Ostatnio trafiłem na pewien paradoks, który nie daje mi spokoju. Chodzi o rytuały z dawnych epok - słowiańskie, celtyckie, ale też te z papirusów grecko-egipskich jak PGM - czy one w ogóle mogą działać na kogoś z XXI wieku? Bo mam wrażenie, że większość ludzi podchodzi do tego albo za bezkrytycznie ('stare = sprawdzone'), albo za sceptycznie ('to bajki'). Mnie bardziej ciekawi coś innego: co właściwie sprawiało, że tamte systemy były spójne? Kontekst kulturowy, wychowanie od dziecka w określonym światopoglądzie, język rytualny jako pierwszy język - tego my już nie mamy. Jak ktoś dziś bierze zaklęcie z PGM i czyta je po angielsku z tłumaczenia, to co tak naprawdę wywołuje?
Dokładnie o to pytanie mi chodzi od dawna. Próbowałam kilka razy pracować z materiałami z Kluczy Salomona i zawsze miałam poczucie, że coś jest nie tak - jakby forma była, ale treść gdzieś uciekła. Nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy mojego braku zrozumienia kontekstu. Mam wrażenie, że rytuał to nie przepis kucharski, gdzie możesz podmienić składnik i wyjdzie podobnie. Ale z drugiej strony - skąd mam wiedzieć, co jest 'rdzeniem', a co dodatkiem kulturowym?
To ciekawe, że wspomniałeś PGM, bo akurat znam trochę te teksty. Ale mam pytanie - skąd założenie, że tamci ludzie mieli jakiś głębszy 'dostęp' tylko dlatego, że żyli bliżej czasów powstania tych zaklęć? Mam na myśli: też byli zwykłymi ludźmi, też pewnie nie rozumieli wszystkich warstw tego, co robili. Część z tych papirusów to wyglądało jak sklecone na szybko mieszaniny różnych tradycji - greckie imiona bogów obok hebrajskich, egipskie obok syryjskich. To nie była 'czysta' magia nawet wtedy.
Runy to akurat inny przypadek, bo tam forma graficzna jest nośnikiem znaczenia sama w sobie - litera i runa to jedno. Nie musisz znać języka staronordyjskiego, żeby runa Fehu działała jako symbol dostatku. Przynajmniej tak to rozumiem z tego, co studiowałam. Ta ikoniczność jest właśnie tym, co przetrwało przez wieki bez uszczerbku.
Przepraszam, że wchodzę trochę z innej strony, ale mam pytanie może głupie - jak w ogóle jest dokumentowane to, jak te dawne rytuały wyglądały? Bo rozumiem, że są jakieś teksty, papirusy, ale to chyba nie jest tak, że ktoś napisał 'rób tak i tak i dostaniesz taki efekt'? Skąd wiemy co było rytuałem a co zwykłym zapisem historycznym?
Ale chwila - to ta sama sytuacja dotyczy każdej religii, nie? Nie wiemy jak wyglądała 'autentyczna' msza pierwszych chrześcijan, nie wiemy jak naprawdę modlił się Budda. Mamy teksty, mamy tradycję, ale żywe wykonanie zawsze się zmienia. Nie rozumiem dlaczego z magią miałoby być inaczej, czemu to problem tylko tutaj.
Wchodzę w temat bo akurat ostatnio myślałam o czymś podobnym, ale od strony tarota. Karty z XV wieku miały inny zestaw znaczeń niż to co mamy dziś po przez system Waite-Smitha. Marseille to inna ikonografia, inne skojarzenia. I teraz pytanie - czy kiedy używam tarota Marseille, to 'korzystam ze starszej tradycji' czy po prostu używam innego systemu, który akurat jest starszy? Nie wiem czy starość jest tu wartością samą w sobie.
