jest w tym coś. W wielu tradycjach wschodnich praca wewnętrzna w przestrzeni publicznej jest wręcz ćwiczeniem - właśnie dlatego że uczy oddzielania tego co wewnętrzne od tego co zewnętrzne, bez budowania fizycznej bariery między nimi. Mnich medytujący na dworcu kolejowym nie zakłada że dworzec będzie cichy, tylko że jego koncentracja nie zależy od tego co dzieje się na zewnątrz. Rytuał w parku może działać podobnie.
a propos rytuału w miejscu publicznym - czy jest coś co absolutnie nie nadaje się do robienia na zewnątrz? znaczy czy są rzeczy które wymagają zamkniętej przestrzeni nie z powodów praktycznych tylko z jakichś innych?
ogień to w ceremonializmie zachodnim jeden z czterech żywiołów wymagających bezpośredniej reprezentacji fizycznej, więc bez niego pewne rytuały są po prostu niekompletne według własnych założeń tych systemów. To nie jest kwestia preferencji.
a ja mam głupie pytanie - czy medytacja w miejscu publicznym to już jest ta 'praca' o której mówimy, czy to jeszcze za mało żeby to tak nazwać? bo sama medytuję czasem w parku i nigdy nie myślałam o tym jak o rytuале, a teraz czytam tę rozmowę i zastanawiam się czy nie przeciągam granicy gdzieś nie tam gdzie powinna być
ale to chyba nie może być tak że wszystko jest wszystkim w zależności od tego jak to sobie nazwiemy? bo wtedy pojęcia nic nie znaczą. musi być jakaś różnica między siedzeniem w parku a rytuałem.
czytałam że w pewnych tradycjach buddyjskich sama chodząca medytacja, kinhin, jest traktowana jako kompletna praktyka - ma swój rytm, swój początek i koniec, jest prowadzona ze świadomością kroku. Można to robić w każdym parku i nikt nie wie. To chyba odpowiedź na to pytanie Ildefons'a - że jest różnica, ale nie musi być widoczna z zewnątrz.
to jest może właśnie sedno tego wątku - czy to są dwie różne rzeczy które można złączyć, czy może nigdy nie były tak rozdzielone jak nam się wydaje. ja osobiście nie oddzielam medytacji od pracy rytualnej, bo ta medytacja często jest dla mnie wejściem w stan który jest warunkiem żeby cokolwiek innego miało sens. bez niej robię gesty.
a jak długo zajęło ci dojście do tego że medytacja jest warunkiem, nie dodatkiem? pytam bo sama przez długi czas traktowałam to rozdzielnie i czułam że coś mi nie gra, ale nie wiedziałam dokładnie gdzie.
mam wrażenie że mówimy cały czas o ludziach którzy już wiedzą czego szukają. a co z kimś kto dopiero zaczyna i nie wie czy chce robić rytuały, czy medytację, czy coś innego? od czego w ogóle zacząć żeby nie zacząć od złego końca?
a ja mam pytanie troche z boku - czy jogę można robić jako przygotowanie do rytuału czy to za duże ćwiczenie fizyczne żeby potem od razu przejść do czegoś skupionego? bo kiedyś próbowałam i byłam potem tak rozluźniona że nic mi sie nie chciało 🙂
a wracając jeszcze do tego pytania Agaa32 o miejsce publiczne - czy ktoś ma konkretne doświadczenie z tym jak reagują obce osoby? bo cała ta teoretyczna dyskusja jest ok, ale mam wrażenie że najbardziej przydałyby się przykłady z życia czy faktycznie to jest problem czy nie
a wracając jeszcze do tego pytania Agaa32 o miejsce publiczne - czy ktoś ma konkretne doświadczenie z tym jak reagują obce osoby? bo cała ta teoretyczna dyskusja jest ok, ale mam wrażenie że najbardziej przydałyby się przykłady z życia czy faktycznie to jest problem czy tylko w głowie
robiłam kiedyś coś co z zewnątrz wyglądało jak zwykłe siedzenie na ławce z zamkniętymi oczami. miałam przy sobie kamień, który trzymałam w dłoni, i po cichu - naprawdę cicho, wewnętrznie - prowadziłam coś co był dla mnie zamknięciem rytuału. nikt nie podszedł, nikt się nie gapił. ale to było celowe - nie miałam przy sobie nic widocznego, nie robiłam żadnych gestów. kwestia tego co eksponujesz
dokładnie tak - w hermetyzmie zachodnim masz zasadę że 'jak na górze tak na dole', co często interpretuje się też jako 'jak wewnątrz tak na zewnątrz'. jeśli rytuał jest tylko w głowie to siłą rzeczy jest też tylko w głowie w sensie skutku. to nie jest moje zdanie, to wynika wprost z założeń tych systemów
