Mam takie dziwne wrażenie, że wiele osób podchodzi do magii jak do recepty - zrobi się rytuał, odczeka chwilę i sprawdza, czy 'wyszło'. I tu leży problem, bo gdzieś po drodze gubi się świadomość tego, co się w ogóle robiło i dlaczego. Myślę o tym od jakiegoś czasu, bo sama przez długi okres traktowałam swoje praktyki mechanicznie. Robiłam coś, zapisywałam datę w zeszycie, czekałam. Ale kiedy chciałam wrócić do wcześniejszych rytuałów i zastanowić się, co tak naprawdę działało, a co nie, okazało się, że moje notatki są bezużyteczne. Daty i nazwy bez żadnego kontekstu emocjonalnego, bez opisu intencji, bez tego, co czułam w trakcie. I zaczęłam się zastanawiać, jak inni to rozwiązują. Czy ktoś ma jakiś sposób na to, żeby po miesiącu czy dwóch faktycznie wiedzieć, co z danej praktyki wyniósł i czy cokolwiek zmieniło się w związku z konkretnym działaniem? Nie chodzi mi o prowadzenie perfekcyjnego dziennika w stylu grimoiru - bardziej o to, jak łączyć pamięć o praktyce z jej rzeczywistym wpływem na życie.
To jest jeden z tych tematów, o których rzadko się mówi wprost, a moim zdaniem jest kluczowy dla tego, czy praktyka w ogóle ma sens. Przez długi czas sam prowadziłem coś w rodzaju dziennika magicznego, ale zorientowałem się, że największy problem nie leży w samym zapisywaniu, tylko w tym, że nie wracałem do tych zapisków z odpowiednim dystansem. Zapisuję rytuał, odczuwam coś podczas niego, a potem życie się toczy i zapominam nie tylko o tym, co czułem - zapominam też, że w ogóle coś robiłem. To brzmi absurdalnie, ale chyba każdy, kto praktykuje regularnie, to zna. Ciekawe jest to, że tradycje hermetyczne mocno nalegają na system przeglądów - coś w rodzaju tygodniowego i miesięcznego podsumowania, gdzie nie chodzi o opis rytuału, ale o zadanie sobie pytania: co się zmieniło od tego momentu? I to akurat jest dla mnie sensowne, bo zmiana często jest subtelna i widoczna dopiero z pewnego oddalenia. Ale mam pytanie do wątku - jak odróżniacie efekt praktyki od zwykłego zbiegu okoliczności? Bo to jest chyba sedno problemu z 'pamiętaniem wyników'.
Właśnie to! To pytanie o zbieg okoliczności to jest coś, z czym sama się zmagam od dawna. Prowadzę notatki dość szczegółowo i porównuję różne okresy, ale kiedy patrzę na to po czasie, to nie potrafię rozstrzygnąć, czy coś 'zadziałało' dlatego, że zrobiłam rytuał, czy dlatego, że byłam wtedy w innym stanie psychicznym i po prostu inaczej działałam w codzienności. Czytałam gdzieś, że część praktyków rozwiązuje to przez podwójne notowanie - raz zaraz po rytuale, drugi raz tydzień lub dwa później, bez zaglądania do pierwszego zapisu. Potem porównują, jak zmieniło się ich postrzeganie sytuacji. Ale to wymaga żelaznej dyscypliny, której ja nie zawsze mam. Jarylo - a te przeglądy, o których piszesz, robisz je w konkretny dzień, na przykład powiązany z fazą księżyca, czy po prostu raz na jakiś czas?
Trochę się zatrzymuję na tym, co Mocarna napisała, bo mam z tym mieszane odczucia. Rozumiem logikę konkretnej intencji i sama często z tego korzystam, szczególnie przy pracy z runami. Ale czy nie ma tu ryzyka, że zbyt wąska intencja sprawia, że przegapiamy efekty, których się nie spodziewaliśmy? Bo z moją praktyką bywało tak, że rytuał 'nie zadziałał' w zakresie, który zapisałam, ale coś zupełnie innego się przesunęło i dopiero po jakimś czasie rozumiałam, że to był właśnie ten efekt - tylko nie tam, gdzie patrzyłam. To jest trochę paradoks z tym pamiętaniem wyników - jak dobrze pamiętasz intencję, to możesz nie zauważyć, że coś jednak się zmieniło.
Wtrącę się, bo ten wątek z niezamierzonymi efektami to jest coś, co mnie od jakiegoś czasu zastanawia. Przy pracy z astrologią i rytuałami często widzę, że to, co się 'przesunęło', jest o wiele szersze niż to, co próbowałem zainicjować. I doszedłem do wniosku, że może zamiast opisywać intencję jako cel, lepiej opisywać ją jako kierunek. Czyli nie 'chcę, żeby X się wydarzyło', ale 'chcę przesunąć energię w stronę Y'. Wtedy efekty boczne przestają być 'błędami' i stają się częścią obserwacji. Ale przyznam szczerze, że i tak mam problem z tym, co Poziomka opisała na początku - te notatki stają się martwe po czasie. Wracam do nich i nie czuję, że to ja je pisałem. Brakuje mi czegoś, co by 'ożywiało' te zapisy.
