Ostatnio siedzę nad tym tematem i nie wiem, czy to co czuję ma jakieś pokrycie w tym, co inni obserwują. Chodzi mi o pracę magiczną w snach, ale nie w sensie "mam sen proroczy" czy cokolwiek w tym stylu. Bardziej o to, że przestrzeń snu wydaje się funkcjonować według innych zasad jeśli chodzi o czas. Nie mam na myśli tylko tego, że sen trwa subiektywnie długo. Chodzi mi o to, że intencje ustawione w śnie jakoś inaczej "lądują" w rzeczywistości niż te robione na jawie. Pracowałam ostatnio nad pewną kwestią i celowo zasnęłam z konkretnym zamiarem, bez żadnych rytuałów, bez świec, nic. I coś się ruszyło, ale nie wtedy kiedy oczekiwałam, tylko jakby z przesunięciem, które nijak nie pasowało do żadnych faz księżyca ani dni tygodnia. Stąd pytanie do wątku: czy czas w śnie w ogóle koresponduje z tym, co znamy jako cykl magiczny? Bo zaczynam myśleć, że nie.
To ciekawy punkt wyjścia, bo większość dyskusji o magii czasu kręci się wokół księżyca, planet, dni tygodnia i tak dalej. A co ze snem jako oddzielną strefą? Mam jedno konkretne pytanie do tego co napisałaś: czy ten "zamiar" przed zaśnięciem był sformułowany słownie, obrazowo, czy to było coś bardziej nieokreslonego? Bo mam przeczucie, że to może mieć znaczenie dla tego, jak ta intencja w ogóle działa bez zakotwiczenia w zwykłym czasie.
Właśnie to rozróżnienie między świadomym snem a ustawieniem intencji przed zaśnięciem jest według mnie kluczowe w tym temacie. W tradycji tybetańskiej jest to zresztą dobrze opisane: yoga snu to nie jest to samo co lucid dreaming w zachodnim rozumieniu. Tam chodzi o utrzymanie strumienia świadomości przez sen bez jego przerywania, a praca intencyjna dzieje się jakby na warstwach głębszych niż faza REM. Ale wracając do pytania o czas: w praktykach oneirycznych czas linearny po prostu nie istnieje jako rama. Dlatego kategorie takie jak "nów" czy "Merkury w retrograde" są z definicji kategoriami świata jawajnego. Czy to znaczy, że w ogóle nie działają? Niekoniecznie. Ale ich logika może być inaczej przyłożona.
Mam pytanie do obu z was: skąd w ogóle bierzecie pewność co do tego, co "podlega innym zasadom"? Bo ja pracuję z różnymi technikami od lat i szczerze nie wiem, czy ta różnica jest realna, czy my po prostu retrospektywnie interpretujemy efekty tak, żeby pasowały do teorii. Zorka napisała, że coś się ruszyło z przesunięciem. Ale to przesunięcie też dało się jakoś opisać, więc może jednak czas był zaangażowany, tylko inaczej?
W tej dyskusji brakuje mi jednego wątku: co rozumiemy przez "pracę magiczną w śnie"? Bo jeśli mamy na myśli świadomy sen i aktywną w nim intencję, to jedno. Jeśli mamy na myśli to co Zorka opisała, czyli ustawienie zamiaru przed zaśnięciem i odpuszczenie, to drugie. A jeśli ktoś ma na myśli interpretację snów jako narzędzia prognostycznego albo komunikacyjnego, to trzecia zupełnie inna kategoria. I każda z nich może mieć inną relację z czasem.
Czytam i mam takie pytanie, może głupie: czy ktoś próbował celowo "ustawić" sen na konkretny czas, nie zasypiając w nów czy cokolwiek, tylko intencjonalnie wchodząc w sen z myślą o konkretnym momencie z przeszłości albo przyszłości? Niekoniecznie jako podróż w czasie, ale bardziej jako... wejście w energię tego czasu? Pytam bo coś takiego robiłam bez żadnej teorii za tym i nie wiedziałam jak to nazwać.
