a moge zapytac głupie pytanie? czy można celowo wywołać ten stan hipnagogiczny bez bycia zmęczoną? bo czytałem coś o metodzie Edisona ale nie bardzo wiedziałem czy to legenda
No i właśnie to mnie zastanawia - Edison czy nie Edison, ale czy ktoś tu faktycznie próbował czegoś podobnego podczas rytuału? Nie metody z kulkami dosłownie, ale np. robić coś w tym momencie kiedy uwaga już odpływa, zanim zaśniesz? Bo rozumiem zasadę, ale nie wiem jak to przełożyć na praktykę.
Technika z Edisonem jest opisana też przez Salvadora Dalí, który podobno zasypiał z łyżką w ręku. Ale żeby odpowiedzieć na pytanie Tobiaszka - tak, da się wchodzić w stany hipnagogiczne świadomie bez bycia śpiącym. Techniki takie jak WILD w kontekście snów lucydnych w gruncie rzeczy na tym polegają. Pytanie czy Bernadetka chciałaby eksperymentować w tym kierunku, bo to zmienia dość mocno strukturę rytuału.
to jest bardzo uczciwa obserwacja. I w sumie dotykasz czegoś co w chaos magii jest opisane jako paradoks gnosis - im bardziej świadomie próbujesz wejść w stan, tym trudniej go osiągnąć. Dlatego część technik działa przez rozproszenie uwagi, a nie koncentrację. Coś robisz, żeby umysł przestał pilnować samego siebie.
czekajcie, czyli rozumiem ze sens jest taki ze jak przestajesz sie starać to wchodzisz glebiej? bo to brzmi jak totalny paradoks dla kogos kto robi rytuały właśnie po to żeby coś osiagnac
a propos pory dnia mam jeszcze jeden trop bo nie wspomniałam wcześniej. Czytałam o rytmach ultradiańskich, czyli nie dobowych tylko takich 90-120 minutowych cyklach czuwania i odpoczynku. Podobno w naturalnym punkcie 'dołka' tego cyklu człowiek jest bardziej podatny na stany pośrednie. Nie wiem czy ktoś tu to sprawdzał świadomie ale może Bernadetta miała to kiedyś trafione przypadkowo i teraz nie trafia?
czyli to odpływanie które opisujesz wcześniej, że gdzieś po kilku minutach myśl ucieka - to może nie było utrata skupienia ale właśnie wejście w coś innego? I ty to przerywałaś?
To jest ważne rozróżnienie. Stan hipnagogiczny ma dość charakterystyczne cechy które odróżniają go od zwykłego rozkojarzenia. Myśli o zakupach to szum dzienny, nie granica. Granica to kiedy zaczynają się obrazy których nie iniciowałaś, albo wrażenie że coś powiedziało zdanie którego nie pomyślałaś. Czy cokolwiek takiego się pojawia?
Czyli w skrócie: Bernadetka dochodzi do progu, reaguje zdziwieniem, wyrywa się i wraca do trybu 'odpracowuję zadanie'? Jeśli tak to to jest naprawdę diagnostyczne i nie brzmi jak problem z rytuałem jako takim.
ale to sie tez przekłada na tę pustkę po all prawda? jeśli przez długi czas przerywasz dokładnie w tym momencie to pewnie masz wyrobiony odruch ze idzie do nikąd. I potem siadasz do rytuału z takim nieświadomym oczekiwaniem że znowu tak bedzie.
I tu wrócimy do tego co mówiłam o intencji - bo jeśli gdzieś podskórnie czekasz na moment kiedy coś się urwie, to ta intencja jest de facto intencją potwierdzenia że się nie uda. Nie mówię że to robisz celowo, ale ciało i podświadomość nie rozróżniają 'boję się że' od 'chcę żeby'.
czyli jak robię rytuał pierwszy raz to mam przewagę bo nie mam jeszcze tych złych nawyków? bo teraz to brzmi jakby doświadczenie działało przeciwko...
Mnie w tym wątku zastanawia coś innego. Mówimy dużo o tym co blokuje, ale Bernadetka pisała na początku o poczuciu pustki PO rytuałach, nie tylko w ich trakcie. Czy to jest ten sam problem czy jednak coś osobnego?
To dobre pytanie i sama nie wiem. Mam wrażenie że jedno wynika z drugiego - jeśli w środku rytuału nie przekraczam progu o którym mówił Norbert, to po nim nie ma czego 'rozładowywać'. Jest wykonana czynność i cisza. Ale nie wiem czy ta cisza to pustynia czy po prostu spokój którego nie umiem odczytać.
a czy ta cisza zawsze jest nieprzyjemna? Pytam bo sama po medytacjach czasem mam podobne uczucie i nie zawsze jest złe, ale właśnie nie wiem jak je interpretować.
ja mam takie skojarzenie - to troche jak po obejrzeniu filmu który nie był ani dobry ani zły, po prostu byl. Ni to rozczarowanie ni satysfakcja. Takie 'no dobra, było'. I ten film mógł być nawet techniczne poprawny.
Jest termin który tu pasuje - Theodore Barber opisywał coś co nazywał 'efektem dobrego podmiotu', gdzie osoba zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami sytuacji ale bez wewnętrznego zaangażowania. W kontekście hipnozy to wyglądało jak trans, ale nie dawało żadnych efektów sugestii. Możliwe że podobny mechanizm działa w rytualnym powtarzaniu bez zaangażowania.
To jest trochę niepokojące bo teraz się zastanawiam czy moje 'dobre' rytuały też były takim spektaklem dla siebie. Jak to rozpoznać z perspektywy czasu?
Szczerze? Trudno. Retrospektywnie bardzo ciężko odróżnić zaangażowanie od jego imitacji, bo pamięć emocjonalna jest kiepskim archiwistą. Jedno czego można szukać to czy cokolwiek było nieprzewidywalne - czy pojawiło się coś czego nie planowałaś, jakaś myśl, obraz, uczucie które nie pasowało do scenariusza. Bo spektakl jest zawsze przewidywalny.
okej ale to brzmi jak że żeby wiedzieć czy rytuał działał to musisz być wystarczajaco doswiadczona żeby rozpoznać te różnice. co robić kiedy się tego nie umie jeszcze czytać?
moze zamiast szukać tych subtelnych sygnałów w trakcie, warto śledzić co jest po - nie zaraz po, tylko po kilku godzinach albo nastepnego dnia. Ja zauważyłam że po rytuałach które 'coś zrobiły' mam takie specyficzne zmęczenie, inne niż zwykłe. Trudno to opisać ale jest gęstsze. A po tych martwych - nic, jakby nic się nie wydarzyło.
