Chciałam poruszyć coś, o czym rzadko się tu mówi otwarcie. Mam wrażenie, że w środowiskach ezoterycznych panuje niepisana zasada, że jeśli rytuał nie zadziałał, to znaczy że coś zrobiłaś źle, nie miałaś odpowiednich intencji albo niewystarczająco wierzyłaś. I to mnie trochę uwiera, szczególnie w kontekście finansów. Ostatnio rozmawiałam z osobą, która robiła rytuały na pieniądze miesiącami, a jednocześnie nie miała założonego konta oszczędnościowego, żyła od wypłaty do wypłaty i nie miała żadnego planu. Rytuały były, plan był brak. I zastanawiam się - gdzie jest ta granica? Kiedy magia faktycznie może wesprzeć sytuację finansową, a kiedy po prostu służy jako zastępnik działania? Nie pytam o to, czy magia działa czy nie. Pytam o to, jak wy to rozgraniczacie w praktyce.
Sama przez to przechodziłam, więc mam tu dość konkretne zdanie. Jakiś czas temu robiłam rytuały na poprawę sytuacji finansowej i kompletnie ignorowałam, że mój problem to były nie dochody, tylko wydatki. Zero budżetowania, zero kontroli. Rytuały dawały mi poczucie, że coś robię, i to było... komfortowe kłamstwo, powiedziałabym. Dopiero jak przestałam i zaczęłam patrzeć na liczby, okazało się, że zarabiam całkiem dobrze, ale wydaję bezmyślnie. Magia wtedy nie była wsparciem, tylko taką poduszką emocjonalną, która pozwalała mi nie patrzeć na rzeczywistość. Ale nie twierdzę, że tak jest zawsze i u wszystkich.
Słucham tej rozmowy i mam mieszane uczucia. Z jednej strony zgadzam się, że magia nie zastępuje działania. Z drugiej - mam wrażenie, że bardzo łatwo wpadamy w pułapkę myślenia, że magia powinna działać jak bankomat: wrzucisz właściwe dane, wypłacasz gotówkę. A w tradycjach, z których wyrastają praktyki, które tu omawiamy, nigdy tak tego nie ujmowano. Magia finansowa w starszych tradycjach - czy to hoodoo, czy praktyki oparte na grimoire'ach - zawsze zakładała, że jest wzmocnieniem działań, nie ich substytutem. To nie jest wymysł coachingowy. To jest po prostu jak to zostało przekazane.
Przepraszam, że wchodzę z takim pytaniem, bo nie znam się za bardzo na tym wszystkim - ale chcę dobrze zrozumieć. Czy wy mówicie, że rytuały finansowe w ogóle nie mają sensu, jeśli ktoś nie ogarnia finansów? Czy raczej, że mogą mieć sens, ale tylko jako dodatek? Bo jak słucham tej rozmowy, to trochę brzmi jak: 'rób rytuały, ale najpierw naucz się oszczędzać', co jest trochę sprzeczne samo w sobie, nie?
Według mnie to też kwestia pozycji planet w momencie rytuału. Jak Mars jest w złym aspekcie do Saturna, to rytuały finansowe i tak będą miały pod górkę, niezależnie od tego, jak dobrze są zrobione. Ludzie często ignorują moment astrologiczny i potem się dziwią, że nic z tego nie wychodzi.
Wchodzę tu z trochę innej strony. Pracuję z runami od wielu lat i kiedy ktoś przychodzi do mnie z pytaniem o sytuację finansową, pierwsze co robię to sprawdzam, co blokuje przepływ - i bardzo często to nie jest zewnętrzna sytuacja, tylko przekonania. Ale - i to jest ważne - nawet jeśli praca z runami pozwoli komuś zobaczyć i rozluźnić blok, to dalej ta osoba musi podjąć decyzję, co z tym robi w praktyce. Runy mogą pokazać, że ktoś boi się sukcesu finansowego, bo w jego rodzinie pieniądze były źródłem konfliktów. Ale sama ta wiedza to dopiero punkt startowy. Co dalej zrobi z tym wglądem - to już jest w rękach tej osoby, nie run.
Czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że brakuje tu jednego wątku. Mówicie o blokach, o wyczuciu czasu, o działaniu - ale nikt jeszcze nie powiedział o neuroróżnorodności. Mam ADHD i dla mnie 'po prostu zacznij kontrolować wydatki' jest trochę jak mówienie osobie na wózku 'po prostu idź'. Rytuały dały mi strukturę i pewien rodzaj zaangażowania emocjonalnego, którego potrzebowałam, żeby w ogóle usiąść do finansów. Bez tego rytuałowego kontekstu zwykłe listy i arkusze mnie nie angażowały.
jasne. Robiłam prostą rzecz - zanim siadałam do przeglądu wydatków, zapalałam świecę i chwilę siedziałam z intencją. Niekoniecznie jako rytuał magiczny w ścisłym sensie, ale jako przejście - sygnał dla mózgu, że teraz wchodzimy w inny tryb. Coś jak rytuał przejścia. I to działało znacznie lepiej niż samo przypomnienie w kalendarzu. Nie twierdzę, że świeca zrobiła cokolwiek 'magicznie' - twierdzę, że zrobiła coś neurologicznie. Ale efekt był ten sam: siadałam, robiłam to, co trzeba.
