I co zrobiłaś wtedy, Spellbound? Porzuciłaś to, zmodyfikowałaś, czy wróciłaś do tego w tej samej formie po czasie?
Trochę tego wszystkiego. Najpierw przestałam, potem po jakimś czasie zaczęłam znowu ale inaczej - zmieniłam jedną rzecz, małą, i to jakoś pomogło. Nie wiem czy to był dobry kierunek ale przynajmniej znowu miało dla mnie sens. Może właśnie o to chodzi - że tradycja żyje jak ją modyfikujesz, a nie kiedy ją mrozi.
No właśnie, Jurek użył tego słowa 'living tradition' i teraz siedzę i myślę że to ładne rozróżnienie, ale czy ono w ogóle pomaga w praktyce? Bo jak stoję nad tym co robiłam i czuję że nie działa, to co mi daje wiedza że mam do czynienia z tradycją żywą a nie zamrożoną? Nadal nie wiem co zmienić.
Ale skąd wiesz że nie psujesz? To jest moje pytanie od jakiegoś czasu. Modyfikuję, zmieniam, adaptuję - i skąd mam wiedzieć że to nadal jest to samo, a nie coś zupełnie nowego co tylko sobie mówię że pochodzi od babci?
Alusia pyta o ciągłość tożsamości rytuału właściwie. To jest stary problem filozoficzny - statek Tezeusza. Czy rytuał w którym zmieniłaś słowa, czas, rekwizyty, ale intencja ta sama, to nadal ten rytuał? Ja skłaniam się że tak, ale rozumiem że to nie jest oczywiste.
Tylko że w statku Tezeusza chodzi o identyczność materialną, a tu mamy coś innego. Rytuał nie jest przedmiotem, jest aktem. Jak akt się zmienia, to zmienia się rytuał - ale to niekoniecznie znaczy że gorzej działa, tylko że jest inny. Może po prostu przestać się martwić czy to 'ten sam' a zacząć pytać czy ten nowy jest dobry.
To jest chyba lepsze kryterium. Autentyczność rozumiana jako 'pochodzi z niezmienionej linii przekazu' to jedno, ale autentyczność jako 'odpowiada na moją aktualną sytuację' to drugie. I te dwa rozumienia bardzo rzadko są ze sobą omawiane razem, a powinny być, bo dotyczą zupełnie różnych potrzeb.
to jest chyba mój problem bo ja cały czas czekam na ten sygnał i nie wiem czy już przyszedł czy jeszcze nie 🙂 jak to rozpoznać że czas coś zmienić a nie że po prostu mam gorszy period?
Mnie to co mówi Halny jakoś trafia. Ostatnio robiłam pewne rzeczy i przez całą czas myślałam o tym czy robię poprawnie zamiast po prostu... być w tym. I rzeczywiście nic z tego nie wyszło, w sensie emocjonalnym. Siedziałam z głową w procedurze.
Ale czy ta kontrolna warstwa zawsze jest zła? Czytałam kiedyś że właśnie uważna obecność przy rytuałach - to znaczy świadomość co się robi i po co - jest wartością samą w sobie. Że to nie jest przeszkoda tylko inny tryb praktyki.
Nokturnia dotyka czegoś ważnego. Są takie tradycje gdzie ta pełna przytomność formy jest wbudowana w praktykę - zen na przykład, ta precyzja ruchu przy ceremonii herbaty. Ale tam ta precyzja jest ćwiczona latami aż przestaje być wysiłkiem. Inaczej to napięcie między formą a byciem-w-niej pewnie nigdy nie zanika.
No właśnie, bo jedno to precyzja ćwiczona do automatyzmu, a drugie to przezorność że coś wykonam źle i coś się posypie. To są dwie zupełnie różne postawy, choć z zewnątrz mogą wyglądać tak samo - oba przypadki to osoba skupiona na tym co robi.
Jak to rozróżnić z zewnątrz, to może nieważne. Ale jak rozróżnić to u siebie? Bo u mnie ta granica jest bardzo rozmyta - nie zawsze wiem czy jestem skupiona z uważności czy ze strachu że coś nie wyjdzie.
Wracając do tego co zaczęłyśmy wcześniej, bo to mi siedzi - Spellbound mówiła że zmieniła jedną małą rzecz i to pomogło. Ciekawi mnie co to była za zmiana. Nie proszę o szczegóły jeśli nie chcesz, ale chodzi mi o skalę - czy to był element czasu, miejsca, przedmiotu, słowa?