Czytam ten wątek i trochę mi mieszasz w głowie z tymi intencjami i kierunkami 🙂 Mam takie naiwne pytanie - czy w ogóle da się jakoś obiektywnie ocenić, czy rytuał zadziałał? Bo z horoskopami to przynajmniej masz coś zewnętrznego, co możesz sprawdzić. A tutaj to brzmi jakbyście sami sobie byli i badaczem, i badanym jednocześnie. Szczerze mówiąc, jakoś nie widzę, jak można to rozdzielić.
Ja prowadzę taki dziennik od dłuższego czasu i szczerze powiem, że dla mnie kluczowe było zaczęcie od opisywania swojego stanu emocjonalnego przed rytuałem i po nim, a nie samego rytuału. Bo jak wracam po dwóch miesiącach i czytam 'wykonałam rytuał na ochronę', to nic mi to nie mówi. Ale jak mam napisane, że byłam wtedy zestresowana, bałam się konkretnej sytuacji, miałam poczucie braku kontroli - i potem po kilku tygodniach to poczucie minęło, to mam przynajmniej jakiś punkt odniesienia. Nie wiem, czy to metoda, ale u mnie działa lepiej niż opisywanie samej ceremonii. Zresztą chyba każdy wróżbiarz powie, że stan wewnętrzny jest ważniejszy niż technika - to samo chyba dotyczy magii.
Przepraszam że się wtrącam ale mam pytanie bo nie za bardzo rozumiem - jeśli chodzi o te notatki to piszecie o rytualach konkretnie magicznych czy też o medytacji i pracy z chakrami to też się liczy? Bo u mnie to sie miesza i nie wiem jak oddzielac co od czego jak potem sprawdzam czy cos dzialalo xD Pytam bo sama mam notatnik ale jest taki chaos ze nic z tego nie wynika
Nawiązując do tego, co Cesia mówiła o wzorcach - mam podobne doświadczenie z astrologią i rytuałami, które synchronizuję z tranzytami. I właśnie ta warstwa zewnętrzna, astrologiczna, pomogła mi trochę z problemem oceny efektów. Bo mam coś poza samą praktyką - datę, konfigurację planet, przewidywany obszar oddziaływania. Potem jak sprawdzam, co się wydarzyło w danym oknie czasowym, to mam więcej zmiennych do porównania. Czy to eliminuje subiektywność? Nie. Ale przynajmniej daje jakąś strukturę. Zastanawiam się, czy ktoś podobnie używa kalendarza księżycowego jako warstwy porządkującej notatki - nie po to, żeby 'wzmacniać rytuał', ale właśnie jako punkt odniesienia przy późniejszej analizie.
Okej ale ile czasu wy tak naprawdę czekaliście na wyniki? Bo czytam i mam wrażenie, że wszyscy mówią o tygodniach i miesiącach analizowania. Ja nie mam tyle cierpliwości, żeby prowadzić notatki przez rok i dopiero potem wyciągać wnioski. Czy naprawdę nie ma żadnego sposobu, żeby szybciej ocenić, czy coś idzie w dobrą stronę?
Wracając do Jarylo i tej skali skupienia - to jest coś, o czym nie pomyślałam, a jest chyba bardzo konkretne. Bo zamiast opisywać coś niemierzalnego, oceniasz własną obecność podczas praktyki. I to ma sens niezależnie od metafizyki - jeśli działasz mechanicznie, to logiczne, że efekt jest inny niż kiedy jesteś naprawdę zaangażowana. Sama zaczynam się zastanawiać, czy mój problem z 'pustymi notatkami' nie wynikał właśnie z tego, że wiele rytuałów robiłam bez pełnej uwagi i dlatego nie miałam czego pamiętać. Jak można coś zapamiętać, skoro się tam tak naprawdę nie było? To brzmi banalnie, ale chyba jest prawdziwe.
Ta skala skupienia, o której pisała Poziomka - właśnie myślę, że to jest coś, co można rozbudować bez popadania w nadmierną biurokratyzację. Ja na przykład dorzuciłem jeszcze jedną kolumnę: czy po rytuale miałem jakiś obraz, myśl, skojarzenie, które się pojawiło samo z siebie. Nie oceniam tego, nie interpretuję od razu - po prostu notuję. I potem kiedy wracam po kilku tygodniach, to często te luźne skojarzenia mówią mi więcej o tym, co się działo, niż sam opis rytuału.
Ale jak to technicznie wygląda? Piszecie gdzieś to od razu po rytuale, na gorąco, czy czekajcie chwilę? Bo ja jak próbowałam pisać od razu, to wychodziło mi bardzo chaotyczne i potem i tak nic z tego nie rozumiałam.
A jak to jest z medytacją? Bo ja czasem po medytacji jestem tak spokojna, że w ogóle nie mam ochoty nic pisać, i potem nie wiem czy zapisywać stan sprzed medytacji, po medytacji, czy coś w srodku 🙂 przepraszam za literówkę
Nagrywanie głosowe w tym momencie przejścia - Baltazar, to jest właśnie to, o czym mówiłam wcześniej, tylko od innej strony. Mnie to pomogło przede wszystkim dlatego, że nie muszę myśleć o zapisie, mogę po prostu mówić. I potem słuchając słyszę ton głosu, wahania - to jest jakiś dodatkowy wymiar, który tekst gubi.