Ciekawa ta perspektywa z ADHD, bo przypomniała mi o czymś, co widzę w pracy z tarotem. Kiedy ktoś robi spread finansowy, często w samym procesie - w tym, jak reaguje na karty, co go zatrzymuje, co przemilcza - wychodzi jego faktyczny stosunek do pieniędzy. Nie magia kart to robi. Robi to skupienie i pytania, które karta wymusza. Dla kogoś, kto normalnie ucieka od myślenia o finansach, to może być jedyna forma, w której w ogóle zostaje z tym tematem przez chwilę. I to już ma wartość, nawet jeśli karta nic nie przepowiada.
Dobra, ale ja mam problem z tym, co tutaj czytam. Mam wrażenie, że ta rozmowa zmierza w kierunku: 'magia finansowa to właściwie tylko psychologia i samopomoc'. A przecież jest mnóstwo tradycji, które traktują to zupełnie serio jako oddziaływanie na coś zewnętrznego. Czy nie ucinamy tu czegoś ważnego, skracając wszystko do 'to działa na mózg'?
Wróćmy na chwilę do tego, co Blazenka napisała, bo myślę, że to otwiera ważny wątek, który może zginąć. Jeśli rytuał służy jako most do działania - co robić, jeśli osoba ma nie tylko ADHD, ale też silny lęk finansowy, który sprawia, że sama konfrontacja z numerami wywołuje reakcję stresową? Pytam, bo znam kogoś w takiej sytuacji i tam nawet świeca przy arkuszu nie wystarczyła. Czy są jakieś podejścia, które pomagały komuś z was w ekstremalnie silnym oporem emocjonalnym wobec finansów?
Słucham tej rozmowy o lęku finansowym i rytuałach jako pomoście i mam skojarzenie z czymś, co obserwuję przy spreadach. Kiedy ktoś przychodzi z pytaniem finansowym i wyciągają się karty, które są - nazwijmy to - wymagające, bardzo różnie ludzie na to reagują. Jedni chcą od razu wiedzieć co zrobić. Drudzy potrzebują chwili. I ci drudzy, paradoksalnie, często więcej z tego spreadu wynoszą. Nie wiem, czy to jest kwestia osobowości, czy właśnie tego, że mają jakiś wewnętrzny mechanizm zatrzymania się, który im pomaga. Ciekawe, czy ktoś z was zauważył podobną różnicę u siebie.
Ok, ale wracam do swojego wcześniejszego pytania, bo czuję, że rozmowa jednak konsekwentnie uciekała od tego. Jeśli magia finansowa to właściwie tylko mechanizm psychologiczny - zatrzymanie, intencja, zmiana nastawienia - to czy w ogóle ma sens mówić o tym jako o magii? Można by przecież powiedzieć to samo o medytacji albo journalingu. Co odróżnia rytuał magiczny od zwykłego rytuału psychologicznego?
Chcę wrócić do tego, od czego zaczęłam ten wątek, bo mam wrażenie, że trochę zgubiliśmy pierwotne pytanie. Pytałam o sytuacje, kiedy magia nie załatwi problemów finansowych - i myślę, że ta rozmowa właśnie ładnie to rysuje. Nie chodzi o to, że magia jest bezużyteczna. Chodzi o to, że jest bezużyteczna jako substytut. Jeśli ktoś ma długi, brak budżetu, brak planu - żaden rytuał tego nie zastąpi. Może pomóc psychologicznie, może pomóc ze blokami - ale nie zastąpi decyzji i działania. I mam wrażenie, że to jest trudne do przyjęcia dla wielu osób, bo łatwiej zapalić świecę niż zadzwonić do doradcy finansowego.
Ale Nemezis, to jest trochę uproszczone, nie? Bo doradca finansowy też nie pomoże, jeśli ktoś ma głęboko zakorzeniony blok, że nie zasługuje na pieniądze albo że pieniądze są złe. Sama logistyka finansowa bez pracy nad przekonaniami może być równie bezużyteczna. Widziałem ludzi, którzy wychodzili z długów i wracali do nich, bo nie zmienili nic w głowie. Więc może to jest raczej obie nogi - i rytuał, i doradca.
Ten 'mindset obfitości' to jest coś, co mnie zawsze trochę irytuje, bo brzmi jak coś, czym można zastąpić wszystko inne. Ale nie rozumiem jednej rzeczy - czy jest jakaś różnica między pracą z przekonaniami w kontekście magicznym a na przykład terapią poznawczo-behawioralną? Pytam, bo może ktoś miał doświadczenie z oboma i może porównać.
