Mieszkam z partnerem i jego mamą, więc o prywatność naprawdę trudno. Zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle ma sens robić cokolwiek, kiedy ktoś wchodzi, wychodzi, zagląda co chwilę. Chodzi mi o to, czy sama obecność osoby, która nie ma pojęcia co robisz i w sumie ma to gdzieś, jakoś wpływa na to, co próbujesz zrobić. Nie mówię o kimś, kto aktywnie przeszkadza albo śmieje się z tego. Po prostu ktoś siedzi w tym samym mieszkaniu. Czy to w ogóle jest problem?
To zależy od kilku rzeczy, których nie powiedziałaś. Czy ta osoba wie, że coś robisz, czy jest totalnie nieświadoma? Bo to zmienia sytuację.
Ja bym się skupiła na tym, czy sama jesteś skupiona, nie na tym co robi ktoś obok. Jeżeli twoja uwaga jest przy tym co robisz, to co robi osoba za ścianą albo nawet w tym samym pokoju ma drugorzędne znaczenie. Pytanie czy ty sama w środku nie rozpraszasz się tym, że ona tam jest.
No właśnie, bo można to rozpatrywać od strony czysto praktycznej, czyli koncentracja, i od strony tego, czy cudza energia w przestrzeni cokolwiek wnosi lub zabiera. To są dwa różne pytania.
Moim zdaniem obecność obcjej osoby to jest własnie to co potrafi rozłażić cały zamysł rytuału. Nie chodzi o to że ona coś robi specjalnie, ale po prostu jej emocje, jej nastrój, to wszystko jest w tej samej przestrzeni. Byłem kiedyś na spotkaniu gdzie jedna osoba była wyraźnie nie w sosie i czuć to było przez cały wieczór.
Runomira ma rację, to naprawdę inna sytuacja. Osobę siedzącą przy TV w sąsiednim pokoju trudno porównać do kogoś, kto stoi obok i nie rozumie co się dzieje. W tradycjach, które znam, izolacja przestrzeni była ważna wtedy, kiedy rytuał wymagał zbudowania określonej atmosfery przez dłuższy czas. Przy krótkich, prostych pracach ludzie radzili sobie w zupełnie zwykłych warunkach.
Ale czy nie jest tak, że każdy obserwator, nawet nieświadomy, przez samą swoją obecność coś wnosi do przestrzeni? Czytałam gdzieś porównanie do efektu obserwatora w fizyce kwantowej, że sam akt obserwacji zmienia to co obserwowane.
Z mojego doświadczenia, i robiłam różne rzeczy w różnych warunkach, bardziej niż obecność osoby liczy się to, czy między wami jest jakieś napięcie. Robiłam kiedyś coś w domu, gdzie z mężem byliśmy po kłótni i on siedział w drugiej połowie mieszkania. Zupełnie nie mogłam się zebrać. Nie dlatego że był w domu, tylko dlatego że to napięcie wisiało. Kiedy u kogoś obcego, kto był spokojny i zajęty swoimi sprawami, było mi łatwiej niż u siebie.
A co z sytuacją, kiedy ta osoba jest w tym samym pokoju, ale nie ma pojęcia co się dzieje? Bo jedno to ktoś w drugim pokoju, a co innego kiedy siedzisz przy stole i ktoś co chwilę przechodzi obok?
No i właśnie dlatego wielu ludzi robi to w nocy. Nie z powodu mistyki nocy jako takiej, ale bo wtedy wszyscy śpią i jest naprawde cisza. Ja sam przestawiłem się na późne godziny i różnica w skupieniu jest ogromna, nawet jeżeli całkowita cisza to iluzja.
Mam pytanie bo jestem w podobnej sytuacji. Czy jest jakiś sposób żeby jakoś oddzielić przestrzeń symbolicznie? Np. coś co można zrobić szybko i dyskretnie, żeby choć subiektywnie mieć poczucie, że ta przestrzeń jest twoja?
Właściwie to pytanie z tytułu wątku jest szersze niż tylko kwestia mieszkania ze współlokatorami. Czy w ogóle obecność osoby postronnej, nawet życzliwej, zmienia cokolwiek w sensie energetycznym? Bo jeśli przyjąć, że tak, to robienie czegokolwiek w miejscu publicznym, w parku, na dworze, byłoby z definicji mniej skuteczne niż w piwnicy zamkniętej na cztery spusty.
To jest dobre pytanie. Sama się nad tym zastanawiałam przy okazji jednego spotkania grupowego, które było na zewnątrz. Teoretycznie otwarta przestrzeń, ale dookoła przechodnie, psy, rowery. I jakoś to działało, więc może nieświadoma obecność obcych to zupełnie inna kategoria niż domownik?
