Ostatnio wróciłem do czegoś, co przez długi czas traktowałem jako rozgrzewkę przed właściwym rytuałem, a teraz zaczynam myśleć, że to w ogóle nie jest żaden wstęp, tylko osobna praktyka. Chodzi o oddychanie. Nie pranajama z podręcznika do jogi, tylko świadome oddychanie wplecione bezpośrednio w sam rytuał. Zacząłem eksperymentować z tym przy pracy z czakrami i zauważyłem, że jakość skupienia jest zupełnie inna, gdy oddech jest częścią intencji, a nie tylko czymś, co 'robię żeby się uspokoić'. Zastanawiam się, czy ktoś pracuje z tym w podobny sposób i czy widzicie różnicę między oddychaniem jako przygotowaniem a oddychaniem jako elementem samego rytuału. Bo dla mnie to jednak dwie różne rzeczy.
To jest akurat coś, o czym rzadko się tu mówi wprost. Większość osób, które obserwuję przy pracy z energią, traktuje oddech jak coś oczywistego - oddychasz, bo musisz. Tymczasem jeśli patrzę na to od strony czakr, to oddech to jedyny proces w ciele, który jest jednocześnie autonomiczny i w pełni świadomy. Możesz go przejąć albo puścić. I ta 'granica' między kontrolą a oddaniem jest według mnie dokładnie tym miejscem, gdzie coś zaczyna się dziać energetycznie. Ciekawi mnie, co konkretnie zmieniałeś w tym oddychaniu przy pracy z czakrami? Rytm, głębokość, zatrzymanie oddechu?
Przy tej rozmowie warto zajrzeć do źródeł, bo termin 'pranajama' jest często używany zamiennie z 'kontrolą oddechu', a to nie jest to samo. W Jogasutrach Patańdżalego pranajama jest czwartym krokiem na ośmiostopniowej ścieżce i definiowana jest jako 'przerwanie ruchu wdechu i wydechu' - czyli zatrzymanie, nie tylko regulacja. To całkowicie inna jakość niż spokojne, głębokie oddychanie. Nie mówię, że jedno jest lepsze od drugiego, ale te dwa podejścia faktycznie działają na innej zasadzie. Przy rytuałach magicznych, które znam głównie z tradycji ceremonialnych, zatrzymanie oddechu pojawia się jako technika celowego obniżenia aktywności umysłu, żeby zrobić miejsce na intencję. Czy ktoś tutaj pracuje akurat z zatrzymaniem, nie tylko z rytmem?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może trochę z boku. Czy to, co robicie, jest w jakiś sposób powiązane z konkretną tradycją, czy raczej każdy to sobie sam układa? Bo ja się bardziej kręcę wokół astrologii i tam oddech jako taki nie pojawia się w praktyce, ale słyszałam gdzieś, że niektóre planety są wiązane z rytmami oddechowymi i nigdy nie wiedziałam, czy to cokolwiek poważnego, czy tylko metafora.
to, co opisujesz z wydłużonym wydechem, ma dość dobrze zbadane podłoże - aktywacja nerwu błędnego, przełączenie układu nerwowego w tryb przywspółczulny. To nie jest magia w cudzysłowie, to fizjologia. Ale właśnie dlatego mnie to interesuje, bo trudno powiedzieć, gdzie kończy się wpływ na ciało, a zaczyna wpływ na coś, co moglibyśmy nazwać energią. Praca z czakrą splotu słonecznego przy zatrzymaniu oddechu po wydechu - czyli w tzw. bandha - to jest coś zupełnie innego niż spokojne oddychanie. Czułeś przy tym cokolwiek w okolicach splotu słonecznego albo wyżej?
Trochę mnie korci, żeby zapytać o ten pomysł z 'właściwym czasem'. Bo tytuł wątku mówi o głębokim oddechu, ale w opisie jest coś o tym, kiedy wykonać rytuał na nową osobę. To jest zupełnie inna para kaloszy i nie za bardzo wiem, jak to połączyć. Czy oddychanie ma tu decydować o tym, że moment jest odpowiedni? To brzmi jak coś między samooceną gotowości a astrologicznym timingiem.
Ja miałam ostatnio dosyć dziwne doświadczenie z tym właśnie. Robiłam rytuał, który sobie ułożyłam wokół pewnej zmiany numerologicznej - wejście w rok osobisty 1, więc coś w rodzaju 'zamknięcia i otwarcia'. Przy wydechu miałam wyraźne uczucie, że coś fizycznie wychodzi z klatki piersiowej, nie metaforycznie, ale naprawdę jak coś ciepłego. Byłam tym dosyć zaskoczona, bo wcześniej tego nie czułam. Nie wiem, czy to kwestia momentu, skupienia, czy po prostu numerologia zadziałała jak rodzaj wewnętrznej zgody na odpuszczenie. Czy ktoś miał podobne odczucia fizyczne, coś konkretnego w klatce albo brzuchu?
