Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i nie umiem tego racjonalnie wyjaśnić. Robię te same rzeczy - ten sam rytuał, ta sama pora, te same materiały - i raz działa sprawnie, innym razem jest jak gadanie do ściany. Nie mówię o efektach zewnętrznych, bo to inna sprawa, ale o samym poczuciu przepływu podczas pracy. Czasem wchodzę w stan skupienia od razu, a czasem siedzę i czuję się jak ktoś, kto próbuje odpalić samochód na rozładowanym akumulatorze. Zastanawia mnie, czy magia ma jakiś własny rytm, coś niezależnego od nas. Czy ktoś to obserwował?
To nie jest tylko wrażenie, bo podobne obserwacje pojawiają się w różnych tradycjach od dawna. W magii ceremonialnej mówi się o tzw. tides - pływach magicznych, które mają cykle zbliżone do astrologicznych. Dion Fortune opisywała to szczegółowo w kontekście pracy Złotego Świtu. Chodziło o to, że pewne energie mają naturalne przypływy i odpływy, podobnie jak morze. Ale to nie tłumaczy wszystkiego, bo te pływy są przewidywalne, a wrażenie, które opisujesz, bywa losowe. Czy pamiętasz, przy jakich okolicznościach czułaś tę różnicę najbardziej?
Ja to czuje po tym jak wchode do pokoju gdzie pracuje. Jest taki rodzaj ciszy, ale nie zwykłej - jakby powietrze bylo inne. Jak tej ciszy nie ma, to wiem ze nic z tego nie bedzie tego dnia. Nie wiem czy to jest ten rytm o którym piszesz Mimoza63 ale u mnie to działa jak termometr. Nie planujem wtedy nic waznego, przekladm na inny dzień.
Zatrzymajmy się chwilę przy tym 'poczuciu powietrza', bo to bardzo subiektywna miara. Nie mówię, że to złe - intuicja w praktyce magicznej jest ważna - ale czy nie jest tak, że to my sami jesteśmy tym termometrem, a nie przestrzeń? Jeśli wchodzisz do pokoju zmęczona, po trudnym dniu, z głową pełną myśli, to każda praca wypadnie słabiej. Nie dlatego że 'rytm' jest zły, tylko dlatego że Ty nie jesteś w odpowiednim stanie. Mam wrażenie, że często mylimy własną gotowość z jakimś zewnętrznym cyklem.
Ten przykład z fatalnym nastrojem mnie nie dziwi. Czytałam kiedyś u Iana Reada - pisze sporo o tradycyjnych nurtach runicznych - że stany skrajne, nawet negatywne, mogą otwierać kanały, które w codziennym spokoju są po prostu zamknięte. Coś jak szczelina w murze. Tylko że to ryzykowna praca, bo ciężko kontrolować kierunek. Ale wracając do pytania Mimozy - ja mam przekonanie, że jest i jedno, i drugie jednocześnie. Są zewnętrzne cykle i jest nasz własny stan, i te dwie rzeczy się nakładają w sposób, którego nie da się przewidzieć prostym kalendarzem.
Przepraszam, że wchodzę, ale chciałam zapytać - kiedy mówicie o tych 'zewnętrznych cyklach', to macie na myśli coś konkretnego, jak fazy księżyca? Czy to jest coś innego? Bo ja słyszałam o kalendarzach księżycowych przy pracy z przedmiotami i nie wiem, czy to ten sam temat, czy coś zupełnie innego.
Godziny planetarne są, tak - da się to wyliczyć i są aplikacje. Ale Wincenty05, zanim zaczniesz tego używać, to naprawdę polecam przeczytać cokolwiek o podstawach systemu, bo samo klikanie w aplikację bez zrozumienia logiki stojącej za tym podziałem to trochę jak gotowanie z przepisu, którego słów nie rozumiesz. Możesz trafić, ale możesz też zupełnie nie wiedzieć, co robisz. Sefer Raziel albo chociażby fragmenty Picatrix wyjaśniają, skąd to pochodzi.
