Właśnie ta różnica między napięciem a spokojem - to dla mnie jeden z najuczciwszych wskaźników jakie znam. Nie żaden zewnętrzny system, tylko to wewnętrzne. Ale mam pytanie do Marzenki albo Otylijki - czy to spokojne poczucie można 'zgubić' przez zbyt częste analizowanie? Mnie się to przytrafia, że zacznę się zastanawiać czy to na pewno spokój czy już go przekombinowałam.
Przekombinowanie spokoju to brzmi jak mój cały 2018 rok. 🙂 Serio, mam z tym duży problem. Zaczynam obserwację, potem obserwuję obserwację i w pewnym momencie nie wiem już co jest pierwotnym odczuciem a co jest reakcją na odczucie. Nie wiem jak wy z tym dajecie sobie radę.
Czytam to od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie które nie wiem czy jest głupie - czy ten rytm o którym piszecie to jest zawsze rytm działania, czy czasem rytm obejmuje też długie okresy nierobienia niczego? Pytam bo mi się zdarzają takie tygodnie kiedy kompletnie nie mam potrzeby czegokolwiek i zastanawiam się czy to jest przerwa w rytmie czy część rytmu.
To pytanie o granicę jest chyba jednym z trudniejszych w całej tej obserwacji własnego rytmu. Nie mam gotowej odpowiedzi, ale zastanawiam się, czy zaniechanie nie różni się od ciszy właśnie tym, czy jest w tym jakaś podskórna gotowość. Cisza ma w sobie coś jak naładowany akumulator - nic się nie dzieje, ale jest napięcie potencjału. Zaniechanie jest bardziej płaskie. Chociaż nie wiem, czy to rozróżnienie jest dla każdego tak samo czytelne.
A skąd w ogóle wiadomo, że się to rozróżnia? Serio pytam, bo mam wrażenie, że bardzo łatwo skonstruować sobie post-hoc narrację - coś poszło dobrze, to był akumulator, coś nie poszło, to było zaniechanie. Jak w trakcie oceniasz, po czym?
Okay, ale jak to pusto. Ja mam pusto przez tydzień i zaraz myślę, że to jest właśnie ten spokój przed działaniem. Potem nic. Jak nie wpaść w taką pętlę samo-uspokajania?
Właściwie to wychodzi na to, że spora część tej rozmowy kręci się wokół jednego: jak budować wewnętrzny barometr, który nie kłamie. I nikt tu nie daje instrukcji, bo chyba ich nie ma, a raczej każdy wypracowuje własny język dla tego co czuje. Mnie to ani nie denerwuje, ani nie uspokaja - po prostu tak to działa.
Ten wątek z proporcjami jest bardzo konkretny. Mnie też zdarzyło się wpaść w pułapkę oceniania cisz oddzielnie od całości - jakby cisza była problemem sama w sobie, a nie odpowiedzią na coś, co ją poprzedzało. Hazel napisała, że każdy wypracowuje własny język - i chyba w tym jest coś ważnego. Ale zastanawiam się, czy jest jakiś punkt, od którego ten język zaczyna być wiarygodny. Bo na początku to jest chyba głównie zgadywanie.
Dziękuję wszystkim za tę rozmowę, naprawdę wiele mi to daje. Mam pytanie do Mimozy albo do kogokolwiek kto ma to za sobą - czy ten punkt, od którego barometr staje się wiarygodny, można jakoś przyspieszyć, czy to jest tylko kwestia czasu i ilości prób?
To co Janeczka mówi o analizie po czasie - potwierdzam z własnej praktyki. Tylko dodam, że analiza ma sens, jeśli zapisujesz też kontekst, nie tylko samo 'zadziałało/nie zadziałało'. Ja przez długi czas notowałem wyniki bez okoliczności i z tego nic nie wychodziło. Dopiero jak zacząłem dopisywać co czułem przed, w trakcie, jaki miałem tydzień za sobą - zaczęły wyłazić jakieś korelacje. Nie idealne, ale przynajmniej coś.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może trochę z innej strony - a co jeśli ktoś w ogóle nie czuje żadnego rytmu? Jakby dla mnie każdy raz jest inny i nie widzę żadnych powtórzeń. Czy to znaczy, że nie mam rytmu, czy że go jeszcze nie znalazłam?
Wracając do tego co Mimoza pytała o punkt wiarygodności barometru - w astrologii elektywnej jest podobny problem z 'nauką' czytania własnych odpowiedzi na tranzyty. Mówi się, że potrzebujesz minimum pełnego cyklu Saturna, żeby mieć wystarczający materiał. To jest blisko trzydziestu lat. Oczywiście w praktyce nie czeka się tak długo, ale ta liczba pokazuje skalę problemu - poznanie własnego rytmu to projekt na lata, nie tygodnie.
Tylko że tu jest pewien problem z tą analogią astrologiczną - w astrologii elektywnej masz zewnętrzny punkt odniesienia, czyli pozycje planet, które możesz zweryfikować niezależnie od siebie. W magii to co mierzysz i to czym mierzysz to ten sam instrument. Barometr tu jest jednocześnie obserwatorem i obserwowanym. To trochę komplikuje sprawę.