przepraszam że wchodzę z boku ale trochę się gubię - czy my rozmawiamy o tym czy magia działa, czy o tym jak ją robić żeby nie wychodzić na dziwaka w parku? bo to są jednak dwa różne pytania
mam jeszcze pytnaie z innej strony - a co z jogą w kontekście przygotowania do czegoś w publicznym miejscu? bo planuję na wakacjach robić poranki na plaży, jogę i potem coś bardziej skupionego, ale zastanawiam się czy to w ogóle ma sens skoro dookoła będą ludzie
a ja właśnie chciałam spytać o to połączenie jogi i praktyki rytualnej - czy ktoś to robi jako stały schemat? bo Benedyk66 wcześniej mówił o pranajamie jako wejściu, ale mnie ciekawi czy to jest codzienne czy raczej na specjalne okazje. bo wyobrażam sobie że codzienne połączenie tych dwóch rzeczy wymaga sporo czasu
czytałam o czymś co się nazywa sadhana w tradycji sikh i tam właśnie masz to kontinuum o którym mówi Benedyk66 - wstaje się przed wschodem słońca, jest medytacja, śpiew, modlitwa, i to wszystko jest jedną całością a nie listą oddzielnych rzeczy. nie wiem na ile da się to porównać do tego o czym rozmawiamy, ale coś w tym podejściu mi pasuje
ale w realu - o której trzeba wstawać żeby to wszystko zmieścić przed pracą? bo to brzmi pięknie ale mam wrażenie że to działa dla mnichów a nie dla kogoś kto wychodzi o siódmej
Ildefons82 to jest bardzo praktyczne pytanie i myślę że wiele osób je ma. z mojego doświadczenia - nie musi to być długie. mam okresy kiedy całość zajmuje mi piętnaście minut. nie jest to to samo co godzina, ale jest to kompletne - jest wejście, jest środek, jest wyjście. skrócona forma nie jest gorsza, jest po prostu inna. problem nie jest w czasie tylko w tym żeby nie traktować tego jak listy rzeczy do odhaczenia
a skoro już jesteśmy przy praktycznych rzeczach - to jak wygląda to 'wejście' o którym mówisz Jadeitka? bo słyszałam już kilka razy o tym że rytuał ma strukturę, ale co to konkretnie znaczy na początku? co robi osoba która zaczyna?
dobra, ale to co Izoldka69 napisała na końcu - 'nie tyle łączenie co rozpoznanie' - to mnie zatrzymało. bo jak to rozumieć w praktyce? że medytacja i magia to jest to samo tylko inaczej nazwane, czy że jedno drugiemu służy, ale zostają oddzielne?
trochę mi to przypomina dyskusję o tym czy pranajama to medytacja czy nie. technicznie to praca z oddechem, ale w praktyce przez to że zmieniasz rytm oddechu wchodzisz w stan który jest trudny do odróżnienia od tego co masz podczas siedzenia w ciszy. mózg nie bardzo wie co to jest, robi swoje
hej, wracam do tego co Tarotia05 pisała o plaży - bo ona pytała konkretnie o poranki na wakacjach i mi się to skojarzyło z czymś innym. ja sama robiłam raz coś na zewnątrz podczas wschodu słońca i miałam bardzo dziwne poczucie że miejsce 'uczestniczy'. nie wiem jak to inaczej opisać. czy ktoś wie czy to ma jakąś nazwę w którymś systemie?
to co Jarzab04 mówi o wyborze miejsca wydaje mi się bardzo trafne. w astrologi masz pojęcie że czas i miejsce są ze sobą połączone - nie możesz wybrać jednego bez drugiego. wszczód słońca nad wodą to jest zupełnie inny kontekst niż to samo słońce za szkłem biurowca. nie mówię że jedno nie działa, ale charakter jest inny
to co Jarzab04 i Selenaa piszą o miejscu trochę mnie uspokaja bo właśnie plaża i wschód słońca to był mój pierwotny plan. ale mam pytanie - a co jeśli nie mam dostępu do takiego miejsca? bo na co dzień mieszkam w bloku w mieście, nie ma rzeki, nie ma wzgórza. czy to znaczy że codzienna praktyka jest z góry gorsza?
to co Izoldka69 mówi o 'ezoteryce jako turystyce' bardzo mnie uderzyło. bo naprawdę łatwo wpaść w pułapkę że tylko specjalne warunki działają. a potem człowiek czeka na idealne warunki i nic nie robi. i wracając do tytułu - to samo chyba dotyczy łączenia jogi z magią? że można to robić na macie w pokoju a nie tylko na górskim szczycie