Wróćmy na chwilę do tego, co mówiła Mimoza. Prowadzę notatki od dłuższego czasu i faktycznie zauważyłem pewien wzorzec - ale on jest inny niż te klasyczne podziały. U mnie najlepiej działa kilka dni po nowiu, ale nie sam nów, i to niezależnie od dnia tygodnia czy godziny planetarnej. Zacząłem się zastanawiać, czy to nie jest po prostu coś osobistego, jakiś mój własny biologiczny rytm, który akurat nachodzi na cykl księżycowy. Bo przecież ludzkie ciało ma swoje cykle hormonalne, energetyczne, snu - i to wszystko musi jakoś wpływać na zdolność koncentracji i intencji.
mniej więcej rok, zanim zacząłem widzieć cokolwiek wyraźnego. Przez pierwsze miesiące miałem za mało danych, żeby cokolwiek z tego wyciągnąć. Co do samopoczucia - tak, dopisywałem krótkie notatki o stanie energetycznym i nastroju. I tu jest ciekawe: nie zawsze był to moment, kiedy czułem się fizycznie świetnie. Czasem wręcz przeciwnie. Ale była jakaś specyficzna klarowność, którą ciężko opisać inaczej niż 'coś jest otwarte'.
To 'coś jest otwarte' - to bardzo trafne. Ja mam podobne poczucie i długo szukałam dla niego słowa. Eleonorka wspomniała o tej szczelinie w murze i to chyba najbliższe temu, co czuję. Ale mnie interesuje inna kwestia: czy da się tę otwartość wywołać, czy ona po prostu przychodzi? Bo jeśli zależy od zewnętrznych cykli, to możemy co najwyżej czekać na właściwy moment. A jeśli zależy od nas - to znaczy, że da się jakoś 'otworzyć' ten stan świadomie.
Ale to w takim razie jak to ugryźć w praktyce? Bo rozumiem, że są te pływy, cykle, godziny planetarne i inne rzeczy, ale jak ktoś chce coś zrobić teraz, nie za tydzień, to co? Czekać na właściwy moment to może oznaczać czekanie miesiącami na idealne połączenie wszystkiego.
Czytam to wszystko i chciałam zapytać o coś, co mnie nurtuje od początku tej rozmowy. Mówicie o rytmie jako o czymś zewnętrznym - cyklach, porach, pływach - ale czy nie jest tak, że my też wnosimy swój własny rytm do pracy? Mam na myśli coś takiego: kiedy robię regularnie choćby małe rzeczy - codzienne zapalenie świecy, krótka medytacja, cokolwiek - to czuję, że buduję coś w czasie. Jakby ta regularność sama w sobie tworzyła pewien tor, który potem działa. Czy to jest w ogóle sensowna obserwacja?
Tylko że egregor to nie to samo co nawyk poznawczy i chyba nie powinniśmy tych dwóch rzeczy zrównywać. Janeczka, rozumiem skąd to porównanie, jest pedagogicznie przejrzyste, ale trochę spłaszcza temat. Egregor w ujęciu tradycji, od Blavatskiej po Evola, ma charakter niezależnej struktury, która zaczyna żyć własnym życiem, i w pewnym momencie to ona działa na praktykanta, a nie odwrotnie. To jest inna jakość niż wzmacnianie nawyku. Ale wracając do Mleczni - tak, regularność buduje coś realnego, tylko pytanie co dokładnie.
No i tu właśnie mam problem z tym, co napisała Janeczka. Egregor jako ścieżka nerwowa to jest metafora, która coś wyjaśnia, ale jednocześnie redukuje zjawisko do mechanizmu psychologicznego. A jeśli egregor ma charakter bytu, który żyje poza praktykantem, to znaczy, że może też działać niezależnie od niego - i to by tłumaczyło, dlaczego czasem rytm pracy nie pokrywa się z rytmem samego człowieka. Czyli odpowiadając na pytanie Hazel: może otwartość nie pochodzi ani od zewnętrznego cyklu, ani od nas samych, tylko od tej trzeciej rzeczy, która jest pomiędzy?
To jest dokładnie to, o co mi chodziło, tylko nie umiałam tego tak ująć. Jeśli jest ta trzecia rzecz - między mną a cyklem zewnętrznym - to ona sama może mieć rytm, który nie jest ani lunarny, ani biologiczny. I może właśnie dlatego notatki Bernardusia wychodzą mu osobliwie, nie pokrywają się z klasycznymi podziałami.
Właśnie to 'odpowiada albo nie' - czy to jest odczucie, że coś jest 'gotowe', czy raczej że coś działa lepiej technicznie? Bo ja mam czasem wrażenie, że praca 'wychodzi' od strony wykonania, ale efektu nie widać, i odwrotnie - coś robię niezgrabnie, a potem wychodzi. Nie wiem czy to kwestia rytmu, czy po prostu nie rozumiem jeszcze co decyduje o skuteczności.