Przepraszam że wchodzę, ale mam pytanie od zupełnie innej strony. Czy jak ktoś nie pamięta snów w ogóle, to czy ta cała praca magiczna przez sen w ogóle ma sens? Bo ja właściwie nie mam świadomych marzeń sennych albo po prostu nic nie pamiętam po przebudzeniu. I zastanawiam się czy to jest bariera.
Tu wchodzimy w temat, który jest naprawdę rzadko poruszany wprost: kwestia tego, kto albo co jest podmiotem działania w magii snu. Jeśli świadoma "ty" śpisz i nie pamiętasz, a coś jednak działa, to albo mamy do czynienia z jakimś aspektem psychiki który działa autonomicznie, albo z mechanizmem który w ogóle nie zależy od podmiotu. I to drugie jest według mnie bliżej prawdy w tradycjach które brały sen serio jako przestrzeń pracy. Czas który wtedy "rządzi" to nie jest czas księżyców ani planet. To może być coś bliższego temu co Jung nazywał synchronicznością, czyli zbieg znaczących zdarzeń bez przyczynowego połączenia. I właśnie dlatego efekty pojawiają się "z przesunięciem" jak to opisała Zorka.
Ale czy to nie mogło być po prostu kwestia stanu umysłu? Bo jak się skupiasz na dacie i fazie księżyca, to może jesteś bardziej spięta i to wpływa na efekt? Pytam bo chcę zrozumieć czy to czas robi różnicę, czy raczej to jak do tego podchodzisz.
Ja to ostatnio próbowałam inaczej: ustawiłam intencję, ale nie przypisałam jej do żadnego czasu ani daty. Celowo. Po prostu powiedziałam sobie "kiedy będzie gotowe, trafi". I spałam. Nie pamiętam nic ze snów, ale coś się rzeczywiście ruszyło po kilku dniach. Nie wiem jak to nazwać i nie mam pewności że to związek przyczynowy.
Ten wątek z confirmation bias jest ważny, ale warto go postawić symetrycznie: odrzucanie efektów też może być bias. Jeśli za każdym razem gdy coś działa, mówimy "to by się i tak wydarzyło", to też nic nie jesteśmy w stanie zbadać. Problem epistemiczny jest po obu stronach.
Robiłam przez jakiś czas coś w rodzaju dziennika, ale niekonsekwentnie. Problem z dokumentowaniem pracy przez sen jest taki, że zapis jest subiektywny, pamięć snu jest zawodna i nie wiesz co zapisywać, bo nie wiesz co ma znaczenie. Po kilku tygodniach miałam notatki, z których wynikało tyle samo co z braku notatek.
To jest w ogóle coś czego nie rozumiem w tej dyskusji. Jak można cokolwiek sprawdzić w czymś co dzieje się podczas snu? Przecież nie ma żadnego zewnętrznego punktu odniesienia. Mówicie o efektach na jawie, ale skąd wiadomo że to sen to sprawił?
Wracając do tematu wątku, bo trochę odpłynęliśmy: pytanie Zorki było o to, czy magia czasu może działać poza standardowymi ramami, ksendrami, epokami, cyklami. I właśnie ta praca przez sen jest jednym z możliwych argumentów że tak. Bo jeśli podmiot działania jest poza czasem liniowym, to i praca może być. Tylko że wtedy "kiedy" staje się mniej istotne niż "z jakiego miejsca".
Przepraszam że się wtrącę bo czytam ten wątek i nie znam połowy rzeczy o których mówicie, ale mam pytanie. Zorka pisała na początku o przesunięciu w czasie podczas pracy przez sen. Czy to znaczy że można przez sen dosłownie zmienić coś co już się wydarzyło? Bo jeśli tak, to to brzmi dla mnie kompletnie inaczej niż reszta dyskusji.
