Ale jak w ogóle ktoś ma wiedzieć, że jest gotowy? Bo czytam to co napisała Telimena i mam wrażenie, że to jest jakiś błędne koło - żeby wiedzieć czy wybierasz świadomie, musisz już coś wiedzieć, a żeby cokolwiek wiedzieć, musisz najpierw zacząć.
Tylko że przy pracy symbolicznej w terapii jest przynajmniej ktoś z zewnątrz, kto widzi, kiedy coś idzie nie tak. Przy samodzielnym rytuale tego nie ma. I nie mówię, że to dyskwalifikuje samodzielną pracę, ale to jest realna różnica, o której nie zawsze się mówi.
A terapeuci w ogóle wiedzą, że ich pacjenci robią rytuały? Bo jakoś wyobrażam sobie, że większość po prostu tego nie mówi na sesji.
Ja mówiłam swojej terapeutce. Nie od razu, ale po jakimś czasie. Jej reakcja była neutralna, co mnie zaskoczyło, bo się spodziewałam albo entuzjazmu albo sceptycyzmu. Po prostu zapytała, co mi to daje i co czuję podczas rytuałów. Tyle. I to było dobre pytanie, bo zmusiło mnie do konkretnego myślenia, a nie tylko działania.
To co mówi Apolonia jest według mnie kluczowe w tym wątku. Bo język, którym mówimy do terapeuty i język, w którym robimy rytuał, to mogą być dwa różne języki nawet jeśli oba są po polsku. Ten drugi jest w jakimś sensie prywatny i może właśnie dlatego działa.
Ale tu wchodzi pytanie, czy ta prywatność to jest cecha samego języka, czy cecha relacji z praktyką. Bo ktoś, kto przez lata pracował z łaciną liturgiczną, może mieć identyczne poczucie prywatności i suwerenności wobec łaciny, a dla kogoś innego łacina będzie równie dostępna co publiczne przetargi.
Chcę się cofnąć do tego co napisała Telepatka o kryteriach działania, bo myślę, że to nie zostało do końca rozwinięte. W badaniach nad efektywnością interwencji psychologicznych istnieje coś, co się nazywa common factors - są to czynniki wspólne dla różnych podejść terapeutycznych, które odpowiadają za znaczną część efektu terapeutycznego niezależnie od metody. Należą do nich między innymi poczucie nadziei, relacja z pomocnikiem, spójność narracji o sobie. Rytuał może trafić w kilka z tych czynników jednocześnie, zwłaszcza ten ostatni. I z tej perspektywy pytanie o język staje się pytaniem o to, który język buduje spójniejszą narrację dla konkretnej osoby.
To jak w ogóle rozróżnić takie domknięcie od stłumienia? Bo oboje chyba dają podobne uczucie spokoju po rytuale, a to, co jest stłumione, wróci, a to, co domknięte, nie.
A co jeśli ktoś w ogóle nie rozróżnia tych stanów i po prostu cieszy się, że jest spokojniej? Nie każdy ma ten rodzaj wglądu, szczególnie jeśli dopiero zaczyna pracę z sobą.
I tutaj wracamy do tego, od czego zaczęłam ten wątek. Leki działają niezależnie od wglądu, to jest ich przewaga i jednocześnie ograniczenie. Rytuał wymaga pewnego stopnia samoświadomości, żeby działał w sposób, który można w ogóle ocenić. Ale ta samoświadomość jest właśnie tym, co terapia buduje. Więc te trzy rzeczy mogą tworzyć sekwencję, a nie tylko zestaw równoległych praktyk.
Sekwencję, czyli najpierw leki, potem terapia, potem rytuał? Czy to może działać inaczej?
Albo rytuał jako pierwsze, bo do terapii ktoś jeszcze nie jest gotowy finansowo albo logistycznie, i dopiero potem reszta. Niekoniecznie w jednym schemacie dla wszystkich.
To co mówi Dziwozona ma sens, ale mam wrażenie, że wchodzimy w jakiś schemat, w którym każdy porządek jest dobry, byleby był. A pytanie brzmi - czy sekwencja w ogóle ma znaczenie, czy raczej chodzi o to, żeby wszystkie te elementy w pewnym momencie były obecne, niekoniecznie po kolei?
Właśnie. Ja nie zaczęłam od terapii, zaczęłam od rytuałów, potem przyszła terapia, a leki gdzieś pośrodku. I nie wiem, czy gdybym to odwróciła, miałoby ten sam efekt. Mam wrażenie, że rytuały na początku dały mi język do mówienia o sobie, zanim w ogóle wiedziałam, że czegoś szukam.