Dobra, to może głupie pytanie, ale skąd właściwie wiadomo, które nozdrze 'dominuje'? Nigdy nie zwracałem na to uwagi podczas żadnych rytuałów. I czy to zmienia cokolwiek w praktyce, czy to raczej subtelność, którą się zauważa po czasie?
Wchodzę tu z zupełnie innej strony, bo mnie bardziej interesują sny i stany na pograniczu, ale to, co opisujecie, brzmi trochę jak to, co się dzieje tuż przed zaśnięciem albo podczas hipnagogii. Tam oddech sam się uspokaja i zwalnia, i często właśnie wtedy pojawiają się obrazy, które trudno potem wytłumaczyć. Zastanawiam się, czy świadome oddychanie przy rytuale to nie jest po prostu celowe wchodzenie w taki stan, nie w sen, ale w ten próg między. Bo jeśli tak, to 'właściwy czas' na rytuał mógłby być po prostu wtedy, kiedy łatwiej osiągnąć ten próg?
Trochę się gubię w tej rozmowie, ale jedno zdanie mnie zatrzymało - że oddychanie to jedyna funkcja, która jest i automatyczna, i świadoma. Nigdy tak o tym nie myślałam. I teraz zastanawiam się, czy to znaczy, że jest jakimś pomostem między tym, co świadome, a tym, co nie. Jeśli tak, to rozumiem, po co w ogóle wciągać to do rytuału. Ale mam pytanie do tych, co mają więcej doświadczenia - czy to ma sens robić na samym początku, kiedy człowiek jeszcze nie wie, co robi? Czy można coś 'zepsuć' przez nieumiejętne oddychanie?
Ja miałam kiedyś moment, który do dziś pamiętam. Robiłam wróżbę dla siebie, dość chaotycznie, bez żadnego przygotowania, i w pewnym momencie zorientowałam się, że oddycham naprawdę wolno i głęboko, jakby bez mojej decyzji. I to był ten moment, kiedy coś 'kliknęło' i odpowiedź, którą zobaczyłam, była jasna. Zastanawiam się właśnie, czy to znaczy, że ciało samo wie, kiedy jest gotowe, i że oddech jest wskaźnikiem, a nie techniką. Że może zamiast stosować jakiś schemat, lepiej po prostu obserwować, kiedy oddech się sam uspokaja?
Ta rozmowa to jest właśnie ten rodzaj dyskusji, za którym tęsknię na tym forum. Mam wrażenie, że pytanie o 'właściwy czas' jest tutaj kluczowe i nikt go jeszcze nie rozstrzygnął. Czy to jest moment zewnętrzny, astrologiczny, cykl księżycowy, czy wewnętrzny, taki jak stan oddechu albo gotowość ciała, czy może te dwa rzeczy muszą się zbiec? Bo jeśli oddech to wskaźnik stanu wewnętrznego, to może 'właściwy moment' to po prostu ten, w którym wewnętrzny stan osiąga pewien próg - i wtedy możesz go wywołać świadomą techniką, albo poczekać aż przyjdzie samo, tak jak Czesława opisała.
No właśnie o to mi chodziło, tylko nie umiałem tego tak ładnie ubrać. Bo jeśli moment jest czysto subiektywny, to każdy może powiedzieć 'teraz mi się chce, więc to jest właściwy moment' i w zasadzie nie da się tego ani potwierdzić, ani obalić. To jest niepodważalne, ale też nic z tego nie wynika. Mnie bardziej interesuje, czy jest jakaś zewnętrzna logika w tym, że pewne momenty działają lepiej. Czy astrologia albo ta teoria z nozdrami daje jakiś konkretny sposób na weryfikację?
Zapytam inaczej: co miałoby znaczyć 'weryfikacja' w tym kontekście? Bo jeśli szukasz powtarzalnego, mierzalnego efektu, to astrologia jako system nie działa tak jak hipoteza naukowa. Ale to nie znaczy, że nie ma w niej wewnętrznej logiki. W tradycji hellenistycznej czas rytuału był dobierany przez katarchiczną astrologię, czyli szukano momentu, który sam w sobie ma określoną 'jakość' - kombinację planet, domów, aspektów. Nie po to, żeby zagwarantować skutek, ale żeby intencja trafiała w odpowiedni grunt.
Słucham tego i zaczynam się zastanawiać, jak to się ma do oddychania, bo trochę odpłynęliśmy. Jeżeli przyjmiemy, że ciało ma swój rytm dobowy, to może właśnie dlatego o pewnych porach łatwiej wejść w ten stan, który Ludwiczek opisywał przy wydłużonym wydechu? Kortyzol jest wysoki rano, spada po południu, wieczorem układ nerwowy naturalnie zwalnia. Może 'właściwy czas' to po prostu moment, kiedy fizjologia sama idzie w tym kierunku, a nie przeciw.
Mam wrażenie, że ta rozmowa kręci się wokół pytania, które można postawić jeszcze ostrzej: czy 'właściwy czas' to coś, co odkrywasz, czy coś, co tworzysz? Bo może nie ma go przed rytuałem - może on powstaje w momencie, kiedy zaczynasz oddychać w określony sposób i coś w środku się ustawia. Trochę jak z tym, co Czeslawa opisała - że nie zaplanowała tego stanu, on się po prostu pojawił.
