Tylko że zapis neutralny to trochę utopia, bo przecież i tak wybierasz co zapisujesz, co pomijasz, jakie słowa. Nie ma zapisu bez interpretacji. Nawet jak piszesz 'świeca płonęła spokojnie', to już jest ocena.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może trochę z boku - mówicie o zapisie jako o czymś co służy porównywaniu i analizowaniu. Ale czy nie jest tak, że samo pisanie zmienia doświadczenie? Jak piszę o rytuale, to jakby go domykam, przerabiam. I może to jest wartość samego pisania, niekoniecznie tego co potem można z notatek wyczytać?
Ciekawe bo u mnie jest odwrotnie - pisanie szybkie, bez redagowania, zostawia mnie w środku doświadczenia za długo i czasem zamiast domykać to jakby je rozciąga. A nagranie głosowe, krótkie, daje mi to zamknięcie. Może to jest kwestia stylu przetwarzania a nie jakiejś ogólnej zasady.
Nie tyle indywidualne co kontekstowe, powiedziałabym. Ta sama osoba może potrzebować innego zapisu po prostym rytuale codziennym a innego po czymś intensywnym. Znam kogoś kto po każdym rytuale miał protokół - ale po jednym konkretnym typie pracy po prostu chodził na spacer godzinę i nie pisał nic, bo wiedziała że pisanie jej to psuje. Metodę dostosowywała do rodzaju pracy.
a skad wiedziec ktory rytuał jest 'tego rodzaju co nie zapisywac'? z gory czy po fakcie?
To mi daje do myślenia - bo właściwie to ta rozmowa zaczęła się od pytania jak wzmacniać pamięć praktyk, a wyszło nam że zapis to nie tylko pamięć ale też część samego procesu. Poziomka, czy tak to miałaś na myśli zaczynając temat, czy to poszło w innym kierunku niż chciałaś?
Szczerze mówiąc poszło dalej niż myślałam i dobrze. Zaczynałam od pytania technicznego, jak nie zapominać co się robiło, ale teraz widzę że to pytanie było trochę za wąskie. Bo nie chodzi tylko o to żeby pamiętać fakty o rytuale, chodzi o to żeby pamiętać siebie w tym rytuale. I to jest zupełnie inne zadanie.
Pamiętać siebie w rytuale - to jest fajnie powiedziane. Ale jak to zrobić technicznie? Bo możesz mieć najlepsze notatki i nagrania, ale jeśli to jest tylko opis zewnętrznych okoliczności, to właśnie tej siebie tam nie ma.
Dla mnie opis wewnętrzny to taki, w którym jest coś o stanie przed i po. Nie 'zaśpiewałam mantrę trzy razy' tylko 'przed trzecim powtórzeniem coś się zmieniło w gardle, jakby poluzowało'. Zewnętrzny to chronologia zdarzeń. Wewnętrzny to co się działo ze mną w środku tego. Ale Walentyna, czuję że ty masz jakieś konkretne rozróżnienie w głowie, więc mów.
Tak, mam. Zewnętrzny opis to obserwowalne fakty - co, kiedy, ile razy, w jakiej kolejności. Wewnętrzny to nie tylko emocje, bo emocje to też interpretacja. Wewnętrzny według mnie to moment, w którym jesteś świadkiem swojego stanu bez nazywania go. 'Coś się zmieniło w gardle' to już bliżej, ale 'jakby poluzowało' to znowu metafora, czyli interpretacja. Nie mówię że metafory są złe, ale warto zdawać sobie sprawę z tej warstwy.
To jest serce tego problemu chyba. Pamięć praktyk to w dużej mierze pamięć rekonstrukcyjna, nie fotograficzna. Każdy zapis jest już wersją, nie oryginałem. I może zamiast walczyć z tym faktem, warto to wbudować w metodę - czyli zapisywać świadomie że to rekonstrukcja, nie protokół.
ale jak sie swidomie zapisuje ze to rekonstrukcja, to pozniej jak wracasz do notatek to co z tym robisz? Masz dwie warstwy - to co bylo i to co mysłałas ze bylo. To jest chyba bardziej zamieszane nie mniej?
Przepraszam że wchodzę, bo nie rozumiem jednej rzeczy - wy mówicie o zapisie jako o śladzie, a wcześniej ktoś mówił że sam zapis zmienia doświadczenie. To jak to jest, zapis dokumentuje czy tworzy? Bo to brzmi jak dwa różne założenia.
