zimna woda jako zamknięcie - to ma sens, bo to wyraźny bodziec sensoryczny. Ale mam pytanie, bo właśnie próbuję bardziej świadomie kończyć - jak długo po rytuале czekasz zanim to zrobisz? Czy od razu, czy jest jakaś przerwa?
To pytanie Bonifacego jest dobre. Czas po rytuale to coś o czym mało się mówi. Ja stosuję kilka minut ciszy zanim cokolwiek zrobię fizycznie - nie dlatego że jest to przepisowe, ale bo zauważyłem że jeśli wstaję od razu, to jakby coś urywa się za wcześnie i potem przez jakiś czas jestem lekko rozstrojony.
Ten rozstrój po zbyt szybkim zakończeniu - jak go u siebie rozpoznajecie? Bo ja mam różne odczucia i nie zawsze wiem czy to efekt zbyt szybkiego wyjścia ze stanu, czy po prostu zmęczenie albo coś zupełnie niezwiązanego.
To niedomknięcie które Hilek opisuje - w kontekście fizjologii układu nerwowego może być związane z tym że gwałtowne wyjście ze stanu podwyższonej aktywności alfa w EEG może powodować coś w rodzaju dyskomfortu przejściowego. Mózg potrzebuje chwili żeby wrócić do trybu beta. To nie jest ezoterycznie, to jest po prostu biologia. Ale i tak warto na to reagować identycznie jak Hilek - dać sobie tę chwilę.
Ja też mam takie różne warstwy odczuć podczas praktyki i nie zawsze potrafię je poukładać. Są sesje gdzie wszystko jest spokojne i płaskie, i są takie gdzie coś się dzieje intensywniej w ciele, więcej drżenia, ciepła, zmienionego oddechu. Czy to zależy od dnia, od tematu rytuału, od czegoś jeszcze? Nie mam na to odpowiedzi.
A czy jest ktoś kto celowo próbował modulować te odczucia fizyczne - nie jako cel sam w sobie, ale żeby sprawdzić jak ciało reaguje na różne elementy rytuału? Jak zmiana kolejności, zmiana tempa, zmiana miejsca? Bo mnie chodzi po głowie żeby to potraktować bardziej eksperymentalnie, tylko nie wiem czy to ma sens czy raczej psuje coś w samej praktyce.
To co Poziomka pisze o celowym modulowaniu - robiłem coś takiego przez jakiś czas, ale nie do końca systematycznie. Zmieniałem tempo wchodzenia w rytm, raz wolniej, raz szybciej, i obserwowałem jak ciało reaguje. Wyniki były różne - przy wolniejszym wejściu fizyczne odczucia były łagodniejsze ale stabilniejsze, przy szybszym dochodziło do czegoś w rodzaju skoku, intensywniej ale krócej. Tylko nie wiem na ile to było powtarzalne, bo warunki nigdy nie były takie same.
Ten wątek Drakony jest ciekawy - obserwator i uczestnik naraz. Bo u mnie dokładnie to się dzieje kiedy próbuję coś sprawdzić świadomie podczas rytuału. Jakbym wchodził na piętro żeby zobaczyć co się dzieje na parterze, zamiast tam być. Skuteczność praktyki spada, ale rzeczywiście coś obserwuję. Tylko co - nie zawsze wiem.
To co Drakona i Kacperek opisują ma nazwę w psychologii - efekt obserwatora, który sam zmienia obserwowane zjawisko. W medytacji badano to całkiem poważnie. Lutz i Davidson z University of Wisconsin pisali o tym jak meta-świadomość podczas medytacji zmienia aktywację prefrontalną. Czyli pytanie czy w ogóle da się obserwować własny stan bez jego zmiany jest całkiem uzasadnione.
Albo inaczej - może właśnie ten moment obserwacji jest osobną umiejętnością do rozwinięcia, nie przeszkodą. Jakby dwutorowe działanie - część idzie w rytuale, część patrzy. Brzmi abstrakcyjnie ale u mnie to się zdarza, rzadko, ale zdarza.
Ta oceniająca część którą Ewunia opisuje - u mnie też jest. I zauważyłam że pojawia się szczególnie kiedy czegoś nie rozpoznaję w ciele, jakiegoś nowego odczucia. Wtedy głowa automatycznie wchodzi żeby to skatalogować. Jakby nieznane = zagrożenie dla układu nerwowego, trzeba sprawdzić.
A wracając do tego co Swiatowid pisał o różnym tempie wchodzenia - czy to miało znaczenie też dla tego jak kończyłeś? Bo mam wrażenie że intensywne wejście wymaga bardziej uważnego wyjścia, i vice versa. Albo to tylko moje przekonanie.
Napięcie w szczęce po rytuale - to mnie trafia. Nie kojarzę żebym kiedykolwiek z tym coś robił. Swiatowid, co z tym robiłeś - rozluźniałeś to jakoś specjalnie czy po prostu czekałeś aż samo przejdzie?