Ten wątek z relacją mnie zatrzymuje. Czyli według ciebie zmienną nie jest świadomość obserwatora ani jego obecność jako taka, tylko to że ma z tobą jakiś rodzaj więzi? To by tłumaczyło sporo rzeczy.
No właśnie, bo mama partnera mnie zna, ale nie zna tej części mnie. Więc jej relacja ze mną jest niekompletna. Zastanawiam się czy to ma znaczenie, czy ta niepełna wiedza o mnie sprawia że jej obecność jest bardziej neutralna niż powiedzmy mojej własnej mamy.
to jest subtelna róznica ale myślę że masz rację. Osoba która zna tylko jeden wymiar ciebie jest trochę jak obcy, nawet jeśli mieszka pod tym samym dachem. Ja miałem kiedyś sytuację z kolegą z pokoju na studiach, zupełnie nie wiedział o moich zainteresowaniach, i jakoś nigdy nie czułem że jego obecność coś zabiera.
Ale czy to nie jest trochę tak, że po prostu sami budujemy sobie w głowie te bariery albo ich brak? Jeśli ktoś wie, to się krępujesz, a jeśli nie wie, to jesteś swobodniejsza. I to twoja swoboda robi różnicę, nie jego wiedza.
Czyli jesteśmy z powrotem przy napięciu jako zmiennej, bo Gebda wspominała o tym wcześniej przy kłótni z mężem. Ale tu pojawia się pytanie, skąd wiadomo że to napięcie emocjonalne a nie po prostu fakt że przy kłótni człowiek sam jest rozbity?
Wróćmy na chwilę do Joasi i jej konkretnej sytuacji, bo myślę że za bardzo weszliśmy w ogólne. Mama partnera, brak konfliktu, obojętność z jej strony. Czy ona w ogóle wie że cokolwiek robisz przy tym stoliku, czy myśli że siedzisz przy herbacie?
Myśli że czytam albo piszę. Ani razu nie zajrzała, co robię. To jest ten typ osoby, która nie wchodzi innym w drogę. Mam wrażenie że po prostu mnie nie widzi w tej chwili, przynajmniej nie w sensie aktywnej uwagi.
to brzmi jak najlepsza możliwa sytuacja jeśli chodzi o wspólne mieszkanie. Gorszy byłby ktoś życzliwy ale wścibski, który co chwilę zagaduje. Brak aktywnej uwagi z jej strony to chyba nie jest to samo co obserwacja.
Właśnie, bo obserwator obserwatorowi nierówny. Ktoś kto patrzy ale nic nie widzi to trochę jak kamera w rogu, jest, ale nie ma intencji. Ktoś kto zagaduje i pyta co robisz to jest wejście w twoją przestrzeń z jego własną ciekawością.
To jest clou tej dyskusji moim zdaniem. Czy obecność człowieka jako biologicznego bytu cokolwiek wnosi, niezależnie od jego intencji i uwagi. I tu znowu wracamy do tego co Gebda opisywała, że sama obecność kogoś neutralnego miała jakość inną niż pustego pokoju.
Ta 'plastyczność przestrzeni' to coś czego jeszcze nie doświadczyłem w taki sposób żebym umiał to opisać. Jak to rozpoznać że przestrzeń jest plastyczna a nie po prostu że jesteś skupiony?
To nie jest pytanie na które można odpowiedzieć z zewnątrz, to naprawdę musisz to poczuć kilka razy żeby zacząć rozróżniać. Mnie zajęło trochę zanim przestałam mylić własne skupienie z tym czymś innym. Ale wracając do mojej sytuacji z mamą partnera, chyba po tej rozmowie skłaniam się ku temu że po prostu próbuję, zamiast pytać czy wolno.
Dobra, Joasia powiedziała że po tym wszystkim chyba zrobi coś krótkiego i zobaczy co wyjdzie. Ale mnie dalej kręci ten wątek z plastyznością. Bo rozumiem, że to jest odczuwalne, tylko jak się w ogóle zaczyna to rozróżniać? Pierwsze razy to musi być kompletny chaos.
Szczerze? Pomogło mi prowadzenie notatek. Nie z rytuałów samych, ale z warunków. Byłam sama, był ktoś, jaka pora, jakie napięcie w mieszkaniu przed. Po jakimś czasie zaczęłam widzieć wzorce. Bez tego pewnie nadal bym mieszała jedno z drugim.