Ale czy to nie jest trochę ryzykowne? Tzn. jeśli ktoś zaczyna od rytuałów bez żadnego wsparcia z zewnątrz, to skąd wie, że nie buduje czegoś, co potem będzie musiał rozmontowywać na terapii?
Ryzyko istnieje wszędzie, to trochę bezproduktywne kryterium. Pytanie jest raczej o to, jakie sygnały ostrzegawcze są charakterystyczne dla pracy rytualnej, a jakie dla terapii, i czy te sygnały w ogóle są porównywalne.
Przy rytuale te sygnały są dla mnie dużo trudniejsze do zauważenia w czasie rzeczywistym. W terapii masz kogoś, kto obserwuje, jak reagujesz. Przy rytuale zostaje ci tylko to, co czujesz po - a jak Jarzebinka pisała wcześniej, spokój po stłumieniu i spokój po domknięciu mogą wyglądać identycznie.
A co z tym językiem rytuału - bo gdzieś wyżej się to pojawiło, ale potem wątek poszedł w inną stronę. Jak ktoś robi rytuał w języku, którego nie rozumie dosłownie, to gdzie tu jest ta samoświadomość, o której mówi Telepatka?
Ale tu jest problem z weryfikacją. Jak masz formuły, których nie rozumiesz, to nie możesz stwierdzić, czy intencja, którą wnosisz, w ogóle gra z treścią tej formuły. Może robisz rytuał ochronny, a formuła jest o czymś zupełnie innym i te dwie warstwy po prostu istnieją obok siebie bez żadnego połączenia.
To jest właśnie ten moment, w którym magia i terapia stawiają różne wymagania. Terapeuta powie ci, żebyś rozumiała, co mówisz i czemu to mówisz. Tradycja magiczna często mówi coś odwrotnego - nie analizuj, zaufaj formule. Te dwa podejścia są naprawdę trudne do pogodzenia w jednej głowie.
Ale czy to nie jest tak, że różne etapy pracy wymagają różnego podejścia? Tzn. może są momenty, kiedy analiza przeszkadza, i momenty, kiedy bez niej nie ma sensu iść dalej.
Tak, i myślę, że to jest jeden z powodów, dla których niektórzy terapeuci pracujący z podejściem Jungowskim są dużo mniej zdziwieni, kiedy klient mówi o rytuale. Tam symbole i obrazy mają pracować poniżej poziomu analizy, przynajmniej na początku. Dopiero potem się to przepracowuje słowami.
Jung był zresztą sam z siebie głęboko zanurzony w tradycjach, które nie są mainstreemem - alchemia, gnostycyzm, mandala. Nie wiem, czy to cokolwiek dowodzi w kwestii skuteczności, ale przynajmniej pokazuje, że ta granica między psychologią głębi a praktyką rytualną jest historycznie dużo bardziej rozmyta, niż nam się wydaje.
Moim zdaniem tak i nie. Nie masz ciężaru erudycyjnego, ale możesz mieć inny - językowy, sensualistyczny, po prostu dźwiękowy. Łacina brzmi dla większości ludzi inaczej niż codzienny język, i to już coś robi, nawet bez wiedzy.
Ja to czuję przy angielskich formułach. Angielski znam płynnie, więc nie ma efektu obcości, ale jest coś w tym, że to nie jest mój język pierwszego emocjonalnego zapisu. Polskie słowa mają dla mnie ładunek, który angielskie po prostu nie mają w ten sam sposób. I przy rytuale ta różnica jest bardziej odczuwalna niż w rozmowie.
Ale właśnie to spekulatywne przełożenie jest dla mnie najciekawsze z praktycznego punktu widzenia. Ja kiedy robię cokolwiek po angielsku, mam poczucie, że jestem bardziej w głowie. Polskie słowa mnie fizycznie bardziej ruszają, szczególnie te starsze, mniej codzienne. Nie wiem, czy to jest kwestia sieci pamięciowych, czy po prostu tyle lat słuchania polskich bajek i modlitw robiło swoje. Ale efekt jest zauważalny.
To jest problem metodologiczny, który mnie tutaj trochę kręci w kółko. Nie da się oddzielić języka od treści, treści od intencji, intencji od stanu psychicznego podczas rytuału. Wszystko jest ze sobą splecione i każda próba wyizolowania jednej zmiennej jest trochę sztuczna. Może dlatego tradycje, które naprawdę działają spójnie, pakują to wszystko razem - konkretny język, konkretny ruch, konkretna pora, konkretny oddech - i nie pytają, co z czego wynika.