Właśnie o to mi chodziło kiedy to pisałam, ale nie umiałam tego tak nazwać. Czy to jest coś w samej strukturze rzeczywistości, czy to jest mój cykl percepcji który wpływa na efektywność. Bo to są dwie zupełnie różne odpowiedzi i mają różne konsekwencje dla tego co z tym robić.
A czy te dwie odpowiedzi się wykluczają? Mogę mieć swój cykl percepcji, który pokrywa się z jakimś zewnętrznym rytmem - albo z nim wchodzi w różne kombinacje. Wtedy nie wiem co obserwuję i to chyba jest właśnie ta trudność, o której Otylijka mówi.
Słucham tej rozmowy już od jakiegoś czasu i myślę sobie - my cały czas rozmawiamy o rytmie jako o czymś do odkrycia, do zmierzenia. A co jeśli rytm jest bardziej jak nawyk niż jak zjawisko? Że nie istnieje zanim go nie stworzysz przez powtarzanie?
To co Mlecznia napisała o rytmie jako nawyku - to mi jakoś kliknęło z tym co obserwuję u siebie. Ja nie mam żadnej regularności w praktyce i może dlatego właśnie nie widzę żadnego rytmu. Nie dałam mu szansy żeby się ukształtować. Ale to znowu prowadzi do pytania - czy jak zacznę praktykować regularnie, to dopiero wtedy rytm się pojawi, czy go odkryję?
Wracając trochę do tego co Otylijka powiedziała o rytmie magii kontra własnym rytmie - w tradycjach gdzie jest coś w rodzaju 'kalendarza mocy', jak na przykład w systemach celtyckich czy w pewnych nurtach hoodoo, zakłada się, że oba istnieją i że skuteczność zależy od ich zbieżności. Nie pytasz tylko o swój stan, ale też o to czy czas zewnętrzny jest sprzyjający. To trochę inna architektura niż myśl, że wszystko zależy tylko od ciebie.
Czytam i czytam i mam pytanie może głupie, ale - czy ktoś próbował po prostu prowadzić jakiś zewnętrzny dziennik obserwacji przez rok i zobaczyć co wychodzi? Bez teorii, po prostu dane? Bo ta rozmowa jest bardzo abstrakcyjna i zastanawiam się czy ktoś to kiedyś zrobił po ludzku.
No i cisza na to pytanie. Czyli nikt nie prowadził takiego dziennika przez dłuższy czas? Bo ta rozmowa jest naprawdę ciekawa, ale trochę kręcimy się w kółko - mówimy o rytmie, ale chyba żadna z nas nie ma twardych danych nawet dla siebie samej.
To co Bernarduś mówi o braku korelacji z fazami księżyca jest ciekawe, bo w różnych tradycjach ta zależność jest traktowana jak aksjomat, a faktycznie chyba mało kto to weryfikuje u siebie. Istnieje spora literatura psychologiczna o tym, że fazy księżyca nie wpływają na zachowanie ludzkie tak jak się potocznie uważa - efekt jest w większości badań nieistotny statystycznie. Więc może to przekonanie funkcjonuje jako struktura organizująca praktykę, a nie jako opis rzeczywistości?
Ale chyba jest różnica między 'to przekonanie jest fałszywe, ale użyteczne' a 'to przekonanie jest nieweryfikowalne, więc nie ma sensu pytać czy prawdziwe'. Księżyc to pierwszy przypadek - możemy badać. Rytm magii jako takiej to może być drugi - nie wiadomo jak to w ogóle sprawdzić.
A wracając do dziennika - Bernarduś, te osiem miesięcy to dużo roboty. Ale jak pisałeś te noty w skali 1-5, to co właściwie oceniałeś? Bo to mnie zastanawia od początku tej rozmowy - co my w ogóle mierzymy jak mówimy że coś 'działa' albo 'nie działa'. Stan skupienia? Efekt intencji? Coś co potem się wydarzyło?
I tu właśnie wracamy do tego co mówiłam wcześniej - to czym mierzysz i co mierzysz to ten sam instrument. Bernarduś, czy próbowałeś zapisywać notatkę 'na zimno', na przykład dzień po, zamiast bezpośrednio po praktyce? Ciekawi mnie czy to by cokolwiek zmieniło.
Słucham tej dyskusji o dziennikach i pomyślałam o czymś innym. W tradycji grimoirów europejskich - mówię o tych od XV-XVII wieku, nie o rekonstrukcjach - prowadzenie zapisów było integralną częścią praktyki, nie tylko dokumentacją. Samo pisanie było aktem intencji. Więc dziennik nie był sposóbm obserwacji z zewnątrz, tylko częścią tego co obserwował. To może tłumaczyć dlaczego tak trudno go używać analitycznie.
Ale czy ktoś próbował czegoś prostszego niż skala 1-5 - na przykład tylko zapisywać co się działo w życiu w tygodniach po praktyce, bez oceniania samej praktyki? Żeby oddzielić jedno od drugiego? Pytam bo może to ominęłoby problem z instrumentem.
Mam może naiwne pytanie, ale - czy w ogóle jest sens próbować to mierzyć metodami naukowymi? Rozumiem że weryfikacja jest ważna, ale może magia to po prostu nie jest domena gdzie ta metodologia ma zastosowanie i dlatego wszystkie próby prowadzą w ślepy zaułek?