Czytałem ten wątek od początku i jedno mi się kręci w głowie - czy ktoś rozważył, że może problem leży nie w 'starości' rytuału, ale w tym, że my oczekujemy od niego czegoś innego niż tamci ludzie? Dla kogoś w starożytnym Egipcie rytuał mógł być integralną częścią codzienności, sposobem na porządkowanie świata. My przychodzimy do tego jako do narzędzia do osiągnięcia konkretnego celu. To zupełnie inna relacja z praktyką.
A wracając do tego co pytałam wcześniej - bo nie do końca dostałam odpowiedź - czy jest w ogóle jakiś sposób na to, żeby sprawdzić czy dany rytuał 'pochodzi' z dawnych czasów, czy ktoś go po prostu wymyślił i podpisał jako stary? Bo widzę w sieci mnóstwo rzeczy opisanych jako 'starożytny rytuał słowiański' i nie mam pojęcia jak to weryfikować.
No ale dokumenty inkwizycyjne to raczej słaby dowód - tam ludzie mówili co chcieli usłyszeć inkwizytorzy. To chyba bardziej dowód na to, czego się bano w kościele, niż na to, co naprawdę praktykowali zwykli ludzie.
A nikt tu nie mówi o tym, co w tytule wątku jest właściwie centralnym pytaniem - czy te dawne czary w ogóle działają na kogoś teraz? Bo my już odeszliśmy w dyskusję o autentyczności źródeł, a to trochę co innego. Można mieć w pełni udokumentowany, 'autentyczny' rytuał i on może nie działać. Albo odwrotnie.
Zostaje mi jeszcze jedno pytanie które gdzieś tu krąży, a nikt wprost go nie postawił - czy samo dokumentowanie rytuału, zapisanie go, rozkładanie na czynniki pierwsze, nie zmienia go w jakiś sposób? Mam na myśli to, że część tradycji była celowo przekazywana ustnie właśnie dlatego, żeby nie dawała się 'zamrozić' w tekście. Jak zaczynamy analizować co jest autentyczne a co nie, to może wchodzimy w tryb, który z samą praktyką nie ma wiele wspólnego.
A może jedno i drugie? Alicja Orłowska - przepraszam, nie pamiętam dokładnie nazwiska, chyba Alinei albo jakaś inna religioznawczyni - pisała chyba coś o tym, że milczenie może być i strategiczne, i wynikać z tego, że pewne doświadczenia są po prostu niezwerbalizowalne. Zresztą sami chyba to znamy - jak próbujesz komuś opisać bardzo intensywną medytację, to po chwili zaczynasz używać metafor bo słów po prostu brakuje.
To bardzo trafne porównanie z tą choreografią. Mam podobne odczucie kiedy patrzę na niektóre grimuary - nawet te, które są bardzo szczegółowe w opisie działań, zupełnie milczą o tym co powinnaś czuć w środku, jaki stan wewnętrzny osiągnąć zanim w ogóle zaczniesz. A potem ktoś wykonuje to co jest napisane i mówi, że nic się nie dzieje. No bo to jak grać z nut nie rozumiejąc po co jest ta fermata.
To nie jest tak samo, bo w gotowaniu masz bezpośrednie sprzężenie zwrotne - próbujesz i wiesz od razu czy wyszło. Z rytuałem tego nie ma. Możesz przez miesiąc robić coś błędnie i nie będziesz wiedzieć, albo gorzej - będziesz sobie przypisywać skutki które wynikają z czegoś zupełnie innego.
To jest pytanie które filozofowie nauki zadają od dobrych kilkuset lat i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Ale żeby wrócić do meritum wątku - dawne rytuały miały często bardzo konkretne kryteria 'sukcesu', które były zakorzenione w ich własnym systemie rzeczywistości. Tabliczki defixiones były zakopywane przy grobach bo wierzono, że duchy umarłych mają dostęp do podziemnych bóstw. Jeśli wyciągasz ten rytuał z tego systemu wierzeń, to co właściwie robisz?
