Ma to ciekawy trop, ale uważałbym z przenoszeniem pojęć. W japońskim kontekście ma jest estetyczne i filozoficzne, nie koniecznie energetyczne w tym sensie w jakim tu mówimy. To trochę jak branie słowa "aura" z malarstwa i wkładanie go w New Age - podobne słowo, bardzo różna tradycja.
Genius loci znam z kontekstu architektury, Norberg-Schulz pisał o tym całkiem konkretnie, że miejsca mają charakter który architekci powinni czytać zanim zaczną budować. To jest świecka wersja tego o czym tu mówimy, i ona trafia do mainstreamowych uczelni architektonicznych. Ciekawe że tam nikt nie pyta czy to "prawdziwe" - zakłada się że jest.
A czy ktoś próbował robić coś konkretnego z tym zawieszeniem w pustym domu? Bo mam wrażenie że cały czas opisujemy co się czuje, ale nie mówiliśmy co z tym robić. Ten dom rodzinny który wspomniałem - finalnie go sprzedali i za każdym razem jak tam wchodziliśmy robić te porządki, to było ciężko. Nie strasznie, ale ciężko.
To co Guslarz opisuje jest dla mnie klasycznym objawem miejsca które wymaga zamknięcia. I wracając do Jaśka i tej tradycji słowiańskiej - to nie jest tylko pogrzebowe. Moszyński opisuje też praktyki przy zmianie właściciela domu, przy opuszczeniu gospodarstwa. Były konkretne działania: gaszenie ognia, wynoszenie pewnych przedmiotów w określonej kolejności. Nie ma tego w podręcznikach, ale etnografowie to zbierali.
Ale czy te praktyki Moszyńskiego i Biegeleisena były skuteczne, czy tylko dawały ludziom poczucie kontroli? Bo można to czytać jako sposób na radzenie sobie z lękiem przed nieznanym, nie jako realną interwencję w przestrzeń.
Ale to znaczy że nie ma żadnego sposobu żeby odróżnić jedną od drugiej? Bo jeśli tak, to o czym w ogóle rozmawiamy.
Może rozmawiamy o czymś co działa niezależnie od tego którą odpowiedź wybierzemy. Jeśli rytuał zamknięcia pomaga - niezależnie od mechanizmu - to może ważniejsze jest że pomaga, a nie dlaczego. Choć rozumiem że to frustratywne dla kogoś kto chce wiedzieć.
Wracam do tego wątku ze sztuką który Helenka wyciągnęła - bo wydaje mi się że jest tu połączenie. Rytuał zamknięcia, tarot kładziony w przestrzeni, zapisywanie rozkładów w zeszycie z datą miejsca - to wszystko jest jakiś rodzaj twórczego wyrażania się wobec miejsca. Nie tylko obserwacja, ale odpowiedź. I może w tym jest coś ważnego - że samo nazwanie czegoś, udokumentowanie, jest aktem który coś robi z tą przestrzenią.
To co Azalia mówi mi bardzo trafia. Bo kiedy kładę karty w miejscu i potem to notuję - to nie czuję że robię eksperyment. Czuję że prowadzę rodzaj rozmowy z tym miejscem. I po tej "rozmowie" jest inaczej. Nie wiem czy to ja się zmieniam czy miejsce, ale coś się przesuwa.
A właśnie - czy ten eksperyment Skorpionicy byłby w ogóle możliwy do przeprowadzenia rzetelnie? Żeby ktoś wszedł bez żadnej wiedzy o miejscu, bez wiedzy że cokolwiek było robione, i żeby opisał co czuje. Bo jak znam życie to zawsze coś przecieka - mimika, napięcie w ciele tego kto pokazuje miejsce, jakieś szczegóły które nieświadomie naprowadzają. Trudno to wyczyścić.
Ale wróćmy na chwilę do tego co Helenka powiedziała o "rozmowie z miejscem" - bo chyba właśnie tu jest clou tego co zaczęłam wątkiem o sztuce i rytuale. Ona nie mówi że układa karty żeby coś zmierzyć. Mówi że prowadzi rozmowę. I to jest zupełnie inny tryb działania niż eksperyment. Rytuał jako forma dialogu z przestrzenią - to nie jest nowa idea, szintoizm robi to od tysięcy lat, każde miejsce ma swojego kami i są konkretne sposoby wchodzenia z nim w kontakt. Tylko że tam nikt nie pyta czy to "działa" w sensie mierzalnym.
