Kartomanta, to jest ciekawy obrót. Czyli nie 'czekam bo może zadziała', tylko 'analizuję dlaczego jeszcze nic' - i w tej analizie materiał jest jednym z elementów do sprawdzenia. Ja dotąd myślałem o czasie oczekiwania bardziej biernie, ale jak to tak postawisz, to jest to dużo aktywniejsza postawa.
To zmienia też pytanie o granicę czekania. Jeśli czas oczekiwania jest informacją a nie tylko próbą wytrzymałości, to granica nie jest arbitralna - wynika z analizy. Przestajesz czekać nie dlatego że minął jakiś czas, tylko dlatego że przeanalizowałaś co masz i zdecydujesz że nie ma sensu kontynuować w tym układzie.
O, Fasolka, to mi coś otwiera. Bo jak teraz myślę wstecz o rytuałach które nie dały efektu - rzeczywiście był ten moment gdzie miałam jakieś tknięcie że coś jest nie tak i go zignorowałam. I potem czekałam miesiącami. Czyli może ta granica czekania zaczyna się już w samym rytuale?
Dokładnie o to chodzi z notatkami. Jak piszę w trakcie albo zaraz po, to mam inną informację niż kiedy próbuję to odtworzyć po pół roku. I właśnie w tych notatkach kilka razy widziałem że napisałem coś w rodzaju 'użyłem tego bo miałem pod ręką' - i potem się dziwiłem że coś nie idzie. Materiał był z przypadku, nie z decyzji.
Zenek dotknął czegoś czego nie chcę pominąć. 'Miałem pod ręką' to jest jedna z najczęstszych przyczyn rozmijania się efektu z oczekiwaniem, a rzadko ktoś to uczciwie przyznaje. W tradycjach gdzie materia miała znaczenie - czy to w magii sefardyjskiej z użyciem konkretnych żywic, czy w hoodoo gdzie dobór korzenia był precyzyjnie powiązany z typem intencji - improwizacja substytucyjna była znana, ale traktowana jako kompromis ze świadomością że wynik może być słabszy lub inny. Nie jako standard. Współczesna praktyka często rozmywa tę granicę.
To 'goes cold' jest ciekawe bo ja intuicyjnie czuję coś podobnego, tylko nigdy nie miałam na to nazwy. Jest taki moment kiedy czujesz że coś jest już przeszłością, nie aktywnością. I to jest moim prywatnym sygnałem że granica minęła - nie data, tylko to poczucie.
ale jak odróżnić że to faktycznie 'ostygło' od tego że po prostu sie zniechęciłaś? bo jak długo czekasz to chyba normalnie opadają ręce i można to pomylić
Okej, ale to co Wrzosianka i Konstancja opisują - to jest bardzo subtelne. Skąd wiedzieć że się dobrze odczytuje te sygnały, szczególnie na początku? Czy jest jakiś zewnętrzny punkt kontrolny, cokolwiek konkretniejszego niż własne odczucia?
Dobra, to notatki rozumiem jako punkt wyjścia. Ale mam pytanie do Fasolki albo kogokolwiek - jak często te notatki powinny być robione? Bo jak zacznę pisać codziennie 'nic się nie dzieje', to po tygodniu po prostu przestanę, bo to bez sensu.
Trochę mnie zastanawia czy te notatki nie tworzą wtedy efektu obserwatora, nie? Że jak non-stop analizujesz co się dzieje, to nie możesz puścić intencji i po prostu pozwolić żeby coś zadziałało. Chyba gdzieś czytałam że nadmierna kontrola blokuje przepływ.
To jest chyba jedno z trudniejszych pytań w całej tej praktyce. Ja po długim czasie doszedłem do tego żeby zapisywać bez etykietowania - tzn. notuję zdarzenie, nie piszę od razu 'to chyba związane z rytuałem'. Wracam do tego po jakimś czasie i wtedy próbuję zobaczyć wzorzec. Jak robisz to na gorąco, to za bardzo chcesz żeby coś było połączone.
Zenek, to co mówisz o etykietowaniu na gorąco mi bardzo siedzi. Bo jak teraz myślę, to chyba właśnie tak robiłam błąd - każde małe zdarzenie od razu wciągałam do 'rytuału' i potem miałam wrażenie że działa, a tak naprawdę tylko zbierałam potwierdzenia. A jak potem nic większego nie przychodziło, to nie wiedziałam czy czekać dalej.
Kartomanta dotknął tu czegoś co jest naprawdę rzadko omawiane - kwestii tego jak dawne systemy opisywały relację między rytuałem a skutkiem. W tekstach chaldejskich i w późniejszej tradycji hermetycznej skutek rytuału był traktowany jako odpowiedź, nie wynik. To nie jest tylko semantyka. Odpowiedź może być opóźniona, może być pośrednia, może być nieoczekiwana formą - i to nie było traktowane jako porażka. Dopiero nowożytne myślenie magiczne przejęło model przyczynowo-skutkowy z nauki i zaczęło patrzeć na rytuał jak na eksperymenty z oczekiwanym wynikiem. I myślę że właśnie stamtąd pochodzi ten cały problem z granicą czekania - bo jak czekasz na odpowiedź to jest to inne doświadczenie niż kiedy czekasz na efekt.
ale jak wiesz że ta druga strona 'milczy definitywnie' a nie że po prostu jeszcze nie odpowiedziała? to jest dokładnie to samo pytanie tyle że w innym opakowaniu chyba
A macie może jakieś przykłady tych małych, sprawdzalnych rytuałów które mówi Fasolka? Bo jak słyszę 'małe i konkretne' to nie bardzo wiem co miałoby do tego pasować. Intencja ochronna na tydzień? Coś z konkretnym materialnym celem?