No to jest sedno. Czy forma może działać bez treści, jeśli przez treść rozumiemy cały ten świat wyobrażeń wokół niej? Bo mi się wydaje że dla Rzymianina zakopującego tabliczkę to nie był 'rytuał' w naszym rozumieniu - to było złożenie dokumentu prawnego do odpowiedniego urzędu, tylko że ten urząd był pod ziemią.
Ale czy to nie jest właśnie argument ZA tym, że to może wciąż działać? Jeśli mechanizm jest transakcyjny, a nie zależy od konkretnego systemu teologicznego, to może nie potrzebujesz wierzyć w Plutona żeby tabliczka 'coś robiła'. Piszesz imię, zakopujesz, kierujesz intencję. Forma jest ta sama.
No dobrze, tylko to prowadzi do wniosku, że żaden dawny rytuał nigdy nie może działać na kogoś współczesnego, bo nikt z nas nie jest w stanie naprawdę żyć w tamtym systemie wyobrażeń. A tu siedzimy na forum gdzie ludzie ewidentnie pracują z historyczną magią i mówią że coś im to daje. To co, wszyscy się okłamują?
Pożyczają formę to ciekawe sformułowanie. Czyli takie trochę jak cytowanie czegoś bez przypisu? Używasz słów kogoś innego, ale dla własnego celu?
I z tym wracamy do pytania z tytułu wątku - czy działają. Bo jeśli działają w takim 'coverowym' trybie, to właściwie odpowiedź brzmi: tak, ale jako coś innego niż oryginał. Co nie jest ani złe ani dobre, ale jest inne niż się często myśli gdy ktoś sięga po 'starożytny rytuał'.
Właśnie o Von Liście myślałem kiedy czytałem wcześniejsze posty. On sam pewnie był przekonany o autentyczności tego co robił - to nie był zwykły hochsztapler. Więc czy intencja 'to jest prawdziwe' wystarczy? Jeśli praktykujący szczerze wierzy że sięga po coś pradawnego, to czy to coś zmienia względem sytuacji w której wie że to XIX-wieczna konstrukcja?
Tylko czemu 'wewnątrz głowy' miałoby pozbawiać sensu? Medytacje buddyjskie zmieniają strukturę mózgu - to są twarde badania neuroobrazowania. Placebo działa nawet gdy pacjent wie że dostaje placebo. Może granica między 'to jest w głowie' i 'to działa realnie' jest mniej ostra niż nam się wydaje.
Ale to rozróżnienie 'wewnątrz/na zewnątrz' jest trochę arbitralne. Ja przeprowadziłam kiedyś rytuał związany z podjęciem decyzji - i nie wiem czy 'zadziałał' zewnętrznie, ale zmieniło się to jak podchodziłam do całej sytuacji. Przestałam się wahać. Czy to nie jest zmiana zewnętrzna jeśli skończyło się na konkretnym działaniu?
Wróćmy na chwilę do tego co mówił Hipolit o Von Liście, bo to mi otwiera inny wątek. Skoro XIX-wieczna konstrukcja może 'działać' jeśli ktoś w nią wierzy - to co właściwie dokumentujemy kiedy zapisujemy rytuał? Nie zapis rzeczywistości, tylko zapis przekonań praktykującego w danym momencie. A te przekonania po stu latach są innym dokumentem niż były na początku.
To trochę jak ze świadectwami historycznymi w ogóle. Tacyt pisząc o Germanach dokumentował Germanów przez filtr Rzymianina który ich nigdy nie widział. Mimo to historycy z tego korzystają. Może dokumentacja rytuału ma podobną wartość - nie jako instrukcja, tylko jako świadectwo tego co ktoś w danym czasie i miejscu uważał za prawdziwe.
To mi przypomina dyskusję którą gdzieś czytałam o tym, że grimuary - te średniowieczne i renesansowe - były często przepisywane przez kopistów którzy dodawali swoje, zmieniali szczegóły, czasem przez nieuwagę, a czasem celowo. Więc żaden tekst który mamy nie jest 'oryginałem'. To już jest rekonstrukcja rekonstrukcji.
