ale wtedy rytuał to nie robił nic? tzn jeśli problem zniknął sam to skąd wiadomo że rytuał cokolwiek by zmienił, moze by tylko dodał zamieszanie
To co mówi Brygidka bardzo pasuje do tego jak myślę o energii intencji. Samo skupienie się na sformułowaniu czego chcesz już coś uruchamia - nie mówię że magicznie zmienia świat, tylko że zmienia twoją uwagę i to co zauważasz. Ale wracam do pytania o czas, bo wydaje mi się że jesteśmy przy czymś kluczowym: skąd wiesz że minął właśnie ten punkt od którego czekanie nie ma sensu?
Miałam dokładnie ten schemat przez długi czas. Robiłam rytuał, czekałam trochę, myślałam że może niewystarczający, robiłam kolejny, bardziej rozbudowany. I w efekcie po kilku miesiącach nie wiedziałam już co co miało zrobić. Dopiero jak zaczęłam rozdzielać prace i dawać każdej osobny czas bez dokładania nowych, zobaczyłam co faktycznie działa a co nie.
Dwa cykle to akurat coś o czym myślałem ostatnio. To niemal dwa miesiące i w większości sytuacji życiowych daje czas na to żeby cokolwiek miało szansę się zadziać - zmiana pracy, kontakt od kogoś, zmiana okoliczności. Jeśli przez dwa miesiące nic się nie ruszyło i nie masz nawet pośrednich sygnałów, to chyba jest uczciwy moment żeby zamknąć i ocenić na chłodno.
Ale tu jest jeszcze jeden element który jakoś w tej rozmowie ominęliśmy - jakość samego materiału i wykonania. Bo możemy mówić o czasie ile chcemy, ale jeśli rytuał był zrobiony z byle czego albo w złym stanie psychicznym, to dyskusja o tym ile czekać jest trochę bez sensu. To tak jakby zastanawiać się ile czekać na wzejście ziarna które zostało posiane w złą glebę w nieodpowiedniej porze.
No to właśnie jest pytanie które powinno być zadane na początku tego wątku, a pojawiło się dopiero teraz. Bo cały czas rozmawiamy o czasie, a materiał i stan psychiczny to są zmienne które czas w zasadzie unieważniają. Robiłam kiedyś rytuał z inicji ze świecą której po prostu nie lubiłam - zły kolor, zły zapach, coś mi nie grało. Czekałam potem półtora miesiąca na jakikolwiek ruch. Jak patrzę wstecz, to tamten rytuał był skazany od początku bo moje nastawienie do samych materiałów było oporne.
To jest akurat coś o czym mam dość konkretne zdanie po latach prób i błędów. Podmiana materiału w połowie lub po nieudanej próbie to jak zmiana opon w jadącym samochodzie - technicznie możliwe, ale po co. Jeśli poprzednia praca była energetycznie obciążona złym stanem czy złymi materiałami, to ta energia jest już wpisana w intencję. Ja zawsze zaczynam od zera, z odstępem przynajmniej kilku dni, żeby nie przenosić nastroju z poprzedniej próby.
ale skąd wiadomo że energia z poprzedniego jest 'wpisana' a nie po prostu... zniknęła? tzn jak to działa, jeśli rytuał nie zadziałał to może nie ma po nim śladu?
Wracając do tego co powiedziała Fasolka o materiale - mam wrażenie że w dyskusjach o czasie oczekiwania prawie zawsze pomija się etap 'diagnozy wstecznej'. Tzn. kiedy coś nie daje efektu przez długi czas, to zamiast pytać ile jeszcze czekać, warto zapytać co konkretnie było słabe w samej pracy. Czas oczekiwania to wtedy zmienna wtórna.
Zenek ma rację, ale jest jeden problem z tą diagnozą wsteczną - robiąc ją po czasie mamy tendencję do racjonalizowania. Jeśli rytuał nie zadziałał, nagle 'wiemy' że świeca była zła, że nastrój był kiepski, że księżyc był w złej fazie. A jak zadziałał, to wszystko było idealne. Dlatego ja staram się robić tę ocenę bezpośrednio po rytuale, nie po tygodniach oczekiwania.
