To co Tymek opisuje to klasyczny problem przerwanego rytuału i szczerze to jest coś, na co nie ma jednej odpowiedzi. Jedni wracają do początku, inni kontynuują z tego miejsca gdzie są. Zależy od tego co robisz i jak bardzo zależy ci na ciągłości.
Mistique opisuje coś, o czym nigdy wcześniej nie myślałam jako o dwóch osobnych funkcjach. Zawsze traktowałam zakotwiczenie jako jedną rzecz która 'po prostu działa przez cały czas'. Ale masz rację, że wejście i powrót do stanu to dwa różne momenty. Tylko - jak w praktyce wybierałaś co pełni którą funkcję? To się jakoś samo układało czy decydowałaś z góry?
Słucham tej dyskusji o przedmiotach i funkcjach i mam wrażenie, że idziemy w stronę dość użytecznej klasyfikacji, ale gubi nam się pytanie z tytułu wątku. Magia czynienia w miejscach publicznych to nie tylko kwestia zakotwiczenia - to też kwestia co właściwie robisz kiedy tam jesteś. Zakotwiczenie to warunek wstępny. Co jest treścią samej pracy?
Adelajda dobrze to stawia. Wróćmy więc do tego. W moim przypadku treść pracy w terenie jest zazwyczaj bardzo prosta - jedno działanie, jedno skupienie, żadnych rozbudowanych struktur. Im bardziej publiczne miejsce, tym prostszy cel. Nie dlatego że nie mogę utrzymać złożoności, ale dlatego że złożoność w nieustabilizowanym otoczeniu generuje błędy.
To co Hilek mówi o prostocie celu jest dla mnie jedną z pierwszych konkretnych wskazówek dotyczących tego jak w ogóle podchodzić do pracy w terenie. Tylko mam pytanie - czy ta prostota to kwestia ilości kroków, czy ilości warstw intencji? Bo można mieć proste działanie, ale z mnóstwem nakładających się znaczeń.
To 'bez poczucia że cokolwiek poszło' jest dla mnie największym problemem w pracy w terenie. W warunkach domowych jakoś łatwiej mi ocenić, w terenie jestem mniej pewny siebie i przez to mam ciągłe wątpliwości. Nie wiem czy to kwestia braku rutyny w tych miejscach, czy po prostu zewnętrzne warunki naprawdę robią różnicę.
Adelajda to dobrze podsumowuje, ale dodam jeszcze jedną rzecz do tego wątku o ocenie. W pewnym momencie przestałem oceniać każdą pracę z osobna, a zacząłem patrzeć na serie. Czy przez ostatni miesiąc czuję że jakaś praca ma kierunek, że coś się zmienia w tym co robię. Pojedyncza sesja w terenie to za mało żeby cokolwiek sensownie ocenić.
Hilek, to patrzenie na serie a nie na pojedyncze prace - to jest dla mnie coś nowego. Ale jak ty w ogóle definiujesz 'kierunek' w tej serii? Bo mogę sobie wyobrazić że coś się zmienia, ale skąd wiesz że to efekt pracy a nie po prostu czas i okoliczności?
Tylko że w terenie ta ocena serii jest jeszcze trudniejsza niż ocena jednej pracy. Jak ja mam porównywać prace robione w różnych miejscach, w różnych warunkach, z różnym poziomem skupienia? To nie są porównywalne dane.
Mam pytanie do całego wątku o notatkach i seriach. Czy wy notujecie tylko prace które robicie celowo, czy też te momenty kiedy coś się dzieje jakby samo - w terenie, bez zaplanowanego rytuału? Bo te drugie też są dla mnie częścią obrazu.
Rozumiem to rozróżnienie Hilka, ale mam z nim pewien problem. Jeśli przez rok masz dziesięć zaplanowanych prac i dwadzieścia impulsywnych reakcji na miejsca, a oceniasz tylko te dziesięć, to twoja mapa tego co robisz jest mocno niepełna. Czy te impulsy nie powinny być częścią oceny?
Wracając do tego co Hilek mówił o prostocie celu i Adelajdy o impulsach - mam wrażenie że te dwa wątki się spotykają w jednym miejscu. Impulsywna praca w terenie jest zwykle bardzo prosta intencyjnie właśnie dlatego że nie masz czasu na rozbudowywanie. To miejsce ci daje cel albo go nie daje. Nie konstruujesz go przed wyjściem z domu. I może dlatego te impulsywne prace bywają czystsze?
Ja też się zatrzymałam na tym co Cykoria napisała. Jeśli miejsce może inicjować - to co z całą tą kwestią przygotowania, zakotwiczenia, prostoty celu? Czy to wszystko odpada kiedy impuls przychodzi z zewnątrz, czy jest jakaś inna forma gotowości która to zastępuje?