Tylko że jak już mamy te dwie warstwy, to do której wracamy po miesiącu? Do oryginalnego rytuału, do doświadczenia pisania, czy do jakiegoś hybryda? Bo mi się wydaje że po czasie notatka staje się tym doświadczeniem, zastępuje oryginał.
Ale zaraz, to teraz macie odwrotny problem niż na początku wątku - zaczęłyśmy od 'jak nie zapominać', a teraz wychodzi że zbyt dokładne zapisywanie też jest problemem? To co w ogóle robić?
Mam inne podejście do tego całego tematu niż większość tu - ja nie próbuję zachować doświadczenia, tylko zachować decyzje i obserwacje które z niego wynikły. Jak po rytuale albo po pracy z kartami widzę coś konkretnego, to zapisuję wniosek, nie opis. I wracam do wniosków, nie do opisów. To jest dla mnie ta pamięć praktyk.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie może naiwne - skoro mówicie że pamięć praktyk to taka trudna sprawa, to jak w ogóle ktoś wie po pewnym czasie czy dana praktyka działała? Czy to jest w ogóle weryfikowalne, czy każdy po prostu wierzy w to co chce?
Wchodzę bo to zdanie Poziomki mnie zatrzymało - 'każdy rytuał jest izolowany'. Ja chyba właśnie tak działam i nie zdawałam sobie z tego sprawy. Robię coś, czekam, nie wychodzi albo wychodzi, ale nie mam skąd wiedzieć dlaczego. I potem zaczynam od nowa bez żadnego punktu odniesienia.
I właśnie to mnie uderzyło czytając ten wątek - że ja właściwie nigdy nie miałam żadnej bazy do porównania. Jak mi coś nie wyszło, to myślałam że zrobiłam coś źle. Jak wyszło, to myślałam że dobrze. Ale żadnego z tych wniosków nie mogłam sprawdzić, bo nic nie zapisywałam. To jest trochę jak granie w grę bez zapisywania postępu.
Ale zaraz, bo mam pytanie do Iwetki i do całej tej rozmowy o bazie - co konkretnie macie na myśli przez 'bazę'? Bo mówicie o notatkach, o wnioskach, o śladach... ale jak to wygląda w praktyce? Bo jak zaczynam myśleć o prowadzeniu czegoś regularnego, to mi się robi przed oczami jakiś ogromny projekt i od razu odpuszczam.
Mam pytanie do Cesi - te trzy minuty to robisz od razu po czy po jakimś czasie? Bo ja próbowałem różnie i mam wrażenie że jak piszę od razu, to jestem jeszcze za bardzo w środku żeby cokolwiek sensownie ocenić. A jak czekam, to albo zapominam albo już interpretuję przez filtr tego co było potem.
To rozróżnienie między obserwacją a oceną jest ważne, ale mam wątpliwość - czy to jest w ogóle do końca możliwe? Sama decyzja co zapisać jest już oceną. Wybierasz co jest warte odnotowania, a co nie. Nie da się tego uniknąć.
Ja to widzę inaczej - interpretacja w momencie zapisu to nie jest błąd, to jest część praktyki. Jak robisz wróżbę i od razu widzisz połączenie z czymś, to właśnie to jest cenne. Jak to odsuwasz na potem, to tracisz tę bezpośredniość.
Tu jest klasyczna kwestia z badań nad pamięcią - intensywność emocjonalna zdarzenia sprawia że czujemy że pamiętamy je dokładniej, ale to złudzenie. Silne emocje wzmacniają pewność że pamiętamy, nie dokładność samego zapisu. To jest dobrze udokumentowane, nie moja opinia.
Słucham tego i mam pytanie może nie na miejscu - to skoro pamięć jest tak zawodna i interpretacja tak niepewna, to po co w ogóle prowadzić te notatki? Żeby mieć złudzenie kontroli nad praktyką? Bo z tego co mówicie to i tak nie będziecie wiedzieć co tak naprawdę się wydarzyło.
a jak to wyglada praktycznie? bo ja próbowałam prowadzic dziennik czakr i po trzech tygodniach rzuciłam bo sie wydawalo ze piszę ciagle to samo i nie bylo zadnej roznicy miedzy wpisami
Dobra, ale wróćmy do początku - bo ja wciąż nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o notatkach jako o bazie do oceny wzorców. Ale co konkretnie ma się zmieniać żeby uznać że praktyka 'działa'? Bo jak nie mam żadnego kryterium, to i tak nie wiem na co patrzeć.