Wracając do pytania Brygidki o konkretne przykłady - w tradycji skandynawskiej były rytuały z bardzo krótkim, weryfikowalnym horyzontem. Na przykład praca z runą nad konkretnym zadaniem na czas jego trwania. Nie 'ogólna pomoc', tylko jeden konkretny proces. I wynik albo był albo go nie było. Nie ma tu miejsca na interpretację.
Zenek dotknął tu czegoś co mnie zawsze zastanawiało. Bo jeśli rytuał zmienia mnie, to czy w ogóle mam prawo mówić o 'czasie oczekiwania'? Ja już dostaję efekt w momencie rytuału - zmienia się moja uwaga, moje decyzje. Czas oczekiwania dotyczy chyba tylko tych efektów które są zewnętrzne i niezależne ode mnie.
Edytka ma rację, bo zmiana wewnętrzna to jest fajne wytłumaczenie ale co jeśli nie o to chodziło w rytualne? Ja miałam raz sytuację gdzie naprawdę czekałam na konkretny zewnętrzny rezultat i po trzech miesiącach stwierdziłam że to nie działa. I do dziś nie wiem czy za wcześnie zakończyłam, czy rytuał po prostu nie zadziałał, czy może zadziałał i po prostu tego nie zauważyłam.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że cały czas kręcimy się wokół czegoś bez nazwania tego wprost. Problem z 'za długo' nie polega na czasie - polega na tym że nie wiemy co obserwować. Jak masz jasne kryterium sukcesu zanim zaczniesz rytuał, to wiesz kiedy skończyć czekać. Jak go nie masz, to możesz czekać w nieskończoność i każde zdarzenie będzie albo 'to to' albo 'jeszcze nie to'.
Ja to robię od jakiegoś czasu i to zmieniło całe moje podejście do oceny. Ale muszę być szczery - pierwsze kilka razy napisałam coś tak ogólnego, że i tak mogłam to potem dopasować do prawie wszystkiego. Dopiero jak zacząłem pisać bardzo konkretnie, np. 'do końca tego miesiąca dostanę propozycję rozmowy w tej jednej firmie', to miałem realny test.
I co się wtedy okazało? Przepraszam że dociskam, ale to chyba najbardziej konkretna rzecz w tej rozmowie.
To co Zenek opisuje to jest coś czego mnie trochę brakuje w swoich notatkach. Mam zapisane intencje ale często są za miękkie. 'Lepsze relacje w pracy' to nie jest weryfikowalne. Chyba muszę to przepisać inaczej. Tylko teraz mam pytanie do was - czy zbyt konkretne kryterium nie blokuje tego jak rytuał może zadziałać? Bo może ta praca się nie pojawiła ale pojawiła się inna, lepsza?
ale właśnie nie wiem czy to jest zły argumnet? bo w życiu tez czasem dostajesz co innego niz chciałeś i to jest lepsze, więc może rytuał tez tak działa i to nie jest wymówka tylko rzeczywistość
To co Edytka pisze ma sens jako obserwacja życiowa, ale w kontekście oceny rytuału to jest właśnie ten mechanizm który sprawia, że praktycznie żaden rytuał nie może 'nie zadziałać'. Dostałeś to co chciałeś - sukces. Dostałeś coś innego - rytuał zadziałał inaczej. Nie dostałeś nic - energia jeszcze pracuje. To nie jest logika oceny, to jest system zamknięty na falsyfikację. I to jest w porządku, jeśli ktoś to świadomie wybiera, ale nie można wtedy mówić o czasie oczekiwania w żadnym sensowym znaczeniu.
Tylko że co z tymi praktykami gdzie naprawdę nie ma zewnętrznego kryterium? Konstancja mówiła o czakrach, ale to samo chyba dotyczy np. pracy z runami nad sobą. Jak mam wiedzieć że coś się zmieniło jeśli nie ma żadnego punktu odniesienia z zewnątrz?
Plejadka dotknęła czegoś ważnego i to wraca do głównego pytania wątku. Czas oczekiwania jest tak naprawdę niemierzalny jeśli nie masz rzetelnego punktu zero. Możesz czekać dwa tygodnie, dwa miesiące, rok - ale jeśli twój punkt startowy był już zniekształcony oczekiwaniem, to i tak nie wiesz co mierzysz. Dlatego ja od pewnego czasu robię snapshot z wyprzedzeniem - nie przed rytuałem, ale tydzień wcześniej zanim jeszcze zdecyduję czy go robię.
To jest coś o czym rzadko się mówi otwarcie - że część rytuałów po prostu odpada zanim zaczniesz, bo problem sam się rozwiązuje albo okazuje się że nie był tak pilny jak się wydawało. I to nie jest porażka, to jest właśnie ten czas oczekiwania działający przed rytuałem, nie po.