Ale czy kryterium 'udania się' w rytuałach w ogóle istnieje? To osobne i dość trudne pytanie. Ja raczej patrzę na to inaczej: niektóre sesje z runami mają w sobie coś, co czuję jako spójność, inne są bardziej rozsypane. I zauważyłam, że ta spójność faktycznie koreluje z tym, jak oddycham na początku. Nie z księżycem, nie z godziną, ale właśnie z tym pierwszym wdechem. Jeśli od razu jest głęboki i spokojny, reszta idzie inaczej.
Mnie też ciekawi to pytanie. Bo zaczynam sobie myśleć, że całe to przygotowanie - świece, godzina, nozdrze, faza księżyca - może być po prostu sposobem na wejście w stan skupienia. Że sam rytuał to trochę taki zestaw sygnałów dla mózgu: 'teraz jest inna przestrzeń'. I wtedy oddech jest po prostu jednym z tych sygnałów. Tylko nie wiem, czy to redukuje magię do psychologii, czy po prostu opisuje ten sam mechanizm innym językiem.
Ja tu trochę z innej strony - przy tarocie też jest coś podobnego. Przed czytaniem zawsze robię kilka głębszych oddechów i to nie jest rytuał sam w sobie, ale bez tego karty jakoś nie 'mówią'. Tzn. technicznie czytam to samo, ale interpretacja jest płytsza. Może brzmi to dziwnie ale czuje to dosc wyraznie. Wracajac do tego pytania o czas - zastanawiam się, czy właściwy moment to nie jest po prostu ten, kiedy jesteś w stanie naprawde wsłuchać się w to, co rozkładasz przed sobą.
To co Tymek opisuje, jest mi bliskie. Bywają okresy, kiedy wróżbę robię 'na sucho' - jakby wyniki były, ale bez tego czegoś. I doszłam do wniosku, że to nie jest kwestia techniki ani godziny. To jest kwestia tego, co się we mnie dzieje głębiej. Oddech można wyregulować, ale nie wszystko za nim pójdzie automatycznie.
Właśnie - i to może być odpowiedź na to pytanie z tytułu, choć nie taka, jakiej szukałem, kiedy zaczynałem ten wątek. Może 'właściwy czas na nową osobę', nową intencję, nowy etap praktyki - to nie jest data w kalendarzu. To jest ten moment, kiedy twój oddech przestaje być wysiłkiem i staje się naturalny sam z siebie. Nie wiem, czy to jest odkrycie, czy oczywistość. Ale dla mnie coś tutaj klikło w tej rozmowie.
Ale chwila - Ludwiczek, a co z tymi wszystkimi tradycjami, które bardzo konkretnie wyznaczają czas rytuałów? Czy to znaczy, że się mylą, albo że to tylko rusztowanie dla osób, które nie potrafią jeszcze słuchać własnego oddechu? Bo jeśli tak, to trochę dziwne, że te systemy w ogóle przetrwały.
Wchodzę tu z czymś konkretnym: przy runach zauważyłam, że nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Są rzuty, które robię 'w złym' momencie według kalendarza i które wychodzą bardzo klarownie. I odwrotnie - przygotowuję się, czekam na właściwą godzinę, a wynik jest jakiś rozmazany, bez punktu. Więc dla mnie kalendarz zewnętrzny przestał być wyznacznikiem czegokolwiek.
Słucham i myślę, że to słowo 'gotowość' jest kluczem. W numerologii jest coś podobnego - pewne daty są uznawane za okresy przejścia. Ale żaden dzień wibracyjnie ósmy sam w sobie nic nie zrobi, jeśli ty jesteś w środku rozkojarzony albo zablokowany. Data to rama, ale ty musisz wejść w tę ramę.
Przy tarocie jest to samo. Gdyby chodziło tylko o skupienie, to każda medytacja przed tasowaniem byłaby równoznaczna. Ale jest różnica, kiedy tasujiesz z konkretną intencją i masz w głowie pytanie, a kiedy tasujiesz 'żeby się skupić'. Intencja zmienia coś w samym procesie, nie tylko w interpretacji.
Właściwie to pytanie Trzygłowa jest dobre, ale też samo w sobie otwiera coś ważnego. W badaniach nad efektem placebo wiemy, że sam efekt jest realny - zmienia markery fizjologiczne, zmienia percepcję, zmienia wyniki. Więc nawet jeśli 'to tylko placebo', to jest mechanizm, który coś robi. Pytanie czy to wystarczy jako opis, to już inna sprawa.
Wracając do oddychania - bo trochę odpłynęliśmy od tej konkretnej techniki - chciałem zapytać o coś, czego jeszcze nie poruszyliśmy. Czy jest różnica w tym, jak oddychasz zależnie od tego, co chcesz 'zrobić' w rytuale? Bo przy zamknięciu czegoś pewnie inaczej niż przy otwieraniu nowego etapu?