Ciekawe że wyszło nam to przez przypadek w rozmowie - każdy ma te swoje punkty ciała które najwyraźniej reagują. U Swiatowida szczęka i barki, u Hilka coś między uszami, u mnie to jakby ciężar w dłoniach. Czy to jest powtarzalne między sesjami, czy każdy rytuał trochę inaczej?
Moje obserwacje są takie że te punkty ciała są w dużej mierze stałe dla danej osoby, ale intensywność jest różna. Jakby ciało miało swoje miejsca preferencyjne dla rozładowania albo gromadzenia napięcia energetycznego. Zmienia się to przez lata praktyki - co kilka lat mogę zauważyć że moje stałe miejsca się przesunęły.
Jest trochę literatury z zakresu somatic experiencing i Poleyvagal Theory Stephena Porgesa, która dotyka tego jak ciało przechowuje wzorce odpowiedzi na stres i aktywację. Nie dotyczy bezpośrednio rytuału, ale jeśli rytual aktywuje układ nerwowy, to mechanizmy mogą być analogiczne. Miejsca napięcia to często miejsca gdzie autonomiczny układ nerwowy 'pamięta' powtarzające się wzorce.
Ale czy zmiana miejsca jest w ogóle celem? Może ważniejsze jest po prostu to żeby rozpoznawać swoje sygnały, cokolwiek to jest i gdziekolwiek się pojawia. Bo jeśli zacznę aktywnie próbować przestawić gdzie to czuję, to chyba gubię coś ważnego - że to ciało informuje mnie naturalnie, nie na odwrót.
To co Marianka napisała o tym automatycznym katalogowaniu nieznanego - to chyba jest sedno. Bo jak już wiem co to jest, ta oceniająca część spokojnie odpuszcza. Problem jest właśnie z tym co nieznane, nowe, nieopisane jeszcze.
To co Swiatowid i Marianka opisują jest zbliżone do tego jak działa system oceny zagrożeń w układzie limbicznym - ciało migdałowate skanuje bodźce pod kątem bezpieczeństwo/niebezpieczeństwo zanim korteks w ogóle się włączy. Jeśli rytual generuje nieznane odczucia, ten mechanizm prawdopodobnie wchodzi automatycznie, bez decyzji świadomej.
Może to nie chodzi o to żeby go wyłączyć, tylko żeby go trochę opóźnić. Jak jest opóźniony o te kilka sekund, zdążysz bardziej zanurzyć się w odczucie zanim ocena wejdzie. Chociaż nie wiem czy to robi się samo z czasem praktyki czy trzeba to jakoś aktywnie ćwiczyć.
Ciekawe co Drakona mówi o 'ciało jako dom'. Bo jak o tym myślę, to większość czasu spędzam w głowie - planowanie, analizowanie, praca. Podczas rytuału próbuję nagle wejść do czegoś do czego nie jestem za dobrze wprawionym gościem przez resztę doby.
A jak pracujesz z tym żeby być bardziej w ciele poza rytuałem? Bo to brzmi jak coś co mogłabym spróbować, ale nie bardzo wiem od czego zacząć. Czy to jest coś prostego, codziennego, czy wymaga jakiegoś konkretnego systemu?
Boso po podłodze - to akurat robię od dawna i nie kojarzyłam tego z żadną praktyką. Teraz się zastanawiam czy to dlatego łatwiej mi wejść w medytację wieczorem niż rano.
Poziomka, to co Drakona opisuje to jest trochę jak uziemienie rozumiane bardzo dosłownie, nie metaforycznie. Chodzi o kontakt z podłożem, temperaturą, fakturą. Ciekawe że tak dużo tradycji rytualnych ma to wbudowane w samą strukturę - stanie boso, dotykanie ziemi, obmywanie rąk. Może to nie jest tylko symbolika.
To by tłumaczyło czemu po rytuale kiedy zostaje boso i stoję chwilę na podłodze to to napięcie w szczece o którym pisałem wcześniej szybciej odpuszcza niz gdy od razu wkladam buty i ide dalej. Nigdy tego nie łączyłem celowo ale teraz zaczynam.
Ten wątek z ziemią i uziemieniem fizycznym zaczyna mi tłumaczyć coś co mnie od dawna zastanawiało - dlaczego rytuały wykonywane na zewnątrz, na ziemi albo trawie, mają inną jakość niż te same rzeczy w zamkniętym pomieszczeniu. Myślałem że to atmosfera, ale może to właśnie kontakt fizyczny.
Jest badanie z 2015 roku - Chevalier i inni w Journal of Inflammation Research - dotyczące earthingu, czyli bezpośredniego kontaktu skóry z ziemią. Wykazali wpływ na kortyzol i markery stanu zapalnego. To nie jest ezoteryka, to fizjologia. Jeśli ziemia reguluje biochemię, to zmienianie miejsca rytuału naprawdę może zmieniać stan ciała przed i po, nie tylko nastrój.
