To jest ciekawe zestawienie, bo w kontekście starych domów - szczególnie takich gdzie kilka pokoleń żyło i umierało - ke i hare mogą się nakładać, zmieniać warstwami. Dom nie jest jednorodny energetycznie w takim sensie. Jedno skrzydło może być zupełnie inne od drugiego, bo miało inną historię użytkowania.
Czytam tę rozmowę od początku i właśnie to co jezynka napisała - że każda sala miała coś własnego - bardzo mi się zgadza z czymś co czułam w pewnym bardzo starym domu rodzinnym znajomych. Trzy pokoje na tym samym piętrze, podobne rozmiary, podobne okna, a jeden z nich po prostu sprawiał że chciało mi się wychodzić. Nie bałam się tam, po prostu miałam ochotę być gdzie indziej. Reszta domu była okej.
To ciekawe bo ja w tym domu mam odwrotnie - są miejsca które mnie przyciągają wieczorami i miejsca gdzie nie chce mi się wchodzić rano. Ta sama przestrzeń, inna godzina, inne odczucie. Zastanawiam się czy to w ogóle jest zapis miejsca czy po prostu mój własny rytm dobowy.
Wracając do tego co Guslarz mówi o porach dnia - mam podobne obserwacje i długo myślałam że to projekcja, ale potem trafiłam na opisy domów w kontekście praktyk jōdo-shinshu, gdzie jest mowa o tym że przestrzeń "żyje" różnie o różnych porach, bo sama aktywność ludzi która się w niej odciskała też miała rytm dobowy. Stary dom może po prostu nosić te warstwy.
Mnie bardziej interesuje inna strona tego - jeżeli dom tyle nosi, to czy człowiek który w nim mieszka przez długi czas jakoś się do tego dostosowuje? Trochę jak Guslarz opisuje - że on już nie wie kiedy zaczął odbierać dom inaczej. To dostosowanie czy po prostu przyzwyczajenie?
A ja mam pytanie do Lucydy i w ogóle do wszystkich - czy da się w ogóle osiągnąć ten poziom "wyciszenia własnego szumu" w miejscu do którego się jedzie tylko raz albo dwa? Bo mój przypadek z zamkiem to był krótki pobyt, nie wielomiesięczne zamieszkanie jak u Guslarza. I zastanawiam się czy moje odczucia w ogóle mogą być czymś więcej niż pierwszym wrażeniem.
Słucham tej rozmowy o domach noszących warstwy i mam pytanie może głupie - czy te koncepcje qi miejsca, ke i hare, genius loci - one się ze sobą kłócą, czy można je czytać równolegle? Bo mam wrażenie że każdy tu przywołuje inny system i wszyscy jakby mówili o tym samym.
Dołączam bo ten wątek mnie wciągnął. Chcę zapytać o coś innego - czy ktoś miał doświadczenie z miejscem które wyraźnie zmieniło charakter po jakimś zdarzeniu? Nie chodzi mi o remont ani o to że ktoś umarł w dramatycznych okolicznościach, raczej o jakieś zwykłe przełomy - wyprowadzka kogoś bliskiego, długi czas pustostanu, coś takiego.
A propos kotodama - czy to jest pojęcie które faktycznie odnosi się do fizycznych miejsc, czy raczej do rytuałów językowych? Bo gdzieś czytałem że to bardziej o wypowiadanych słowach i ich wibracji, nie o przestrzeni jako takiej.
Ten kierunek jest ciekawy, ale mam pytanie do Guslarza - mówisz że odczucia są jednolite. Czy chodzi ci o to że są po prostu stabilne przez lata, czy że dom jakby "mówi jednym głosem"? Bo to dla mnie brzmi jak dwa różne zjawiska.
To co Guslarz opisuje - jeden ton - przypomina mi coś z kontekstu japońskich domów tradycyjnych, ma- czyli pustka jako aktywna przestrzeń między rzeczami. Nie brak czegoś, ale rodzaj ciszy która ma swoją jakość. Nie wiem czy to ten sam mechanizm, ale opis jest podobny.
Wracam do tego co mówiła Terenia62 wcześniej o kamieniach w dużych miastach - te same ściany, wiele funkcji. Mam podobną obserwację, ale z innej strony: kiedy śnię o miejscach które znam, mózg bardzo wybiórczo je rekonstruuje. I zawsze wybiera jeden konkretny "tryb" danego miejsca, nawet jeśli w realu znam je z różnych etapów. Zastanawiam się czy to coś mówi o tym jak my kodujemy miejsca, nie o samych miejscach.
Dygresja o snach jest ciekawa, ale chcę wrócić do pytania które zadałam wcześniej i nie dostałam odpowiedzi - czy ktoś miał doświadczenie ze zmianą charakteru miejsca po zwykłym zdarzeniu, nie traumie? Azalia opisała dom który "nie wiedział czym jest" po rotacji lokatorów, ale to jednak dość wyjątkowy przypadek. Mnie interesuje coś bardziej przyziemnego.
Na to mogę odpowiedzieć z własnego doświadczenia. Kiedy córka wyprowadziła się z domu, jej pokój zaczął mi "ciążyć" inaczej niż kiedy był pusty przed jej narodzinami. Wcześniej pusta przestrzeń była po prostu nieużywana. Potem ta sama pustka była nasycona czymś - pewnie jej nieobecnością, nie wiem. Ale odczucie było wyraźne i różne od tego poprzedniego.