Okej, słucham tej rozmowy od początku i powiem szczerze - zaczynam rozumieć ten temat trochę inaczej niż na początku. Ale mam jedno bardzo konkretne pytanie, może głupie: czy magia finansowa może komuś zaszkodzić? Mam na myśli - czy ktoś może zrezygnować z realnych działań, bo myśli, że rytuał go wyręczy?
Romek mówi o alibi i to mi się bardzo klikło. Bo jak teraz myślę o swoim rytuałe, o którym wspominałam wcześniej - czy ja wtedy nie robiłam właśnie czegoś takiego? Zrobiłam rytuał, poczułam, że coś 'puściłam w ruch' i... właściwie czekałam. Nie zmieniłam nic w swoich nawykach. I teraz jestem ciekawa, ile osób tak ma - że rytuał daje poczucie, że coś się zrobiło, i to wystarczy.
Hej, czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że jest tu dużo mądrych rzeczy, ale coś mi nie daje spokoju. Wszyscy mówicie o rytuałach jako o czymś, co albo działa, albo jest alibi. A co, jeśli ktoś po prostu nie wie, jak sprawdzić, czy działa? Mnie na przykład nikt nie powiedział, jak odróżnić sytuację, w której rytuał coś zmienił, od sytuacji, w której i tak by się to zmieniło. Czy jest jakiś sposób, żeby to ocenić?
Wchodzę tu bo słuchałam tej dyskusji o neuroróżnorodności i coś mi przyszło do głowy, o czym nikt jeszcze nie mówił. Jeśli rytuał ma być mostem do działania - to czy nie jest ważne, żeby ten rytuał był dopasowany do konkretnej osoby, a nie jakiś ogólny? Bo widzę, że dużo osób korzysta z gotowych schematów - ta sama świeca, ten sam kolor, ten sam dzień tygodnia - i mam wrażenie, że dla osoby z ADHD albo z lękiem taki gotowy schemat może w ogóle nie zadziałać, jeśli nie odpowiada jej sposobowi myślenia i działania.
Właśnie. I mam wrażenie, że w wielu środowiskach jest takie niepisane przekonanie, że jeśli ci nie wychodzi z tym gotowym rytuałem, to coś z tobą nie tak. Że za mało wierzysz, że rozpraszasz się, że nie masz odpowiedniego nastawienia. A nie że rytuał po prostu nie był zaprojektowany z myślą o tobie.
Ale właśnie - jaka funkcja? Bo jeśli funkcja to 'zatrzymanie się i skupienie', to czy to jest w ogóle rytuał w sensie magicznym, czy po prostu nawyk? Pytam bez złośliwości, naprawdę nie wiem gdzie jest granica.
Romek, ale to może być po prostu efekt tego, że są bardziej doświadczeni. Ktoś, kto regularnie 'praktykuje' - cokolwiek - jest po prostu bardziej oswojony z procesem. Nie trzeba przypisywać temu wymiaru magicznego.
Wracam do wątku neuroróżnorodności, bo myślę, że ta rozmowa o dostosowaniu rytuałów ma bezpośredni związek z tytułem tego wątku. Jeśli ktoś ma na przykład dysleksję albo ADHD, to standardowy rytuał finansowy - z długą wizualizacją, zapisywaniem afirmacji, skupieniem przez dłuższy czas - może być dosłownie nieosiągalny. I wtedy magia 'nie działa' nie dlatego, że jest nieskuteczna, tylko dlatego, że forma nie jest dostępna dla tej osoby. To jest ważne, bo może być powodem, dla którego ktoś odpuszcza praktykę i zostaje z problemem finansowym bez żadnego mechanizmu wsparcia.
Nemezis, dokładnie to chciałam powiedzieć wcześniej i nie potrafiłam tego tak ująć. Mam znajomą z dyskalkulią, która miała ogromny lęk przed finansami - i wszystkie rytuały, które próbowała, miały liczby. Liczyła monety, pisała kwoty, wizualizowała cyfry na koncie. Dla niej to było jak proszenie kogoś ze strachem wysokości, żeby robił rytuał na balkonie.
Dobra, ale mam takie głupie pytanie praktyczne - czy jest jakiś sposób, żeby zorientować się, jaki 'kanał' rytuału będzie dla kogoś lepszy? Bo to brzmi jak coś, co można by wiedzieć o sobie, ale nie wiem jak.
To co Blazenka mówi o modalności sensorycznej to jest coś, co moim zdaniem powinno być podstawą przy projektowaniu własnej praktyki. Ale zauważam, że ta rozmowa robi się coraz bardziej o tym jak dostosować rytuały, a mniej o pytaniu Nemezis - kiedy magia finansowa w ogóle nie wystarczy. Może warto to zestawić? Bo kwestia dostępności formy i kwestia granic skuteczności to dwie różne rzeczy.