Czytam to i mam takie praktyczne pytanie - co wy robicie z tymi nagraniami? Słuchacie ich regularnie, transkrybujecie, czy po prostu trzymacie i wracacie jak coś trzeba sprawdzić? Bo to brzmi jakby szybko robiło się z tego gigantyczne archiwum.
To 'słuchanie innej osoby' - to jest coś, co mnie zatrzymuje. Czy to nie jest właśnie sedno tego, o czym rozmawiamy od początku? To, że jesteśmy w stanie ocenić swoją praktykę dopiero z odległości, bo w momencie wykonywania rytuału mamy zupełnie inne filtry percepcji. I to może być argument za tym, żeby w ogóle nie oceniać efektów zbyt szybko - nie dlatego że 'trzeba czekać', ale dlatego że wcześniej patrzysz na to swoimi ówczesnymi oczami.
A mnie ciekawi czy to okno przejścia da się świadomie wydłużyć? Bo jeśli tak, to może zamiast się śpieszyć z zapisem, można by je po prostu trochę przeciągnąć? Próbowałam raz bardzo powolnego wychodzenia z rytuału, takie stopniowe, i miałam wrażenie że dłużej byłam w tym stanie. Ale to może być złudzenie.
Dorzucę coś od strony snów, bo to naprawdę ta sama dynamika. Badania nad hipnopompią, czyli właśnie tym stanem przejścia między snem a jawą, pokazują że wydłużenie go niekoniecznie daje więcej treści do zapisu. Raczej chodzi o jakość uwagi w tym momencie, nie o czas. Czy przy rytuałach macie podobne odczucie? Że chodzi bardziej o skupienie w danej chwili niż o to jak długo trwa przejście?
Mam wrażenie że ta rozmowa kręci się wokół jednego zasadniczego napięcia - bycie w doświadczeniu kontra dokumentowanie go. I chyba nie ma na to złotego środka, bo jak tylko zaczynamy obserwować siebie w rytuale, zmieniamy sam rytuał. Znam to z notatek numerologicznych, gdzie zapis w trakcie pracy z liczbami całkowicie przestawia mi tryb myślenia.
Nie jestem przekonany do całego tego podejścia z oknami i stanami przejścia, ale mam konkretne pytanie do Poziomki bo zostawiła wątek otwarty - mówisz że wracasz do nagrań losowo. Ale jak to wygląda praktycznie, kiedy słuchasz czegoś z przed kilku miesięcy, to jak decydujesz że to jest w ogóle relevantne? Czy patrzysz na datę, na czas w cyklu księżycowym, cokolwiek?
Wróciłem do pytania Rafalka sprzed kilku postów i chcę coś do tego dodać. On pyta jak weryfikować czy coś 'działa' bez notatek. Sam przez jakiś czas pracowałem bez systematycznego zapisu i muszę przyznać że miałem wtedy bardzo selektywną pamięć - pamiętałem co się sprawdziło, a to co nie zadziałało po prostu wyparowywało. Notatki były jedynym sposobem żeby zobaczyć pełny obraz, nie tylko potwierdzenia.
Okej ale co z osobami które nie mają cierpliwości do prowadzenia notatek? Pytam serio bo mnie to dotyczy. Próbowałam wielokrotnie, zawsze po tygodniu odpuszczam. Czy jest jakiś sposób żeby to ograniczyć do minimum i jeszcze coś z tego wynieść?
Ale czy jedno zdanie to nie jest za mało żeby w ogóle coś wyczytać po czasie? Mam wrażenie że poniżej pewnego progu danych, zapis przestaje mieć wartość porównawczą. Co można zrobić z setką zdań z których każde to 'coś poczułam'?
Właściwie to jest osobny temat - jak pisać żeby zapis był użyteczny. Bo jedna notatka napisana precyzyjnie jest warta więcej niż strona chaotycznych wrażeń. Ja od jakiegoś czasu piszę zawsze co najmniej jeden konkret - datę, godzinę, i jedną obserwację którą mógłbym komuś opowiedzieć w dwóch zdaniach. To zmusiło mnie do selekcji już w momencie zapisu.
czekjcie ale jak zapisujete ze 'nie wiecie' to pozniej mozecie odroznic to nie wiecie od zwyklego zamętu po dlugim rytuale? bo mi sie wydaje ze czesto nie wiem = po prostu byłam zmeczona a nie ze cos waznego sie dzialo
A może to w ogóle nie jest problem który da się rozwiązać w momencie zapisu? Może właśnie o to chodzi w wracaniu do notatek - że dopiero z perspektywy widzisz co wtedy było zamętem a co czymś więcej. Ja przez długi czas próbowałam klasyfikować rzeczy od razu i tylko mi to przeszkadzało, bo traciłam czas na kategoryzowanie zamiast na samo zapisanie.