Wracając do tego, co mówiła Marzenka o egregore jako bycie z własną dynamiką - jest taki nurt w zachodnim okkultyzmie, szczególnie w tradycji IOT i chaos magick, który traktuje egregory jako byty półautonomiczne. Peter Carroll pisał o tym, że skupisko woli i uwagi może nabierać własnego 'ciągu' niezależnie od praktykantów. Jeśli tak, to egregor mógłby mieć własne fazy aktywności, podobnie jak każdy byt energetyczny. To by wyjaśniało, dlaczego praca grupowa czasem sama z siebie nabiera tempa, a potem zwalnia bez wyraźnego powodu po stronie praktykantów.
Właśnie, chciałam zapytać czy ktoś próbował kiedyś nie planować niczego i po prostu obserwować, kiedy coś samo się nasuwa? Nie mówię o biernym czekaniu, ale o takim uważnym obserwowaniu własnych impulsów bez nakładania kalendarza. Bo mam wrażenie, że moje najlepsze prace wynikały z nagłego 'teraz', a nie z zaplanowanego momentu.
Próbowałam i to jest trudniejsze niż się wydaje, bo jeśli zawsze pracujesz o określonej porze, to skąd wiesz, czy impuls który czujesz to 'właściwy moment', czy po prostu nawyk i oczekiwanie? Mnie to kręciło w kółko przez jakiś czas, zanim w ogóle przestałam się tym zadręczać.
Mimoza to trafila w sedno. Ja mam tak ze jak zaczynam kombinowac z ksiezycem i godzinami to mi nie wychodzi nic. Jak robie bo 'muszę teraz' to dziala. Moze to jest ten rytm o ktorym piszesz - nie zewnetrzny ale wewnetrzny i on sam sie zgadza z wlasciwym momentem, tylko ze ja nie wiem kiedy i czemu.
Czytam i zastanawiam się, czy to 'muszę teraz, spokojnie' to nie jest to samo co te chwile, kiedy Baska czuje inną ciszę w pokoju? Może to jest jakiś sygnał, który przychodzi z obu stron jednocześnie i dlatego to działa - bo człowiek i okoliczność są w tym samym momencie? Pewnie to naiwne, ale wydaje mi się, że właśnie o tym tu piszecie od początku.
Dobra, ale to znaczy, że elektronomia to tylko próba zobiektywizowania czegoś, co z natury jest subiektywne? Trochę to smutne, nie? W sensie - tyle tych systemów, tablic, aplikacji, a na końcu i tak musisz sam wiedzieć.
Dziękuję za to porównanie z mapą, to mi bardzo pomogło to ułożyć w głowie. Mam teraz pytanie może z innej strony - czy ten 'kairos', ten właściwy moment, może być rozwijany? To znaczy, czy z czasem lepiej się go rozpoznaje, czy to raczej coś, z czym się po prostu jest albo nie?
Zastanawiam się, czy to wyostrzanie nie jest przypadkiem tym samym, co Mimoza opisywała na początku - obserwowanie własnych impulsów bez kalendarza. Czyli żeby rozpoznawać właściwy moment, trzeba najpierw przestać go szukać według schematu. Trochę paradoks.
Okay, ale to brzmi jakbyście wszyscy doszli do wniosku, że nic się nie da zaplanować i trzeba po prostu siedzieć i czekać. To trochę frustrujące jak ktoś chce coś konkretnego osiągnąć, nie?
W elektywnej astrologii jest podobny problem i rozwiązują go przez nałożenie okna czasowego - szukasz najlepszego momentu w konkretnym przedziale, nie idealnego momentu w ogóle. Może podobnie można podejść do kairos - nie czekasz na ideał, tylko obserwujesz w rozsądnym oknie i działasz wtedy gdy pojawia się wyraźny sygnał, nawet jeśli nie stuprocentowy.
To pytanie Hydromantki jest naprawdę kluczowe i nie mam na nie prostej odpowiedzi. Myślę, że część tego rozróżnienia przychodzi z doświadczeniem - człowiek uczy się rozpoznawać własne wzorce racjonalizowania. Ale jest coś, co mi pomaga: czy impuls jest spokojny czy napiąty? Myślenie życzeniowe ma u mnie takie napięcie, trochę jak presja. Kairos jest zwykle spokojniejszy.
