tych pytań gdzie możemy sobie filozofować w kółko bez żadnego wniosku. Bo jak chcesz w ogóle przetestować czy to miejsce, czy ty? Każda próba testu to znowu ty w tym miejscu.
Wracając do pytania Willowej o próg wejścia - to jest dla mnie jeden z bardziej użytecznych parametrów jeśli chodzi o pracę w terenie. Zanim poczułem, że w ogóle mogę robić coś na mieście, musiałem mieć kilka takich miejsc z niskim progiem. Nie żeby tam docelowo pracować, ale żeby w ogóle zrozumieć jak to się czuje kiedy idzie łatwo. Potem można przenieść to poczucie gdzieś indziej.
Poczekaj, bo to jest coś czego jeszcze nie słyszałam w tej dyskusji. Mówisz o miejscach z niskim progiem jako o czymś w rodzaju treningu? Że te miejsca nie są celem, tylko punktem odniesienia? Bo to zmienia sposób myślenia o tym budowaniu miejsc.
Kalibracja to dobre słowo. Tylko mam pytanie do Hilka - czy ten punkt kalibracji musi być miejscem? Czy może być np. stanem ciała, sposobem oddechu, konkretną czynnością? Bo mi się wydaje, że u mnie tym punktem jest coś co robię przed pracą, nie miejsce w którym jestem.
Adelajda porusza coś co mi chodzi po głowie od początku tej dyskusji. W pracy w terenie warunki są z definicji zmienne - inne miejsce, inne otoczenie, inna pora. Jeśli twój punkt zakotwiczenia jest zewnętrzny, to masz problem. Jeśli wewnętrzny - jesteś bardziej przenośna. I to jest chyba jeden z argumentów za tym, żeby budować zakotwiczenie przez ciało i intencję, a nie przez konkretną lokalizację.
Słucham tej wymiany i myślę, że trochę mieszamy dwie rzeczy: zakotwiczenie jako wejście w stan a zakotwiczenie jako utrzymanie stanu przez całą pracę. Może być tak, że do wejścia potrzebujesz czegoś zewnętrznego - kamienia, miejsca, konkretnego przedmiotu - ale po wejściu zewnętrzny punkt staje się mniej ważny. I odwrotnie. Ktoś wchodzi przez ciało i oddech, ale potem lepiej mu utrzymać stan kiedy trzyma coś fizycznego. Te dwie funkcje mogą być obsługiwane przez różne elementy.
Tymek pyta o to samo co ja bym zapytał. Im więcej elementów, tym więcej może pójść nie tak w warunkach publicznych. Prostota jest tu wartością samą w sobie.
Cykoria otworzyła dla mnie coś ważnego, bo jak sobie przypomnę te momenty kiedy mi wychodziło w terenie, to faktycznie wyglądało inaczej na początku i inaczej w środku. Wejście wymagało mojego parku, konkretnego miejsca, prawie zawsze. Ale jak już byłam w tym, to mogłam się podnieść i iść. Nigdy tego tak nie nazywałam, ale zgadza się.
To pytanie o skracanie czasu wejścia jest dla mnie jednym z centralnych w pracy w terenie. Z tego co obserwuję u siebie przez lata - tak, da się skrócić, ale nie przez pośpiech, tylko przez powtarzalność. Im więcej razy zrobiłaś wejście w danym miejscu, tym szybciej ciało i uwaga trafiają w znany rytm. To trochę jak z muzyką - pierwsze przesłuchanie trwa ile trwa, ale po wielu przesłuchaniach od razu wchodzisz w piosenkę.
Mistique trafia w coś co chciałem dorzucić, ale inaczej. Skracanie czasu wejścia to jedno. Ale jest jeszcze kwestia rozpoznawania kiedy nie możesz wejść tego dnia - i odpuszczania zamiast forsowania. W terenie, gdzie masz ograniczone okno czasowe i warunki których nie kontrolujesz, umiejętność powiedzenia sobie 'dzisiaj nie' jest równie ważna jak umiejętność szybkiego wejścia.
To brzmi logicznie, ale w praktyce jak odróżniasz 'dzisiaj nie' od 'to jest opór który warto przejść'? Bo chyba łatwo można sobie racjonalizować odpuszczenie kiedy jest po prostu trudno.
Koperek pyta o coś, z czym naprawdę się borykałem. I powiem szczerze, że nie mam na to żadnego pewnego kryterium. Ale jest parę rzeczy, które u mnie działają jako sygnały. Jeśli siedzę dłużej niż zwykle i zamiast wejść głębiej, staję się coraz bardziej rozdrażniony albo rozkojarzony - to nie jest opór do przejścia, to jest sygnał żeby odpuścić. Opór do przejścia ma inne odczucie, bardziej jak napięcie które można zwolnić. Rozdrażnienie to co innego. Tyle że to są moje markery, nie wiem czy u kogoś innego wyglądają tak samo.
Właśnie prowadzę od dłuższego czasu notatki z pracy w terenie i patrzę teraz czy mam coś co by potwierdzało ten podział Hilka. I faktycznie - dni kiedy szło mimo trudnego początku mają dość inny opis niż te kiedy ostatecznie odpuściłam. W tych pierwszych jest coś w stylu 'było ciasno, ale po chwili puściło'. W drugich coś jak 'ciasno i coraz bardziej ciasno'. Nie brzmi może naukowo, ale powtarza się.
Wracam do wątku o rozróżnieniu wejście kontra utrzymanie, bo Tymek pytał czy to nie komplikuje improwizacji. Chcę powiedzieć, że w mojej perspektywie to nie komplikuje, to precyzuje. Jeśli wiesz, że twój kamień służy tylko do wejścia, przestajesz go szukać w kieszeni co chwila żeby sprawdzić czy 'dalej działa'. On już zrobił swoje. Paradoksalnie mniej elementów do zarządzania w trakcie, nie więcej.