Ale to może być czysto psychologiczne, nie? Mózg wie że pokój był zajęty i interpretuje go przez tę wiedzę. Nie twierdzę że to co czujecie jest nieprawdziwe, tylko że wyjaśnienie nie musi być metafizyczne.
To co Terenia62 mówi o psychologii i metafizyce idących razem - to jest dla mnie jeden z ważniejszych głosów w tej rozmowie. Bo często widzę że ludzie traktują te dwa wyjaśnienia jako konkurencyjne, jakby jedno wykluczało drugie. A ja myślę że nawet jeśli mózg interpretuje pokój przez wiedzę o jego historii, to skąd ta wiedza pochodzi? Nie tylko z myślenia. Ciało też ją trzyma. I to ciało wchodzi do pokoju.
Wracam do wątku Terenii62 o córce i pokoju. W tradycjach słowiańskich to zresztą było traktowane bardzo konkretnie - po śmierci albo wyprowadzce kogoś z domu, przestrzeń wymagała "zamknięcia". Nie ze strachu, ale żeby ten ślad nie dominował. Były do tego rytuały, które dzisiaj trochę przypominają te "smudging" z New Age, ale miały inną logikę - nie oczyszczenie ze zła, tylko porządkowanie warstw.
A co z domami gdzie nikt nie mieszkał przez bardzo długo? Bo kojarzę taki dom w rodzinie, stał ze trzy lata pusty i kiedy wchodziliśmy zrobić porządki, to nie było tam ani tej "pustki po kimś" ani nic. Było jakieś dziwne zawieszenie, jakby czas stanął.
To oczekiwanie w opuszczonym domu - słyszałam podobne opisy od kilku osób i zastanawiam się czy to nie jest coś co ma związek z samą funkcją domu jako przestrzeni dla ludzi. Dom bez ludzi jest jakby formą bez treści, i może to oczekiwanie to po prostu ta forma, która czeka na wypełnienie. Choć to brzmi poetycko, nie wiem czy jest użyteczne.
Mnie to oczekiwanie w pustym domu bardzo dobrze znane. Byłam kiedyś w domu po dziadkach, rok po ich śmierci oboje. I to nie było smutne, chociaż powinno być. Było właśnie takie zawieszone - jakby wszystko czekało na coś co już nie przyjdzie i jeszcze o tym nie wie.
To jest istotne co jezynka mówi - dwoje ludzi, różna wiedza, to samo odczucie. Nie jest to dowód na nic, ale jest argumentem za tym żeby nie sprowadzać wszystkiego do projekcji. Projekcja zakłada że wnosimy swoje stany, ale jeśli ktoś bez tej wiedzy czuje to samo, to skąd wziął materiał do projekcji?
No ale kuzyn mógł czuć inną warstwę - po prostu że dom jest opuszczony, nieużywany. A jezynka interpretuje to jako to samo odczucie, bo chce żeby się zgadzało. Nie mówię że kłamie, mówię że pamięć i interpretacja mogą konwergować post factum.
Czy jest jakiś sposób żeby w ogóle odróżnić odczucie które pochodzi "z miejsca" od tego które przynosimy sami? Bo mam wrażenie że ta rozmowa się kręci wokół tego samego problemu i nikt nie ma na to odpowiedzi, co jest uczciwe - ale może warto to powiedzieć wprost.
Myślę że nie ma metody która da pewność. Ale to nie znaczy że pytanie jest bez sensu. Można zbierać przypadki gdzie odczucia są zbieżne między osobami bez wspólnej wiedzy, można patrzeć na powtarzalność. To nie jest nauka, ale też nie jest czyste gadanie o niczym.
Obserwuję tę dyskusję od jakiegoś czasu. To co mnie zatrzymuje to ten wątek ze sztuką i rytualnym wyrażaniem - bo ktoś gdzieś wcześniej to zahaczył i umknęło. Jak pracuję z miejscem przez tarot - nie wróżę z miejsca, ale kładę karty w przestrzeni i patrzę co się pojawia - to mam mocne wrażenie że układ zależy od pokoju. Ten sam zestaw pytań, inne pomieszczenie, inne karty wychodzą statystycznie. Mogę to sobie wyobrazić jako własną projekcję, ale ciekawe jest to że wyniki są inne, nie losowe.
Tak, dokładnie to mówię. Mam kilka rozkładów które robię od lat i znam je na pamięć, więc mogę odfiltrować to co pochodzi ode mnie samej. I kiedy kładę karty w miejscu które jest "naładowane" w jakiś sposób - czy to stary dom, czy pomieszczenie po kimś - wyniki są inne. Nie dramatycznie inne, ale konsekwentnie inne w tej samej kategorii. Zwykle coś z grupy kart które dotyczą granicy, przejścia, niedokończenia. Za dużo razy żebym mogła to zrzucić na wahania interpretacji.
To co Helenka mówi o tarocie w przestrzeni - to mi przypomina coś co kiedyś czytałam o japońskiej koncepcji ma. To jest ta japońska "pustka między rzeczami", czas i przestrzeń jako coś aktywnego, nie jako tło. Dom opuszczony w tej logice nie jest po prostu pusty - ma swoje ma, które jest inne niż kiedy dom żyje. I może to właśnie tarot w jakiś sposób rejestruje. Nie wiem czy to dobra analogia, ale jakoś mi do siebie pasuje.