To co mówi Spellbound jest zresztą udokumentowane w kontekście rytualnym - zmiana jednego parametru przy zachowaniu pozostałych często wystarczy żeby rytuał poczuć na nowo jako swój, bo ten jeden element sygnalizuje autorstwo. Nie trzeba zaczynać od zera. Drobna korekta robi robotę psychologicznie, nawet jeśli strukturalnie prawie nic się nie zmieniło.
To co mówi Jurek o tym jednym parametrze jest ciekawe, bo ja przez długi czas myślałam że zmiana musi być radykalna żeby cokolwiek znaczyć. A okazuje się że właśnie nie. Babcia robiła pewne rzeczy w konkretny dzień miesiąca i ja to przejęłam bezmyślnie, bo tak było. Dopiero jak zaczęłam sama pytać siebie dlaczego akurat ten dzień, zorientowałam się że ona miała po prostu wolne wtedy od pracy. Nic mistycznego. I wtedy mogłam to zmienić na dzień który dla mnie ma sens, bez poczucia że cokolwiek tracę.
A jak to sprawdziłaś że twój dzień ma sens? Tzn. skąd wiesz że wybrałaś właściwy, a nie po prostu inny?
To jest bardzo praktyczne podejście i chyba niedoceniane w rozmowach o tradycji rodzinnej. Dużo osób traktuje formę jak sacrum samo w sobie, a zapomina że ta forma była kiedyś odpowiedzią na konkretne warunki życia konkretnej osoby. Twoja babcia nie wybrała tego dnia z kosmosu.
To jest chyba najbardziej szczery opis tradycji jaki można dać. Duża część rytuałów rodzinnych to akumulacja nawyków, nie system z sensem. I to nie deprecjonuje ich wartości, tylko zmienia pytanie - nie 'po co to robię' ale 'co to dla mnie robi'. To są różne pytania.
Mam wrażenie że ta rozmowa ciągle wraca do tego samego pytania tylko z innej strony - czy ważniejsza jest forma czy funkcja. I za każdym razem ktoś mówi że jedno i drugie, ale to nie jest odpowiedź tylko unik. Chciałabym wiedzieć co się dzieje jak trzeba naprawdę wybrać.
A czy ta strata cię gdzieś boli? Pytam serio, bo wydaje mi się że to jest ta rzecz której się boję jak myślę o zmienianiu czegoś co dostałam po mamie. Że mogę czegoś nie odzyskać.
Spellbound ładnie to ujęła. Mnie się wydaje że właśnie ta nostalgia to jest sygnał że coś było prawdziwe, a nie że coś straciłaś bezpowrotnie. Bo za fikcją się nie tęskni.
ojej to prawda, nigdy tak nie myślałam o nostalgii. że to może być dobre a nie złe 🙂
Wracam do pytania Dominisi, bo mi też nie daje spokoju. Co się dzieje kiedy forma i funkcja są ze sobą w konflikcie i nie ma wyjścia bez straty? Czy ktoś tu miał taką sytuację gdzie naprawdę nie dało się mieć obu naraz?
To co mówi Halny o tej 'innej temperaturze' bardzo mi pasuje do tego co słyszałam od starszych osób w mojej rodzinie. Że po pewnych stratach w tradycji rodzinnej nie odbudowuje się tego samego, ale coś co odpowiada temu kim się jest teraz. Może to jest właśnie ta ciągłość o której rozmawiamy - nie formy, ale jakiegoś ducha tej formy.
Jest na to nawet termin w antropologii rytuałów - 'strukturalna ciągłość' versus 'ciągłość treści'. Tradycja może zmieniać elementy i zachowywać strukturę, albo odwrotnie. I obie opcje są historycznie dokumentowane jako żywe tradycje, nie zerwania. Więc to rozróżnienie które czujemy intuicyjnie ma też swoje oparcie w tym jak rytuały faktycznie ewoluują.
To co Barwinek napisała o 'odpowiadaniu temu kim się jest teraz' przypomniało mi coś z badań Victora Turnera nad rytuałem. On pisał o tym że rytuały mają strukturę liminalną - są momentem przejścia, nie stanem stałym. I z tego wynika że jak zmieniasz się ty, zmienia się też co rytuał dla ciebie robi. To nie jest defekt, to jest dokładnie to jak ma działać.