Zorka, to "zanim się obudziłam" mnie zatrzymuje. Skąd wiedziałaś że coś się ruszyło zanim wstałaś? Czy to znaczy że we śnie to zobaczyłaś, czy sprawdziłaś po przebudzeniu i cofnęłaś to wstecz zakładając że sen to sprawił?
Ten moment cofania wstecznego który opisuje Zorka to klasyczna pułapka retrospektywnej interpretacji i Lurisk ma rację że trzeba to nazwać. Ale jest w tym jeszcze coś. Nawet jeśli to bias, to pytanie z tytułu wątku nadal stoi. Czy praca magiczna osadzona w stanie, a nie w czasie, to coś innego metodologicznie niż praca kalendarzowa? I tu sen jest tylko jednym przypadkiem, bo to samo pytanie można zadać o trans, o głęboki oddech, o zmęczenie.
Mam wrażenie że ta rozmowa cały czas oscyluje między "czas działa obiektywnie" a "to tylko psychologia", ale nikt z nas chyba nie jest w stanie rozstrzygnąć tego definitywnie. Dlatego bardziej mnie ciekawi co ludzie faktycznie robią, kiedy chcą pracować a czas zewnętrzny im nie sprzyja. Bo to jest praktyczny problem który miałam kilka razy.
Czytam ten wątek i mam jedno głupie pytanie. Wszyscy mówicie o pracy przez sen jako o czymś co się robi celowo. Ale jak to się w ogóle robi? Czyli co konkretnie robisz przed zaśnięciem żeby coś zadziałało przez sen? Bo dla mnie to jest kompletna terra incognita.
A co jak nic się nie dzieje przez kilka dni? Robisz to ponownie czy uznajesz że nie wyszło?
To jest dobre pytanie do którego nikt tu jeszcze nie powrócił. Bo właśnie brak definiowalnego końca jest jednym z argumentów za tym że praca poza kalendarzem jest metodologicznie inna. W pracy datowanej masz punkt kulminacji i punkt oceny. W pracy przez stan możesz czekać w nieskończoność i zawsze możesz powiedzieć że "jeszcze nie czas na efekt". To jest zarówno zaleta jak i wada tego podejścia.
Dobra, to jeszcze dopytam bo nie mam tego poukładanego. Zorka pisze że odpuszcza i nie kontroluje, Herga mówi że potrzebna jest jakaś struktura, bo inaczej to nie praca tylko życzenie. Jak to połączyć? Bo to brzmi jak sprzeczność, z jednej strony nie kontroluj, z drugiej miej strukturę.
A to jest ciekawe co Zorka mówi, bo ja właśnie mam ten problem podczas rytuałów. Ciągle mi się kręci w głowie "czy dobrze?" i "a może powinam była użyć innej świecy" i tak dalej. Nigdy nie wpadłam na to żeby zostawić strukturę na jawie a właściwą pracę przerzucić na sen.
Przepraszam, ale co to znaczy "teodyceja sprawczości"? Nie znam tego sformułowania.
I to jest właśnie ten węzeł którego cały wątek dotknął ale nikt go jeszcze nie rozplątał do końca. Bo pytanie z tytułu, czy można pracować poza księżdrami i epokami, ma zupełnie inną odpowiedź w zależności od tego czy czas jest zewnętrzną strukturą obiektywną, czy jest wewnętrznym stanem. Praca przez sen omija zewnętrzną strukturę niemal z definicji.
A jak miałbyś to zrobić? Nie wiesz kiedy jesteś w REMie, śpisz przecież.
Próbowałam WILD kilka razy i to jest wymagające. Ciało zasypia a ty musisz zostać przytomna. U mnie skończyło się na paraliżu sennym, co było nieprzyjemne i nie bardzo mi się chciało to powtarzać. Ale rozumiem logikę, wchodzisz w stan z intencją zamiast czekać aż intencja przeniesie się przez normalny sen.
